<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:itunes="http://www.itunes.com/dtds/podcast-1.0.dtd" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:podcast="https://podcastindex.org/namespace/1.0" xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0"><channel><title>Praskie Audiohistorie</title><link>https://www.spreaker.com/podcast/praskie-audiohistorie--4709486</link><description><![CDATA[Praskie Audiohistorie. <br />Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.<br /><br />Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”. <br />Będziemy mówić o historii i współczesności prawobrzeżnej Warszawy.<br />Posłuchasz wspomnień najstarszych prażan, z nagrań zgromadzonych w naszym muzealnym archiwum, dowiesz się, o czym i jak robimy wystawy. <br />Zdradzimy, czego kuratorzy nie pokazali na wystawie - do jakich materiałów dotarliśmy opracowując wybrany temat.<br />Czasem coś przeczytamy, coś dopowiemy, coś przypomnimy…<br />Żyj z nami dawnym i dzisiejszym życiem warszawskiej Pragi. Szukaj nas na muzeumpragi.pl, na kanałach Spotify, Google Podcasts i Apple Podcasts oraz na muzealnym Facebooku.<br /><br />Podcast nagrywa Anna Mizikowska, kustosz Muzeum Warszawskiej Pragi<br /><br />Partnerem Projektu jest Totalizator Sportowy. Jubileusz 65 Lat Totalizatora Sportowego.]]></description><atom:link href="https://www.spreaker.com/show/4709486/episodes/feed" rel="self" type="application/rss+xml"/><language>pl</language><category>History</category><copyright>Copyright Praskie Audiohistorie</copyright><image><url>https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg</url><title>Praskie Audiohistorie</title><link>https://www.spreaker.com/podcast/praskie-audiohistorie--4709486</link></image><lastBuildDate>Tue, 05 Mar 2024 06:00:15 +0000</lastBuildDate><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:owner><itunes:name>Praskie Audiohistorie</itunes:name><itunes:email>feeds@spreaker.com</itunes:email></itunes:owner><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:subtitle>Praskie Audiohistorie. &#13;
Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.&#13;
&#13;
Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”. &#13;
Będziemy mówić o historii i współczesności prawobrzeżnej Warszawy....</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Praskie Audiohistorie. <br />Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.<br /><br />Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”. <br />Będziemy mówić o historii i współczesności prawobrzeżnej Warszawy.<br />Posłuchasz wspomnień najstarszych prażan, z nagrań zgromadzonych w naszym muzealnym archiwum, dowiesz się, o czym i jak robimy wystawy. <br />Zdradzimy, czego kuratorzy nie pokazali na wystawie - do jakich materiałów dotarliśmy opracowując wybrany temat.<br />Czasem coś przeczytamy, coś dopowiemy, coś przypomnimy…<br />Żyj z nami dawnym i dzisiejszym życiem warszawskiej Pragi. Szukaj nas na muzeumpragi.pl, na kanałach Spotify, Google Podcasts i Apple Podcasts oraz na muzealnym Facebooku.<br /><br />Podcast nagrywa Anna Mizikowska, kustosz Muzeum Warszawskiej Pragi<br /><br />Partnerem Projektu jest Totalizator Sportowy. Jubileusz 65 Lat Totalizatora Sportowego.]]></itunes:summary><itunes:category text="History"/><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:type>episodic</itunes:type><item><title>Maria Caplicka Prawobrzeżne podcast</title><link>https://www.spreaker.com/episode/maria-caplicka-prawobrzezne-podcast--57795555</link><description><![CDATA[<b>Niemal sto dziesięć lat temu w Kurjerze Warszawskim można było przeczytać artykuł pod tytułem “Uczona warszawianka”. To wywiad z jedną z bohaterek wystawy “Prawobrzeżne, którą można zwiedzać w Muzeum Warszawskiej Pragi od 22 listopada 2023 roku.</b> <b> </b> Nazwisko jej Maria Czaplicka. Jest to młoda uczona polska, mieszkająca stale w Londynie, o której u nas w Polsce jakoś bardzo mało mówi się i pisze. O każdym skrzypku, pianiście, śpiewaku, nawet baletnicy polskiej, występującej za granicą, prasa nasza podaje bardzo drobiazgowe informacje, więc chyba należy się także choć trochę uwagi uczonej, która pracami antropologicznymi zdobyła sobie dobre imię w nauce i której Uniwersytet Oxfordzki powierzył kierownictwo wyprawy naukowej w krainy nieznanych syberyjskich plemion… Korespondent londyński Bluszczu, Pan Marian Dąbrowski odwiedził pannę Czaplicką i otrzymał od niej następujące informacje: – jestem warszawianką. dziecięctwo, pensja, wszystko jak w życiu przeciętnej Warszawianki w burzliwy czas w ubiegłej rewolucji i zarabiałam na życie lekcjami polskiego w kilku miastach rosyjskich Dałam gimnazjalną maturę w Rosji, Później wróciłam do Warszawy na nauczycielkę pensyjną. Jednocześnie zostałam studentką towarzystwa kursów naukowych. w moich wyższych studiach w Warszawie największą pomoc zawdzięczam Nałkowskiemu i Stanisławowi Kalinowskiemu. Przez trzy lata w Warszawie byłam niemożliwie zaharowana różnymi sekretariatami, zastępstwami, lekcjami, odczytami i tak dalej kropka Wszystko to różnie płatne, lub wcale niepłatne. oczywiście najlepiej wspominam Uniwersytet dla wszystkich i szkolne komplety. Dzięki pracy w Towarzystwie Kursów Naukowych po wyjeździe za granicę studia uniwersyteckie poszły mi bardzo łatwo. W Londynie od razu otrzymałam specjalne prace, w których będę w których będąc studentką pierwszego roku mogłam już robić samodzielne badania. po roku przeniosłam się do Oxfordu, Gdzie w Somerswil College byłam pierwszą cudzoziemką przyjęto na angielskich warunkach. i gdzie doznałam bardzo życzliwego poparcia. po otrzymaniu dyplomu i po napisaniu prac z antropologii socjalnej, zatrzymano mnie w Oksfordzie Dostałam dwa stypendia z Holandii z mojego kolegium i Bedford College w Londynie. Pomagałam profesor antropologii socjalnej, za co otrzymałam pensję od Human Anatomy Departament w Oxfordzie… W ogóle Oxford i Cambridge niezbyt jeszcze uznają kobiety, ale ja skarżyć się nie mogę. -Przepraszam – wtrącił korespondent – czy kraj, ojczyzna, żadnej pomocy pani nie udzieliła? – Ależ owszem, dostałam roczną zapomogę z kasy Mianowskiego, no i obstalunek za popularną książkę “Ludy kuli ziemskiej” od pana Arcta. Kończę ją niebawem. Wykłady i zarobkowe zajęcia w oxfordzie przeszkadzały mi w pracy nad tą pierwszą bodaj popularną antropologią. a i obecnie mam kilka referatów w mniejszych naukowych instytucjach, co również przedłuża zakończenie polskiej książki. Zapewne wie pan już o tym, że Oxford organizuje naukową wyprawę na Syberię. kierownictwo zostało mnie powierzone. wyjeżdżamy po Nowym Roku. ale prawda, nic panu nie wiadomo o głównych zadaniach tej wyprawy. udało mi się odkryć ciekawą rzecz: wśród plemion zamieszkujących Północną połać ziemi między Leną a Jenisejem. w roku zeszłym Oxford obstalował u mnie dłuższą pracę w tej materii, a teraz dla zgromadzenia materiału dowodowego wysyła mnie z tą ekspedycją. Cytowany fragment zaczerpnięto z tekstu Uczona warszawianka, Kurier Warszawski, 4 stycznia 1914, s. 11.<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/57795555</guid><pubDate>Tue, 05 Mar 2024 06:00:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/57795555/maria_caplicka_prawobrze_ne_podcast.mp3" length="3687729" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Niemal sto dziesięć lat temu w Kurjerze Warszawskim można było przeczytać artykuł pod tytułem “Uczona warszawianka”. To wywiad z jedną z bohaterek wystawy “Prawobrzeżne, którą można zwiedzać w Muzeum Warszawskiej Pragi od 22 listopada 2023 roku....</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[<b>Niemal sto dziesięć lat temu w Kurjerze Warszawskim można było przeczytać artykuł pod tytułem “Uczona warszawianka”. To wywiad z jedną z bohaterek wystawy “Prawobrzeżne, którą można zwiedzać w Muzeum Warszawskiej Pragi od 22 listopada 2023 roku.</b> <b> </b> Nazwisko jej Maria Czaplicka. Jest to młoda uczona polska, mieszkająca stale w Londynie, o której u nas w Polsce jakoś bardzo mało mówi się i pisze. O każdym skrzypku, pianiście, śpiewaku, nawet baletnicy polskiej, występującej za granicą, prasa nasza podaje bardzo drobiazgowe informacje, więc chyba należy się także choć trochę uwagi uczonej, która pracami antropologicznymi zdobyła sobie dobre imię w nauce i której Uniwersytet Oxfordzki powierzył kierownictwo wyprawy naukowej w krainy nieznanych syberyjskich plemion… Korespondent londyński Bluszczu, Pan Marian Dąbrowski odwiedził pannę Czaplicką i otrzymał od niej następujące informacje: – jestem warszawianką. dziecięctwo, pensja, wszystko jak w życiu przeciętnej Warszawianki w burzliwy czas w ubiegłej rewolucji i zarabiałam na życie lekcjami polskiego w kilku miastach rosyjskich Dałam gimnazjalną maturę w Rosji, Później wróciłam do Warszawy na nauczycielkę pensyjną. Jednocześnie zostałam studentką towarzystwa kursów naukowych. w moich wyższych studiach w Warszawie największą pomoc zawdzięczam Nałkowskiemu i Stanisławowi Kalinowskiemu. Przez trzy lata w Warszawie byłam niemożliwie zaharowana różnymi sekretariatami, zastępstwami, lekcjami, odczytami i tak dalej kropka Wszystko to różnie płatne, lub wcale niepłatne. oczywiście najlepiej wspominam Uniwersytet dla wszystkich i szkolne komplety. Dzięki pracy w Towarzystwie Kursów Naukowych po wyjeździe za granicę studia uniwersyteckie poszły mi bardzo łatwo. W Londynie od razu otrzymałam specjalne prace, w których będę w których będąc studentką pierwszego roku mogłam już robić samodzielne badania. po roku przeniosłam się do Oxfordu, Gdzie w Somerswil College byłam pierwszą cudzoziemką przyjęto na angielskich warunkach. i gdzie doznałam bardzo życzliwego poparcia. po otrzymaniu dyplomu i po napisaniu prac z antropologii socjalnej, zatrzymano mnie w Oksfordzie Dostałam dwa stypendia z Holandii z mojego kolegium i Bedford College w Londynie. Pomagałam profesor antropologii socjalnej, za co otrzymałam pensję od Human Anatomy Departament w Oxfordzie… W ogóle Oxford i Cambridge niezbyt jeszcze uznają kobiety, ale ja skarżyć się nie mogę. -Przepraszam – wtrącił korespondent – czy kraj, ojczyzna, żadnej pomocy pani nie udzieliła? – Ależ owszem, dostałam roczną zapomogę z kasy Mianowskiego, no i obstalunek za popularną książkę “Ludy kuli ziemskiej” od pana Arcta. Kończę ją niebawem. Wykłady i zarobkowe zajęcia w oxfordzie przeszkadzały mi w pracy nad tą pierwszą bodaj popularną antropologią. a i obecnie mam kilka referatów w mniejszych naukowych instytucjach, co również przedłuża zakończenie polskiej książki. Zapewne wie pan już o tym, że Oxford organizuje naukową wyprawę na Syberię. kierownictwo zostało mnie powierzone. wyjeżdżamy po Nowym Roku. ale prawda, nic panu nie wiadomo o głównych zadaniach tej wyprawy. udało mi się odkryć ciekawą rzecz: wśród plemion zamieszkujących Północną połać ziemi między Leną a Jenisejem. w roku zeszłym Oxford obstalował u mnie dłuższą pracę w tej materii, a teraz dla zgromadzenia materiału dowodowego wysyła mnie z tą ekspedycją. Cytowany fragment zaczerpnięto z tekstu Uczona warszawianka, Kurier Warszawski, 4 stycznia 1914, s. 11.<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></itunes:summary><itunes:duration>231</itunes:duration><itunes:keywords>ne</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Kibuc dla dziewcząt - Towa Rubin</title><link>https://www.spreaker.com/episode/kibuc-dla-dziewczat-towa-rubin--57795548</link><description><![CDATA[Zawód miłosny przekuła w działanie. Założyła kibuc dla dziewcząt w Remberowie. Jak Towę Rubin wspomina jej córka?<br /><br />W 2021 roku Muzeum Warszawskiej Pragi miało przyjemność nagrać wspomnienia Nili Aisen, córki Tovy Rubin. Prezentujemy fragmenty tego wywiadu. Tłumaczenie Agata Brzozowicz Czyta Dariusz Kunowski.<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/57795548</guid><pubDate>Mon, 05 Feb 2024 06:00:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/57795548/tova_rubin_prawobrze_ne_podcast.mp3" length="4356046" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Zawód miłosny przekuła w działanie. Założyła kibuc dla dziewcząt w Remberowie. Jak Towę Rubin wspomina jej córka?

W 2021 roku Muzeum Warszawskiej Pragi miało przyjemność nagrać wspomnienia Nili Aisen, córki Tovy Rubin. Prezentujemy fragmenty tego...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Zawód miłosny przekuła w działanie. Założyła kibuc dla dziewcząt w Remberowie. Jak Towę Rubin wspomina jej córka?<br /><br />W 2021 roku Muzeum Warszawskiej Pragi miało przyjemność nagrać wspomnienia Nili Aisen, córki Tovy Rubin. Prezentujemy fragmenty tego wywiadu. Tłumaczenie Agata Brzozowicz Czyta Dariusz Kunowski.<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></itunes:summary><itunes:duration>273</itunes:duration><itunes:keywords>jolantawiśniewska,muzeumwarszawskiejpragi,praskieaudiohistorie,prawobrzeżne,towarubin</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episode>3</itunes:episode><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Wychowała kilka pokoleń prażanek - Helena Rzeszotarska</title><link>https://www.spreaker.com/episode/wychowala-kilka-pokolen-prazanek-helena-rzeszotarska--57795535</link><description><![CDATA[Swoją szkołę dla dziewcząt na warszawskiej Pradze założyła jeszcze za cara, w 1908 roku. Kierowała nią w czasie I wojny światowej, w dwudziestoleciu międzywojennym, za okupacji hitlerowskiej i w komunistycznej Polsce po wojnie. Nie zdobyła majątku, ale została w pamięci wychowanek. Czy było warto?<br /><br />W Praskich Audiohistoriach przedstawiamy dziś szkice do portretu Heleny Rzeszotarskiej - nauczycielki, założycielki znanej prywatnej żeńskiej szkoły, działającej na Pradze, przy Konopackiej. Nagrania pochodzą z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Pragi. Wspomina Anna Dunin- Wąsowicz.<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/57795535</guid><pubDate>Fri, 05 Jan 2024 06:00:03 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/57795535/helena_rzeszotarska_prawobrze_ne_podcast.mp3" length="4382796" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Swoją szkołę dla dziewcząt na warszawskiej Pradze założyła jeszcze za cara, w 1908 roku. Kierowała nią w czasie I wojny światowej, w dwudziestoleciu międzywojennym, za okupacji hitlerowskiej i w komunistycznej Polsce po wojnie. Nie zdobyła majątku,...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Swoją szkołę dla dziewcząt na warszawskiej Pradze założyła jeszcze za cara, w 1908 roku. Kierowała nią w czasie I wojny światowej, w dwudziestoleciu międzywojennym, za okupacji hitlerowskiej i w komunistycznej Polsce po wojnie. Nie zdobyła majątku, ale została w pamięci wychowanek. Czy było warto?<br /><br />W Praskich Audiohistoriach przedstawiamy dziś szkice do portretu Heleny Rzeszotarskiej - nauczycielki, założycielki znanej prywatnej żeńskiej szkoły, działającej na Pradze, przy Konopackiej. Nagrania pochodzą z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Pragi. Wspomina Anna Dunin- Wąsowicz.<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></itunes:summary><itunes:duration>274</itunes:duration><itunes:keywords>annamizikowska,jolantawiśniewska,muzeumwarszawskiejpragi,praskieaudiohistorie,prawobrzeżne,rzeszotarska</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Aktorka w habicie - Stanisława Umińska</title><link>https://www.spreaker.com/episode/aktorka-w-habicie-stanislawa-uminska--57795351</link><description><![CDATA[Uniewinniona w procesie o zabójstwo, mówił o niej Paryż. Pomogła Leonowi Schillerowi wystawić słynną "Pastorałkę".<br /><br /><b>W Henrykowie u przeoryszy</b> <b> </b> <b>Jedną z postaci, o których opowiada cykl i ekspozycja “Prawobrzeżne” jest Stanisława Umińska. W pewnym momencie ta dobra, ceniona aktorka wstąpiła do zakonu. Jak? Dlaczego? Tego dowiecie się na wystawie. </b> <b>W okresie okupacji Umińska, już jako siostra Benigna, była przeoryszą zakonu w Henrykowie i kierownikiem działającego przy klasztorze domu dla dziewcząt moralnie upadłych.</b> <b>To z pomocą siostry Benigny Leon Schiller wystawił swą wojenną inscenizację “Pastorałki”.</b> <b>Czesław Miłosz miał szczęście być jednym z widzów tamtego przedstawienia. I po latach tak tę przygodę opisał w Kulturze:</b> Ponieważ widziałem te pastorałkę utrzymywałem odtąd, że wiem czym jest prawdziwy teatr i przykładałem jej miarę do późniejszych moich teatralnych wieczorów, zwykle z negatywnym wynikiem. Oczywiście, wolno powiedzieć że szczególne warunki złożyły się na tak gorące, nie przeze mnie jednego, przyjęcie schillerowskiego spektaklu. Wygłodzenie oczu i przez ponurą bezbarwność okupowanego miasta i przez brak teatralnych czy kinowych rozrywek, niezwykłość całej imprezy wynagradzającej długie tłuczenie się tramwajem i podmiejską kolejką, a nawet niespodzianka, jaką było odkrycie tylu aktorskich talentów u przypadkowo zebranych dziewcząt… To bodaj Jerzy Andrzejewski, z którym widywaliśmy się często, powiedział pewnego zimowego dnia przed Bożym Narodzeniem 1942 roku, że jesteśmy zaproszeni do Henrykowa, do zakonnic, na przedstawienie Pastorałki, które przygotowywał sam Schiller. Nie wiedziałem, co to Henryków. Okazało się, że za Wisłą, gdzieś na północny wschód Nigdy nie byłem w tamtych okolicach. Zakonnice benedyktynki miały tam klasztor i zakład dla małoletnich przestępczyń, głównie prostytutek, zgarnianych przez granatową policję na ulicach Warszawy. Podróż więc do Henrykowa. Najpierw Janka i ja tramwajem z naszego przystanku przy rogu Alei Niepodległości i Rakowieckiej do Śródmieścia. Tam spotkanie z Jerzym i tramwajem przez most Kierbedzia na Pragę. Szarość miasta pod okupacją, szarość mokrej zimy, zatłoczony tramwaj, w którym pierwszy wagon jest tylko dla Niemców. Na wpół stanie na wpół wiszenie. Z Pragi podmiejska kolejka. Nic z niej nie pamiętam. Tyle że już spotkaliśmy znajomych jadących w tym samym celu. Nie pamiętam też nic z Henrykowa, aż do chwili, kiedy wprowadzono nas chyba do kaplicy, w której stały rzędy niskich ławek. Mieściła się na nich publiczność. Około setki osób. Twarze przeważnie dobrze znane, bo aktorzy, literaci, malarze, ludzie uniwersyteccy…. “Ona ma wejście wielkiej aktorki! - powiedział Jerzy, kiedy przeorysza wkraczała na salę ze swoimi zakonnicami, żeby zająć pierwsze rzędy w ławkach. Wyraził w ten sposób to, co czuliśmy wszyscy. Respekt dla jej ciągle jeszcze urody i dostojeństwa. Pastorałki nie znałem. Schiller ułożył ludowe kolędy i piosenki jako szopkę staropolską, a następnie już jako pastorałkę wystawił ją w 1922 roku w reducie… I o to - nie grecka tragedia, nie dzieło Szekspira, nie dramat romantyczny dały mi najsilniejsze przeżycie teatralne mego życia - ale widowisko ludowe. Szopka, jasełka, odegrane przez biedne dziewczęta z warszawskiej ulicy, które nigdy może nie były w teatrze… Cytowany fragment zaczerpnięto z tekstu Czesław Miłosz, W Henrykowie u przeoryszy, Kultura, nr 10, 1988<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/57795351</guid><pubDate>Tue, 05 Dec 2023 06:00:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/57795351/stanis_awa_umi_ska_prawobrze_ne_podcast.mp3" length="4506929" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Uniewinniona w procesie o zabójstwo, mówił o niej Paryż. Pomogła Leonowi Schillerowi wystawić słynną "Pastorałkę".

W Henrykowie u przeoryszy   Jedną z postaci, o których opowiada cykl i ekspozycja “Prawobrzeżne” jest Stanisława Umińska. W pewnym...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Uniewinniona w procesie o zabójstwo, mówił o niej Paryż. Pomogła Leonowi Schillerowi wystawić słynną "Pastorałkę".<br /><br /><b>W Henrykowie u przeoryszy</b> <b> </b> <b>Jedną z postaci, o których opowiada cykl i ekspozycja “Prawobrzeżne” jest Stanisława Umińska. W pewnym momencie ta dobra, ceniona aktorka wstąpiła do zakonu. Jak? Dlaczego? Tego dowiecie się na wystawie. </b> <b>W okresie okupacji Umińska, już jako siostra Benigna, była przeoryszą zakonu w Henrykowie i kierownikiem działającego przy klasztorze domu dla dziewcząt moralnie upadłych.</b> <b>To z pomocą siostry Benigny Leon Schiller wystawił swą wojenną inscenizację “Pastorałki”.</b> <b>Czesław Miłosz miał szczęście być jednym z widzów tamtego przedstawienia. I po latach tak tę przygodę opisał w Kulturze:</b> Ponieważ widziałem te pastorałkę utrzymywałem odtąd, że wiem czym jest prawdziwy teatr i przykładałem jej miarę do późniejszych moich teatralnych wieczorów, zwykle z negatywnym wynikiem. Oczywiście, wolno powiedzieć że szczególne warunki złożyły się na tak gorące, nie przeze mnie jednego, przyjęcie schillerowskiego spektaklu. Wygłodzenie oczu i przez ponurą bezbarwność okupowanego miasta i przez brak teatralnych czy kinowych rozrywek, niezwykłość całej imprezy wynagradzającej długie tłuczenie się tramwajem i podmiejską kolejką, a nawet niespodzianka, jaką było odkrycie tylu aktorskich talentów u przypadkowo zebranych dziewcząt… To bodaj Jerzy Andrzejewski, z którym widywaliśmy się często, powiedział pewnego zimowego dnia przed Bożym Narodzeniem 1942 roku, że jesteśmy zaproszeni do Henrykowa, do zakonnic, na przedstawienie Pastorałki, które przygotowywał sam Schiller. Nie wiedziałem, co to Henryków. Okazało się, że za Wisłą, gdzieś na północny wschód Nigdy nie byłem w tamtych okolicach. Zakonnice benedyktynki miały tam klasztor i zakład dla małoletnich przestępczyń, głównie prostytutek, zgarnianych przez granatową policję na ulicach Warszawy. Podróż więc do Henrykowa. Najpierw Janka i ja tramwajem z naszego przystanku przy rogu Alei Niepodległości i Rakowieckiej do Śródmieścia. Tam spotkanie z Jerzym i tramwajem przez most Kierbedzia na Pragę. Szarość miasta pod okupacją, szarość mokrej zimy, zatłoczony tramwaj, w którym pierwszy wagon jest tylko dla Niemców. Na wpół stanie na wpół wiszenie. Z Pragi podmiejska kolejka. Nic z niej nie pamiętam. Tyle że już spotkaliśmy znajomych jadących w tym samym celu. Nie pamiętam też nic z Henrykowa, aż do chwili, kiedy wprowadzono nas chyba do kaplicy, w której stały rzędy niskich ławek. Mieściła się na nich publiczność. Około setki osób. Twarze przeważnie dobrze znane, bo aktorzy, literaci, malarze, ludzie uniwersyteccy…. “Ona ma wejście wielkiej aktorki! - powiedział Jerzy, kiedy przeorysza wkraczała na salę ze swoimi zakonnicami, żeby zająć pierwsze rzędy w ławkach. Wyraził w ten sposób to, co czuliśmy wszyscy. Respekt dla jej ciągle jeszcze urody i dostojeństwa. Pastorałki nie znałem. Schiller ułożył ludowe kolędy i piosenki jako szopkę staropolską, a następnie już jako pastorałkę wystawił ją w 1922 roku w reducie… I o to - nie grecka tragedia, nie dzieło Szekspira, nie dramat romantyczny dały mi najsilniejsze przeżycie teatralne mego życia - ale widowisko ludowe. Szopka, jasełka, odegrane przez biedne dziewczęta z warszawskiej ulicy, które nigdy może nie były w teatrze… Cytowany fragment zaczerpnięto z tekstu Czesław Miłosz, W Henrykowie u przeoryszy, Kultura, nr 10, 1988<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></itunes:summary><itunes:duration>282</itunes:duration><itunes:keywords>annamizikowska,jolantawiśniewska,muzeumwarszawskiejpragi,praskieaudiohistorie,prawobrzeżne,stanisławaumińska</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episode>2</itunes:episode><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Prawobrzeżne - dzienniczek Jadwigi Czajki</title><link>https://www.spreaker.com/episode/prawobrzezne-dzienniczek-jadwigi-czajki--57795283</link><description><![CDATA[Jadwiga Czajka miała 13 lat, gdzy zaczęła pisać dziennik mieszkanki Pragi. Posłuchaj, jak zapamiętała ostatnie dni dwudziestolecia międzywojennego. I przyjdź na wystawę "Prawobrzeżne" do Muzeum Warszawskiej Pragi, żeby dowiedzieć sie więcej o tej i innych wyjątkowych prażankach.<br /><br /><b>Jadwiga Czajka, urodzona w 1924 roku, od wczesnej młodości pisała dziennik. Część jej wspomnień wydano potem drukiem. A rękopisy można zobaczyć na wystawie Prawobrzeżne. To jednocześnie codzienny i przejmujący obraz życia na warszawskiej Pradze…</b> <b>Aleksandra Sidor przeczytała dla państwa kilka fragmentów:</b> 4 lutego 1937 roku. Warszawa Kilka słów o mojej osobie. Mieszkam od urodzenia w tym samym domu w Warszawie na ulicy Wileńskiej. Nie jestem z tego zadowolona, gdyż tu dużo jest w koło rodziny i nigdy nie mam spokoju. Ale co zrobić, kiedy Tatuś się przyzwyczaił… Mam dobrych rodziców i kochanych braciszków. Starszy ma 19 lat Ja sama skończyłam już 13 lat. Sześ lat uczęszczałam do szkoły podstawowej, gdzie miałam dużo koleżanek. Obecnie jestem w pierwszej klasie gimnazjum państwowego na Pradze, przy ulicy Kawęczyńskiej. Jest nas w klasie aż 50! Nie lubię niemieckiego, bo mi bardzo to źle idzie. Z polskiego robię masę błędów ortograficznych. Kocham sport, więc i z tego przedmiotu stoję nieźle. 25 sierpnia 1939 roku Janek wsiadł na rower i pojechał na Pragę po gazetę, w której ani słowa o wojnie. Ale na ulicach tłok. Kobiety płaczą. We wszystkich szkołach biura werbunkowe. Żołnierze i policjanci snują się po mieście. Janek ze śmiechem opowiadał, jak pan Łętowski szedł śpiewając “Wojenko, wojenko”, a za nim szła zapłakana żona… Tu na wsi powołano już wielu młodych. słychać zawodzenie starych matek. 28 sierpnia 1939 roku Rozmawiamy o przyszłości. Józio z panem Stachem będą budowali ośmioosobową łódź na motor. W soboty będzie można wyjeżdżać z Warszawy na biwaki. Pan Stacho miał jechać na przeszkolenie do Anglii, ale tu wojna! Zostaje kierownikiem produkcji. To 450 zł i premia! Pan Józef wyjeżdża do Gdyni, gdzie będzie również kierownikiem. Przy budowie jachtów. 29 sierpnia 1939 roku Obecne moje życie to wegetacja. Kazano mi tu siedzieć, A ja czytam, że tysiąc dwustu harcerzy i harcerek pracuje przy kopaniu rowów na schrony. Tam panuje atmosfera czynu! A ja czytam wiersze… Zachwycają mnie te nabrzmiałe krwią, tęsknotą i bezwzględną miłością. Oddaniem. Już wiem, co to jest Polska! 30 sierpnia 1939 roku Odkryłam jakie to życie przede mną kobietą! Tak bardzo zawsze chciałam być chłopcem… Ten pan Stacho traktuje mnie jak małą smarkulkę… Głupio mi z nim spacerować. Denerwuje mnie, że prowadzi mnie pod rękę. Powiedziałam, że chciałabym iść na wojnę. A on na to, że nie pozwoli. Mówił o szczęśliwych dla niego dniach. Wszystko to odbijało się o mnie, jak groch o ścianę! Czuję że jestem marnym i słabym człowiekiem. Tyle we mnie próżności i tak mało opanowania… 31 sierpnia 1939 roku Rozwieszono karty o pospolitym ruszeniu. Chłopcy spędzają wiele czasu u żołnierzy, którzy są tu niedaleko. Widocznie Hitler chce wojny. Będziemy się bronili – duch jest wspaniały! Koszmarne sny: zabito kogoś na moście Kierbedzia. Wiedziałam, że to ktoś bliski… Zapraszamy na wystawę “Prawobrzeżne”. W Muzeum Warszawskiej Pragi od 22 listopada 2023 roku.<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/57795283</guid><pubDate>Fri, 24 Nov 2023 12:01:07 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/57795283/jadwiga_czajka_prawobrze_ne_podcast.mp3" length="3755021" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Jadwiga Czajka miała 13 lat, gdzy zaczęła pisać dziennik mieszkanki Pragi. Posłuchaj, jak zapamiętała ostatnie dni dwudziestolecia międzywojennego. I przyjdź na wystawę "Prawobrzeżne" do Muzeum Warszawskiej Pragi, żeby dowiedzieć sie więcej o tej i...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Jadwiga Czajka miała 13 lat, gdzy zaczęła pisać dziennik mieszkanki Pragi. Posłuchaj, jak zapamiętała ostatnie dni dwudziestolecia międzywojennego. I przyjdź na wystawę "Prawobrzeżne" do Muzeum Warszawskiej Pragi, żeby dowiedzieć sie więcej o tej i innych wyjątkowych prażankach.<br /><br /><b>Jadwiga Czajka, urodzona w 1924 roku, od wczesnej młodości pisała dziennik. Część jej wspomnień wydano potem drukiem. A rękopisy można zobaczyć na wystawie Prawobrzeżne. To jednocześnie codzienny i przejmujący obraz życia na warszawskiej Pradze…</b> <b>Aleksandra Sidor przeczytała dla państwa kilka fragmentów:</b> 4 lutego 1937 roku. Warszawa Kilka słów o mojej osobie. Mieszkam od urodzenia w tym samym domu w Warszawie na ulicy Wileńskiej. Nie jestem z tego zadowolona, gdyż tu dużo jest w koło rodziny i nigdy nie mam spokoju. Ale co zrobić, kiedy Tatuś się przyzwyczaił… Mam dobrych rodziców i kochanych braciszków. Starszy ma 19 lat Ja sama skończyłam już 13 lat. Sześ lat uczęszczałam do szkoły podstawowej, gdzie miałam dużo koleżanek. Obecnie jestem w pierwszej klasie gimnazjum państwowego na Pradze, przy ulicy Kawęczyńskiej. Jest nas w klasie aż 50! Nie lubię niemieckiego, bo mi bardzo to źle idzie. Z polskiego robię masę błędów ortograficznych. Kocham sport, więc i z tego przedmiotu stoję nieźle. 25 sierpnia 1939 roku Janek wsiadł na rower i pojechał na Pragę po gazetę, w której ani słowa o wojnie. Ale na ulicach tłok. Kobiety płaczą. We wszystkich szkołach biura werbunkowe. Żołnierze i policjanci snują się po mieście. Janek ze śmiechem opowiadał, jak pan Łętowski szedł śpiewając “Wojenko, wojenko”, a za nim szła zapłakana żona… Tu na wsi powołano już wielu młodych. słychać zawodzenie starych matek. 28 sierpnia 1939 roku Rozmawiamy o przyszłości. Józio z panem Stachem będą budowali ośmioosobową łódź na motor. W soboty będzie można wyjeżdżać z Warszawy na biwaki. Pan Stacho miał jechać na przeszkolenie do Anglii, ale tu wojna! Zostaje kierownikiem produkcji. To 450 zł i premia! Pan Józef wyjeżdża do Gdyni, gdzie będzie również kierownikiem. Przy budowie jachtów. 29 sierpnia 1939 roku Obecne moje życie to wegetacja. Kazano mi tu siedzieć, A ja czytam, że tysiąc dwustu harcerzy i harcerek pracuje przy kopaniu rowów na schrony. Tam panuje atmosfera czynu! A ja czytam wiersze… Zachwycają mnie te nabrzmiałe krwią, tęsknotą i bezwzględną miłością. Oddaniem. Już wiem, co to jest Polska! 30 sierpnia 1939 roku Odkryłam jakie to życie przede mną kobietą! Tak bardzo zawsze chciałam być chłopcem… Ten pan Stacho traktuje mnie jak małą smarkulkę… Głupio mi z nim spacerować. Denerwuje mnie, że prowadzi mnie pod rękę. Powiedziałam, że chciałabym iść na wojnę. A on na to, że nie pozwoli. Mówił o szczęśliwych dla niego dniach. Wszystko to odbijało się o mnie, jak groch o ścianę! Czuję że jestem marnym i słabym człowiekiem. Tyle we mnie próżności i tak mało opanowania… 31 sierpnia 1939 roku Rozwieszono karty o pospolitym ruszeniu. Chłopcy spędzają wiele czasu u żołnierzy, którzy są tu niedaleko. Widocznie Hitler chce wojny. Będziemy się bronili – duch jest wspaniały! Koszmarne sny: zabito kogoś na moście Kierbedzia. Wiedziałam, że to ktoś bliski… Zapraszamy na wystawę “Prawobrzeżne”. W Muzeum Warszawskiej Pragi od 22 listopada 2023 roku.<br /><br /><i>Materiał zrealizowany w cyklu “Prawobrzeżni”, dzięki wsparciu finansowemu Miasta Stołecznego Warszawy w ramach projektów rewitalizacyjnych m.st. Warszawy</i>]]></itunes:summary><itunes:duration>235</itunes:duration><itunes:keywords>jadwigaczajka,muzeumpragi,prawobrzeżne</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Stanisław Kuba - kolejarska kariera z połowy XX wieku</title><link>https://www.spreaker.com/episode/stanislaw-kuba-kolejarska-kariera-z-polowy-xx-wieku--55596499</link><description><![CDATA[Stanisław Kuba urodził się w podwarszawskiej wsi Nowinki w styczniu 1932<br />roku. W okresie okupacji z racji tego, że mama pracowała w Warszawie<br />chłopcem zajmowała się siostra mamy. Do Warszawy przyjechał dopiero w 1945,<br />po zakończeniu drugiej wojny światowej. Zatrudniono go wówczas w charakterze<br />gońca w aptece Potockich znajdującej się na rogu ulicy Poznańskiej i Alej<br />Jerozolimskich. Następnie trafił do sióstr Elżbietanek do Otwocka. Tu w 1948<br />roku ukończył siedmioklasową szkołę im. Władysława Reymonta. Następnie<br />trafił do domu księży Orionistów położonego przy ulicy Barskiej w Warszawie.<br />Po zakończeniu nauki w szkole podstawowej zdał egzamin do I Miejskiej Szkoły<br />Zawodowej im. Michała Konarskiego znajdującej się na ulicy Okopowej. Tu<br />uczył się przez 3 lata aż do 1951 roku, które skońćzył z tytułem czeladnika<br />tokarskiego. Następnie złożył papiery do Technikum Kolejowego na ulicy<br />Chmielnej gdzie pomyślnie zdał egzaminy i został przyjęty do klasy czwartej.<br />W tej szkole przystąpił do matury którą zdał w 1952 roku. Po maturze dostał<br />nakaz pracy na kolei. Ministerstwo Kolei skierowało go do pracy w<br />parowozowni Warszawa Wschodnia. W tym miejscu przeszedł 6 miesięczne<br />szkolenie, po którym w marcu 1953 roku zdał egzamin w wydziale mechanicznym<br />dyrekcji okręgowej kolei państwowej. Następnie skierowano go na kierownika<br />sekcji trakcyjnej do oddziału RMO-2 (Ruchowo Mechaniczny Oddział drugi)<br />Warszawa - Praga, gdzie pracował do roku 56. W tym czasie należąc do klubu<br />ZZK Kolejarz wyjechał na wczasy do Międzyzdrojów gdzie poznał swoją przyszłą<br />żonę. W 1963 roku urodziła się im córka. Z węzła Warszawa - Praga przeszedł<br />do biura techniki Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowej. W tej jednostce<br />został założony kolejowy dozór techniczny, w którym, na stanowisku<br />inspektora pracował aż do emerytury na którą przeszedł w 1993 roku. W<br />międzyczasie przez krótki okres pracował w głównym inspektoracie kolei<br />państwowych, z którego po kilku latach wrócił do okręgowego. W 1994 roku<br />został zatrudniony w Muzeum Kolejnictwa na pół etatu gdzie odpowiadał za<br />sprawy BHP. W muzeum przepracował 12 lat. <br /><br />Rozmawiał Konrad Pruszyński, 13 września 2012 roku.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/55596499</guid><pubDate>Thu, 20 Jul 2023 07:30:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/55596499/stanis_aw_kuba_kolejarska_kariera_z_po_owy_xx_wieku.mp3" length="45540876" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Stanisław Kuba urodził się w podwarszawskiej wsi Nowinki w styczniu 1932
roku. W okresie okupacji z racji tego, że mama pracowała w Warszawie
chłopcem zajmowała się siostra mamy. Do Warszawy przyjechał dopiero w 1945,
po zakończeniu drugiej wojny...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Stanisław Kuba urodził się w podwarszawskiej wsi Nowinki w styczniu 1932<br />roku. W okresie okupacji z racji tego, że mama pracowała w Warszawie<br />chłopcem zajmowała się siostra mamy. Do Warszawy przyjechał dopiero w 1945,<br />po zakończeniu drugiej wojny światowej. Zatrudniono go wówczas w charakterze<br />gońca w aptece Potockich znajdującej się na rogu ulicy Poznańskiej i Alej<br />Jerozolimskich. Następnie trafił do sióstr Elżbietanek do Otwocka. Tu w 1948<br />roku ukończył siedmioklasową szkołę im. Władysława Reymonta. Następnie<br />trafił do domu księży Orionistów położonego przy ulicy Barskiej w Warszawie.<br />Po zakończeniu nauki w szkole podstawowej zdał egzamin do I Miejskiej Szkoły<br />Zawodowej im. Michała Konarskiego znajdującej się na ulicy Okopowej. Tu<br />uczył się przez 3 lata aż do 1951 roku, które skońćzył z tytułem czeladnika<br />tokarskiego. Następnie złożył papiery do Technikum Kolejowego na ulicy<br />Chmielnej gdzie pomyślnie zdał egzaminy i został przyjęty do klasy czwartej.<br />W tej szkole przystąpił do matury którą zdał w 1952 roku. Po maturze dostał<br />nakaz pracy na kolei. Ministerstwo Kolei skierowało go do pracy w<br />parowozowni Warszawa Wschodnia. W tym miejscu przeszedł 6 miesięczne<br />szkolenie, po którym w marcu 1953 roku zdał egzamin w wydziale mechanicznym<br />dyrekcji okręgowej kolei państwowej. Następnie skierowano go na kierownika<br />sekcji trakcyjnej do oddziału RMO-2 (Ruchowo Mechaniczny Oddział drugi)<br />Warszawa - Praga, gdzie pracował do roku 56. W tym czasie należąc do klubu<br />ZZK Kolejarz wyjechał na wczasy do Międzyzdrojów gdzie poznał swoją przyszłą<br />żonę. W 1963 roku urodziła się im córka. Z węzła Warszawa - Praga przeszedł<br />do biura techniki Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowej. W tej jednostce<br />został założony kolejowy dozór techniczny, w którym, na stanowisku<br />inspektora pracował aż do emerytury na którą przeszedł w 1993 roku. W<br />międzyczasie przez krótki okres pracował w głównym inspektoracie kolei<br />państwowych, z którego po kilku latach wrócił do okręgowego. W 1994 roku<br />został zatrudniony w Muzeum Kolejnictwa na pół etatu gdzie odpowiadał za<br />sprawy BHP. W muzeum przepracował 12 lat. <br /><br />Rozmawiał Konrad Pruszyński, 13 września 2012 roku.]]></itunes:summary><itunes:duration>2847</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,kolej,kolejarz,kolejnapragę,muzeumwarszawskiejpragi,stanisławkuba</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>"Kolejarze. Opowiadania 1940-1944" Tadeusz Łukasik Rozdział 6</title><link>https://www.spreaker.com/episode/kolejarze-opowiadania-1940-1944-tadeusz-lukasik-rozdzial-6--54838149</link><description><![CDATA[Rozdział 6. Śmierć Karola <br />Drogi czytelniku, wspomniałem na początku swoich opowiadań o postaci Karola, który był nam tak pomocny, nie zainteresowany materialnie, zaangażowany we wszystkie nasze poczynania, mimo tego, że był Niemcem i że lubił zalać sobie robaka, który go męczył. Ale my rozumieliśmy jego myśli, choć skryte, gdyż między nami nie rozmawiał na tematy tak drastyczne, jak wojna, Hitler, Polak i Niemiec. Czuliśmy, że ma na celu rozłożenie na łopatki Hitlera i jego brunatnej bandy, mając na uwadze jego skromne, choć bohaterskie powiązania z nami. Jak pomoc udzielana nam, a głównie organizacji.<br />Mogę dziś z całą pewnością napisać, że Karol wiedział dla kogo pracujemy i choć pomoc jego mogła zagrażać nam, mogła zagrażać i jemu, gdyż w tamtym czasie za swoje wyczyny otrzymalibyśmy jednakową zapłatę.<br />Śmierć Karola nastąpiła w ostatnich dniach lipca 1944 roku, przed Powstaniem Warszawskim w następujących okolicznościach: wracając z pracy z nocnej zmiany, mając przesiadkę na dworcu Wschodnim Karol spostrzegł na sąsiednim peronie niewiastę, która wpadła między wagony stojącego pociągu elektrycznego. Nazwisko tej pani nie jest mi znane. Wiem tylko, że była Polką.<br />Karol natychmiast przybył tej pani na pomoc, pomagając jej wydostać się. Pociąg ruszył, a znajdujący się w dole Karol bez żadnych szans wydostania się na górę, został wciągnięty między wagony i przecięty na połowę.<br />Tak zakończył swój cichy, bohaterski żywot jeden z tych, co bezinteresownie,  lecz z poświęceniem oddali swoje życie dla Matki Polki.<br />Opowiadanie to poświęcam tej Pani, która znalazła się w takiej przykrej sytuacji, życząc jej dobrego zdrowia i długich lat życia.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/54838149</guid><pubDate>Thu, 13 Jul 2023 07:00:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/54838149/tadeusz_ukasik_kolejarze_rozdzia_6.mp3" length="3156153" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Rozdział 6. Śmierć Karola 
Drogi czytelniku, wspomniałem na początku swoich opowiadań o postaci Karola, który był nam tak pomocny, nie zainteresowany materialnie, zaangażowany we wszystkie nasze poczynania, mimo tego, że był Niemcem i że lubił zalać...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Rozdział 6. Śmierć Karola <br />Drogi czytelniku, wspomniałem na początku swoich opowiadań o postaci Karola, który był nam tak pomocny, nie zainteresowany materialnie, zaangażowany we wszystkie nasze poczynania, mimo tego, że był Niemcem i że lubił zalać sobie robaka, który go męczył. Ale my rozumieliśmy jego myśli, choć skryte, gdyż między nami nie rozmawiał na tematy tak drastyczne, jak wojna, Hitler, Polak i Niemiec. Czuliśmy, że ma na celu rozłożenie na łopatki Hitlera i jego brunatnej bandy, mając na uwadze jego skromne, choć bohaterskie powiązania z nami. Jak pomoc udzielana nam, a głównie organizacji.<br />Mogę dziś z całą pewnością napisać, że Karol wiedział dla kogo pracujemy i choć pomoc jego mogła zagrażać nam, mogła zagrażać i jemu, gdyż w tamtym czasie za swoje wyczyny otrzymalibyśmy jednakową zapłatę.<br />Śmierć Karola nastąpiła w ostatnich dniach lipca 1944 roku, przed Powstaniem Warszawskim w następujących okolicznościach: wracając z pracy z nocnej zmiany, mając przesiadkę na dworcu Wschodnim Karol spostrzegł na sąsiednim peronie niewiastę, która wpadła między wagony stojącego pociągu elektrycznego. Nazwisko tej pani nie jest mi znane. Wiem tylko, że była Polką.<br />Karol natychmiast przybył tej pani na pomoc, pomagając jej wydostać się. Pociąg ruszył, a znajdujący się w dole Karol bez żadnych szans wydostania się na górę, został wciągnięty między wagony i przecięty na połowę.<br />Tak zakończył swój cichy, bohaterski żywot jeden z tych, co bezinteresownie,  lecz z poświęceniem oddali swoje życie dla Matki Polki.<br />Opowiadanie to poświęcam tej Pani, która znalazła się w takiej przykrej sytuacji, życząc jej dobrego zdrowia i długich lat życia.]]></itunes:summary><itunes:duration>198</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,iiwojna,kolej,kolejarze,kolejnapragę,muzeumpragi,okupacja</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episode>6</itunes:episode><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>"Kolejarze. Opowiadania 1940-1944" Tadeusz Łukasik Rozdział 5</title><link>https://www.spreaker.com/episode/kolejarze-opowiadania-1940-1944-tadeusz-lukasik-rozdzial-5--54838140</link><description><![CDATA[Rozdział 5. Podpalenie transportu<br />Latem 1943 roku przebywaliśmy całą czwórką przy pracy na torach, zmęczeni trochę pracą, a więcej upałem. Zawsze oczy nasze skierowane były na otoczenie, czyli transporty. Dnia tego na torach stał transport gotowy w oczekiwaniu do odjazdu na zachód. |W nim, pośrodku transportu, znajdował się jeden wagon z sianem, przykryty od góry plandeką (boki były odkryte) i tym przyciągał naszą uwagę, żeby puścić go z dymem.<br />Plan nasz z podpaleniem polegał na tym, że w chwili odjazdu transportu zostanie podłożona szmata zatknięta za przednią część wagonu z sianem. Z biegiem pociągu przewiew sam dokona swego, a resztę można było położyć na karb iskry parowozu, gdyż w tym okresie tylko parowe lokomotywy były w użyciu...<br />Transport ruszył i gdy był na oddalonym o 1 kilometr wysokim nasypie kolejowym ze stacji rozrządowej do stacji Warszawa Praga spostrzegliśmy, że nasze dzieło zostało wykonane dokładnie. Wagon z sianem płonął, a z niego całe płaty płonących żagwi były przenoszone na następne wagony, powodując dalsze zapalenia. <br />Niemcy, gdy zobaczyli takie zniszczenie, z okrzykiem na ustach "Jezus Maria"  pędzili do zawiadowcy, żeby powiadomić sąsiednią stację o zbliżającym się niebezpieczeństwie i skierować transport na boczne tory. Jak nas poinformowali nasi znajomi ze stacji Warszawa Praga, transport został skierowany na boczny tor, na którym spłonęły cztery wagony ze sprzętem budowlanym i pięć z sianem. O ratowaniu tych wagonów mowy nie mogło być, gdyż znajdujące się tam piaski nie pozwalały na dojazd straży pożarnej, a płonących 5 wagonów skazane było na zagładę.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/54838140</guid><pubDate>Thu, 06 Jul 2023 07:00:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/54838140/tadeusz_ukasik_kolejarze_rozdzia_5.mp3" length="2792947" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Rozdział 5. Podpalenie transportu
Latem 1943 roku przebywaliśmy całą czwórką przy pracy na torach, zmęczeni trochę pracą, a więcej upałem. Zawsze oczy nasze skierowane były na otoczenie, czyli transporty. Dnia tego na torach stał transport gotowy w...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Rozdział 5. Podpalenie transportu<br />Latem 1943 roku przebywaliśmy całą czwórką przy pracy na torach, zmęczeni trochę pracą, a więcej upałem. Zawsze oczy nasze skierowane były na otoczenie, czyli transporty. Dnia tego na torach stał transport gotowy w oczekiwaniu do odjazdu na zachód. |W nim, pośrodku transportu, znajdował się jeden wagon z sianem, przykryty od góry plandeką (boki były odkryte) i tym przyciągał naszą uwagę, żeby puścić go z dymem.<br />Plan nasz z podpaleniem polegał na tym, że w chwili odjazdu transportu zostanie podłożona szmata zatknięta za przednią część wagonu z sianem. Z biegiem pociągu przewiew sam dokona swego, a resztę można było położyć na karb iskry parowozu, gdyż w tym okresie tylko parowe lokomotywy były w użyciu...<br />Transport ruszył i gdy był na oddalonym o 1 kilometr wysokim nasypie kolejowym ze stacji rozrządowej do stacji Warszawa Praga spostrzegliśmy, że nasze dzieło zostało wykonane dokładnie. Wagon z sianem płonął, a z niego całe płaty płonących żagwi były przenoszone na następne wagony, powodując dalsze zapalenia. <br />Niemcy, gdy zobaczyli takie zniszczenie, z okrzykiem na ustach "Jezus Maria"  pędzili do zawiadowcy, żeby powiadomić sąsiednią stację o zbliżającym się niebezpieczeństwie i skierować transport na boczne tory. Jak nas poinformowali nasi znajomi ze stacji Warszawa Praga, transport został skierowany na boczny tor, na którym spłonęły cztery wagony ze sprzętem budowlanym i pięć z sianem. O ratowaniu tych wagonów mowy nie mogło być, gdyż znajdujące się tam piaski nie pozwalały na dojazd straży pożarnej, a płonących 5 wagonów skazane było na zagładę.]]></itunes:summary><itunes:duration>175</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,iiwojna,kolejarze,kolejnapragę,muzeumpragi,okupacja</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episode>5</itunes:episode><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>"Kolejarze. Opowiadania 1940-1944" Tadeusz Łukasik Rozdział 4</title><link>https://www.spreaker.com/episode/kolejarze-opowiadania-1940-1944-tadeusz-lukasik-rozdzial-4--54838122</link><description><![CDATA[<br />Rozdział 4 Grzyby<br />W tym przypadku współziomkowie Karola chcieli jego i nas wykiwać, gdyż na liście przewozowym wypisane były zioła, natomiast w wagonie były grzyby. Trzeba wyjaśnić, że w tych przypadkach powonienie jest tak wyczulone, że przechodząc koło wagonów można odróżnić poszczególną ich zawartość. Tak było i w tym przypadku: przechodząc z Jankiem wzdłuż takiego transportu wyczuliśmy w jednym z jego wagonów grzyby. Ale bez Karola ani rusz, bo żeby otworzyć wagon trzeba go później zamknąć i zaplombować w biały dzień. Trzeba było te sprawy załatwiać formalnie. <br />Idziemy z tą sprawą do Karola z numerem wagonu i dyplomatycznie do Karolka, że w tym wagonie są grzyby. Ale Karolek jak zawsze swoje "kurła" i twierdzi, że na liście napisane "zioła". Lecz my przy swoim, że może po niemiecku grzyby nazywają ziołami. On pokazuje nam list przewozowy na którym stoi jak byk, że zioła... Bierzemy go do tego wagonu, otwieramy... I co widzimy? Worki papierowe po 25 kg każdy, a w workach zamiast ziół, piękne suszone grzyby. Prawdziwki, całe różańce, jak malowane! Teraz Karolek dostał za swoje, bo okazuje się, że nasze nosy są tak wyczulone i ciekawsze niż jego listy przewozowe.<br /> Lecz w tym przypadku rewanż Karolka był natychmiastowy i w parę minut otrzymaliśmy lokomotywy... <br />Ten rok obfitował w grzyby, a szczególnie w prawdziwki, które częściowo zostawały w Warszawie.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/54838122</guid><pubDate>Thu, 29 Jun 2023 07:00:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/54838122/tadeusz_ukasik_kolejarze_rozdzia_4.mp3" length="2834743" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Rozdział 4 Grzyby
W tym przypadku współziomkowie Karola chcieli jego i nas wykiwać, gdyż na liście przewozowym wypisane były zioła, natomiast w wagonie były grzyby. Trzeba wyjaśnić, że w tych przypadkach powonienie jest tak wyczulone, że przechodząc...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[<br />Rozdział 4 Grzyby<br />W tym przypadku współziomkowie Karola chcieli jego i nas wykiwać, gdyż na liście przewozowym wypisane były zioła, natomiast w wagonie były grzyby. Trzeba wyjaśnić, że w tych przypadkach powonienie jest tak wyczulone, że przechodząc koło wagonów można odróżnić poszczególną ich zawartość. Tak było i w tym przypadku: przechodząc z Jankiem wzdłuż takiego transportu wyczuliśmy w jednym z jego wagonów grzyby. Ale bez Karola ani rusz, bo żeby otworzyć wagon trzeba go później zamknąć i zaplombować w biały dzień. Trzeba było te sprawy załatwiać formalnie. <br />Idziemy z tą sprawą do Karola z numerem wagonu i dyplomatycznie do Karolka, że w tym wagonie są grzyby. Ale Karolek jak zawsze swoje "kurła" i twierdzi, że na liście napisane "zioła". Lecz my przy swoim, że może po niemiecku grzyby nazywają ziołami. On pokazuje nam list przewozowy na którym stoi jak byk, że zioła... Bierzemy go do tego wagonu, otwieramy... I co widzimy? Worki papierowe po 25 kg każdy, a w workach zamiast ziół, piękne suszone grzyby. Prawdziwki, całe różańce, jak malowane! Teraz Karolek dostał za swoje, bo okazuje się, że nasze nosy są tak wyczulone i ciekawsze niż jego listy przewozowe.<br /> Lecz w tym przypadku rewanż Karolka był natychmiastowy i w parę minut otrzymaliśmy lokomotywy... <br />Ten rok obfitował w grzyby, a szczególnie w prawdziwki, które częściowo zostawały w Warszawie.]]></itunes:summary><itunes:duration>178</itunes:duration><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>"Kolejarze. Opowiadania 1940-1944" Tadeusz Łukasik Rozdział 3</title><link>https://www.spreaker.com/episode/kolejarze-opowiadania-1940-1944-tadeusz-lukasik-rozdzial-3--54817543</link><description><![CDATA[W dzisiejszym odcinku "Praskich Audiohistorii" prezentujemy kolejny rozdział wspomnień Pana Tadeusza Łukasika: "Kolejarze. opowiadania 1940-1944".<br /><br />Rozdział 3. Cukier<br />romans w letnią noc roku 1943 otrzymaliśmy od Karola wiadomość że w jednym z transportów ze wschodu transportowany jest cukier pakowany w workach po 70 kg każdy. W okresie okupacji cukier był rarytasem, gdyż szereg rodzin już nie słodziło, a wagon cukru nie był do pogardzenia. Jak zawsze tak i tym razem z pomocą Karola trzeba było wypiąć jeden wagon i odstawić go do oczyszczalni, a w międzyczasie zorganizować transport konny. ażeby natychmiast taką zdobycz przetransportować w wyznaczone miejsce. Miejscem tym był domek jednorodzinny, w którym zamieszkiwała samotna starsza pani, której nazwiska nie pamiętam. Jeden pokój w tym domu był przeznaczony do składowania przywiezionego towaru, tym razem cukru. Wyładunek trwał tym razem bardzo krótko, gdyż towar pakowany w worki lub skrzynie łatwiej było przenosić niż luźny lub sypkie ziarno i transportować do miejsca przeznaczenia. Zadaniem naszym po zakończeniu wyładunku było zatarcie śladów, gdyż zdarzały się przypadki dziurawych worków, po których zostawały koleiny rozproszonego w tym przypadku cukru, w innych przypadkach ziarna pszenicy, żyta i tym podobne, oraz zatarcie śladów po wozach konnych. Po dokonaniu tych czynności mieliśmy tę pewność, że sami jesteśmy spokojni, lecz jeszcze liczyliśmy się z tym, że pozostawiamy z takim towarem samotną osobę i to kobietę, za to, jak wiemy wtedy groziła jedna kara dla wszystkich: śmierć. <br />W tym przypadku byliśmy bliscy wpadki, gdyż po pracy w godzinach rannych zostaliśmy zaproszeni na śniadanie przez tą panią właścicielkę domu. Na śniadanie udaliśmy się w trzy osoby ja, Janek i Adam. Po umyciu rąk zasiedliśmy do stołu na którym pojawiła się jajecznica i pół litra bimbru, którego nie kosztowaliśmy, bo w pierwszej kolejności zaspokajając głód jedliśmy jajecznicę. <br />Rozległo się pukanie do drzwi i wtargneło trzech Niemców. I pytają co my tu robimy? My na zimno odpowiadamy że jesteśmy po pracy i przyszliśmy zjeść śniadanie Lecz oni nie bardzo wierzyli w nasze opowieści zerkając na boki rozpoczęli wędrówkę po całym domu, zaglądali do każdego otwartego pokoju. Jeden z pokoi w tym domu był zamknięty od zewnątrz i od wewnątrz, także okiennice były zamknięte, w pokoju były ciemności. I tym właśnie pokojem ci banszulce się zainteresowali. Spytali włascicielkę, kto tam mieszka. Ona odrzekła że prostytutka, która obecnie przebywa w szpitalu... po tych słowach jak rażony piorunem i spojrzał na swoją rękę, czy nie pozostało mu coś co mógłby określić literą „W”. <br />Odpowiedź taka uwolniła tę Panią od dalszej indagacji. A my też zostaliśmy uwolnieni od dalszych obserwacji.<br />Podziwiam tej pani choć w tym czasie nie młodej.A cóż my? Po wyjściu Niemców i ich oddaleniu się największą odległość spokojnie Rozstaliśmy się i każdy zjechał do domu nie kończąc Śniadania nie mówiąc już o wódce która została nie wypita a szkoda Teraz wiem że na każdą okazję trzeba mieć z góry przygotowaną odpowiedź.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/54817543</guid><pubDate>Thu, 22 Jun 2023 15:20:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/54817543/tadeusz_ukasik_kolejarze_rozdzia_3.mp3" length="4788702" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>W dzisiejszym odcinku "Praskich Audiohistorii" prezentujemy kolejny rozdział wspomnień Pana Tadeusza Łukasika: "Kolejarze. opowiadania 1940-1944".

Rozdział 3. Cukier
romans w letnią noc roku 1943 otrzymaliśmy od Karola wiadomość że w jednym z...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[W dzisiejszym odcinku "Praskich Audiohistorii" prezentujemy kolejny rozdział wspomnień Pana Tadeusza Łukasika: "Kolejarze. opowiadania 1940-1944".<br /><br />Rozdział 3. Cukier<br />romans w letnią noc roku 1943 otrzymaliśmy od Karola wiadomość że w jednym z transportów ze wschodu transportowany jest cukier pakowany w workach po 70 kg każdy. W okresie okupacji cukier był rarytasem, gdyż szereg rodzin już nie słodziło, a wagon cukru nie był do pogardzenia. Jak zawsze tak i tym razem z pomocą Karola trzeba było wypiąć jeden wagon i odstawić go do oczyszczalni, a w międzyczasie zorganizować transport konny. ażeby natychmiast taką zdobycz przetransportować w wyznaczone miejsce. Miejscem tym był domek jednorodzinny, w którym zamieszkiwała samotna starsza pani, której nazwiska nie pamiętam. Jeden pokój w tym domu był przeznaczony do składowania przywiezionego towaru, tym razem cukru. Wyładunek trwał tym razem bardzo krótko, gdyż towar pakowany w worki lub skrzynie łatwiej było przenosić niż luźny lub sypkie ziarno i transportować do miejsca przeznaczenia. Zadaniem naszym po zakończeniu wyładunku było zatarcie śladów, gdyż zdarzały się przypadki dziurawych worków, po których zostawały koleiny rozproszonego w tym przypadku cukru, w innych przypadkach ziarna pszenicy, żyta i tym podobne, oraz zatarcie śladów po wozach konnych. Po dokonaniu tych czynności mieliśmy tę pewność, że sami jesteśmy spokojni, lecz jeszcze liczyliśmy się z tym, że pozostawiamy z takim towarem samotną osobę i to kobietę, za to, jak wiemy wtedy groziła jedna kara dla wszystkich: śmierć. <br />W tym przypadku byliśmy bliscy wpadki, gdyż po pracy w godzinach rannych zostaliśmy zaproszeni na śniadanie przez tą panią właścicielkę domu. Na śniadanie udaliśmy się w trzy osoby ja, Janek i Adam. Po umyciu rąk zasiedliśmy do stołu na którym pojawiła się jajecznica i pół litra bimbru, którego nie kosztowaliśmy, bo w pierwszej kolejności zaspokajając głód jedliśmy jajecznicę. <br />Rozległo się pukanie do drzwi i wtargneło trzech Niemców. I pytają co my tu robimy? My na zimno odpowiadamy że jesteśmy po pracy i przyszliśmy zjeść śniadanie Lecz oni nie bardzo wierzyli w nasze opowieści zerkając na boki rozpoczęli wędrówkę po całym domu, zaglądali do każdego otwartego pokoju. Jeden z pokoi w tym domu był zamknięty od zewnątrz i od wewnątrz, także okiennice były zamknięte, w pokoju były ciemności. I tym właśnie pokojem ci banszulce się zainteresowali. Spytali włascicielkę, kto tam mieszka. Ona odrzekła że prostytutka, która obecnie przebywa w szpitalu... po tych słowach jak rażony piorunem i spojrzał na swoją rękę, czy nie pozostało mu coś co mógłby określić literą „W”. <br />Odpowiedź taka uwolniła tę Panią od dalszej indagacji. A my też zostaliśmy uwolnieni od dalszych obserwacji.<br />Podziwiam tej pani choć w tym czasie nie młodej.A cóż my? Po wyjściu Niemców i ich oddaleniu się największą odległość spokojnie Rozstaliśmy się i każdy zjechał do domu nie kończąc Śniadania nie mówiąc już o wódce która została nie wypita a szkoda Teraz wiem że na każdą okazję trzeba mieć z góry przygotowaną odpowiedź.]]></itunes:summary><itunes:duration>300</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,iiwojna,kolej,kolejarze,kolejnapragę,łukasik,muzeumpragi,praga,warszawa,warszawskapraga</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episode>3</itunes:episode><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>"Kolejarze. Opowiadania 1940-1944" Tadeusz Łukasik Rozdział 2</title><link>https://www.spreaker.com/episode/kolejarze-opowiadania-1940-1944-tadeusz-lukasik-rozdzial-2--54275155</link><description><![CDATA[W dzisiejszym odcinku "Praskich Audiohistorii" prezentujemy kolejny rozdział wspomnień Pana Tadeusza Łukasika: "Kolejarze. opowiadania 1940-1944".<br />Rozdział 2. Wagon chłodnia. Był to wagon z mięsem wołowym, który miał być wysłany na wschód. a który pod żadnym warunkiem nie mógł być tam skierowany. W Warszawie do takich zamierzeń potrzebny nam był zawsze Karol, gdyż tylko za jego zgodą mógł zginąć na trasie taki lub inny wagon. A był 1943 rok, zimową nocą, po wyrażeniu zgody przez Karola i otrzymaniu parowozu przetokowego, który na tym odcinku był stale wykorzystywany do celów służbowych, jak i naszych, rozpoczęliśmy manewry. Odpięcie wagonu chłodni ze środka transportu i wywiezienie go do oczyszczalni, która znajdowała się pod samym Kawęczynem. oczyszczano tam wagony ze śmiecia, przy okazji czyszczono tam całe wagony z różnych artykułów żywnościowych i innych, które odpowiadały naszym potrzebom. W międzyczasie jedni z załogi zajmowali się dostarczaniem wagonu na miejsce przeznaczenia, a druga grupa zajęta była zorganizowaniem transportu konnego do szybkiego przewiezienia mięsa, które natychmiast trzeba było odstawić w zakonspirowane miejsce. Do akcji tej było nas razem siedmiu ludzi napracowaliśmy się solidnie przy rozładunku gdyż tusza wołowiny ważyła ponad 50 kg, lecz zadowolenie z tego, że szkopy nie będą jedli mięska, które w tym czasie tak bardzo było im potrzebne, wynagradzało nam nasze zmęczenie. Wyładunek tego wagonu trwał zaledwie kilkanaście minut, tyle czasu można było poświęcić tej akcji, bo w każdej chwili można było spodziewać się patrolu i strażników kolejowych, Niemców, którzy z psami zjawili się niespodziewanie. W takich przypadkach należałoby stawić ubezpieczenie. Pragnę zaznaczyć, że w tej akcji brał udział Polak, imię jego Stanisław, nazwisko nie jest mi znane. Brał udział w kilku takich akcjach bezinteresownie, był nam bardzo pomocny w kilku przypadkach gdy trzeba było pomóc rzucał karabin do kąta, a sam dźwigał wory lub inne przedmioty a chłopisko było silne . Skromnym ekwiwalentem za udzielaną nam pomoc była skromna wódka i to w dodatku bimber, gdyż w tamtym okresie inną trudno było dostać. Ale wyrównywaliśmy te straty dobrym jedzeniem. Wagon taki po oczyszczeniu i wyładowaniu, z którego zostały zerwane wszystkie nalepki, zostawał nadal na oczyszczalni, a Karol niszczył listy przewozowe. Wagon taki po kilku dniach zostawał dopięty do innych pustych wagonów i jako jeden z pustych wagonów wędrował na stację towarową. Na drugi dzień po takiej ciężkiej pracy wspólnie z Karolem mieliśmy tak zwany sądny dzień, czyli wyrównywanie za udzieloną nam pomoc. Choć mieliśmy fundusze na zapłacenie Karolowi za jego usługi i choć usilnie namawialiśmy go do wzięcia pieniędzy, zawsze spotykaliśmy się z odmową zamienialiśmy je na płynną zapłatę, czyli wódkę, której nigdy nam nie odmawiał. Przy ulicy Targowej róg Kijowskiej. Z Karolkiem po dobrych żartach, wódce i dobrym jedzeniu, które tak bardzo lubił nie mieliśmy wielkich kłopotów, gdyż po nieprzespanej nocy i kilku głębszych nieboraczek zasypiał nam przy stole i trzeba było faceta odtransportować do domu; powierzaliśmy go za odpowiednią opłatą dorożkarzowi lub ryksiarzowi i odwożono go do miejsca zamieszkania na ulicę Złotą lub Chmielną, nie pamiętam. Pozyskany towar przekazywany był konspiracji a i my w skromnych ilościach korzystaliśmy z tych darów, aby wyżywić swoje rodziny.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/54275155</guid><pubDate>Thu, 22 Jun 2023 07:00:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/54275155/tadeusz_ukasik_kolejarze_rozdzia_2.mp3" length="5112648" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>W dzisiejszym odcinku "Praskich Audiohistorii" prezentujemy kolejny rozdział wspomnień Pana Tadeusza Łukasika: "Kolejarze. opowiadania 1940-1944".
Rozdział 2. Wagon chłodnia. Był to wagon z mięsem wołowym, który miał być wysłany na wschód. a który pod...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[W dzisiejszym odcinku "Praskich Audiohistorii" prezentujemy kolejny rozdział wspomnień Pana Tadeusza Łukasika: "Kolejarze. opowiadania 1940-1944".<br />Rozdział 2. Wagon chłodnia. Był to wagon z mięsem wołowym, który miał być wysłany na wschód. a który pod żadnym warunkiem nie mógł być tam skierowany. W Warszawie do takich zamierzeń potrzebny nam był zawsze Karol, gdyż tylko za jego zgodą mógł zginąć na trasie taki lub inny wagon. A był 1943 rok, zimową nocą, po wyrażeniu zgody przez Karola i otrzymaniu parowozu przetokowego, który na tym odcinku był stale wykorzystywany do celów służbowych, jak i naszych, rozpoczęliśmy manewry. Odpięcie wagonu chłodni ze środka transportu i wywiezienie go do oczyszczalni, która znajdowała się pod samym Kawęczynem. oczyszczano tam wagony ze śmiecia, przy okazji czyszczono tam całe wagony z różnych artykułów żywnościowych i innych, które odpowiadały naszym potrzebom. W międzyczasie jedni z załogi zajmowali się dostarczaniem wagonu na miejsce przeznaczenia, a druga grupa zajęta była zorganizowaniem transportu konnego do szybkiego przewiezienia mięsa, które natychmiast trzeba było odstawić w zakonspirowane miejsce. Do akcji tej było nas razem siedmiu ludzi napracowaliśmy się solidnie przy rozładunku gdyż tusza wołowiny ważyła ponad 50 kg, lecz zadowolenie z tego, że szkopy nie będą jedli mięska, które w tym czasie tak bardzo było im potrzebne, wynagradzało nam nasze zmęczenie. Wyładunek tego wagonu trwał zaledwie kilkanaście minut, tyle czasu można było poświęcić tej akcji, bo w każdej chwili można było spodziewać się patrolu i strażników kolejowych, Niemców, którzy z psami zjawili się niespodziewanie. W takich przypadkach należałoby stawić ubezpieczenie. Pragnę zaznaczyć, że w tej akcji brał udział Polak, imię jego Stanisław, nazwisko nie jest mi znane. Brał udział w kilku takich akcjach bezinteresownie, był nam bardzo pomocny w kilku przypadkach gdy trzeba było pomóc rzucał karabin do kąta, a sam dźwigał wory lub inne przedmioty a chłopisko było silne . Skromnym ekwiwalentem za udzielaną nam pomoc była skromna wódka i to w dodatku bimber, gdyż w tamtym okresie inną trudno było dostać. Ale wyrównywaliśmy te straty dobrym jedzeniem. Wagon taki po oczyszczeniu i wyładowaniu, z którego zostały zerwane wszystkie nalepki, zostawał nadal na oczyszczalni, a Karol niszczył listy przewozowe. Wagon taki po kilku dniach zostawał dopięty do innych pustych wagonów i jako jeden z pustych wagonów wędrował na stację towarową. Na drugi dzień po takiej ciężkiej pracy wspólnie z Karolem mieliśmy tak zwany sądny dzień, czyli wyrównywanie za udzieloną nam pomoc. Choć mieliśmy fundusze na zapłacenie Karolowi za jego usługi i choć usilnie namawialiśmy go do wzięcia pieniędzy, zawsze spotykaliśmy się z odmową zamienialiśmy je na płynną zapłatę, czyli wódkę, której nigdy nam nie odmawiał. Przy ulicy Targowej róg Kijowskiej. Z Karolkiem po dobrych żartach, wódce i dobrym jedzeniu, które tak bardzo lubił nie mieliśmy wielkich kłopotów, gdyż po nieprzespanej nocy i kilku głębszych nieboraczek zasypiał nam przy stole i trzeba było faceta odtransportować do domu; powierzaliśmy go za odpowiednią opłatą dorożkarzowi lub ryksiarzowi i odwożono go do miejsca zamieszkania na ulicę Złotą lub Chmielną, nie pamiętam. Pozyskany towar przekazywany był konspiracji a i my w skromnych ilościach korzystaliśmy z tych darów, aby wyżywić swoje rodziny.]]></itunes:summary><itunes:duration>320</itunes:duration><itunes:keywords>iiwojna,kolej,kolejnapragę,łukasik,muzeumpragi,muzeumwarszawskiejpragi,muzeumwarszawy,okupacja,tadeuszłukasik,wojna</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episode>2</itunes:episode><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>"Kolejarze. Opowiadania 1940-1944" Tadeusz Łukasik Rozdział 1</title><link>https://www.spreaker.com/episode/kolejarze-opowiadania-1940-1944-tadeusz-lukasik-rozdzial-1--54073977</link><description><![CDATA[W Muzeum Warszawskiej Pragi można teraz zwiedzać wystawę „Kolej na Pragę”, poświęconą historii prawobrzeżnych linii kolejowych, dworców i ludzi, którzy tę kolej tworzyli. Wystawa, której jestem kuratorką, potrwa do 15 października i serdecznie Państwa na nią zapraszam! Jednym z wątków tej ekspozycji jest pomoc, jaką kolejarze nieśli głodującej Warszawie w okresie hitlerowskiej okupacji; nie tylko ułatwiali warszawiakom szmugiel jedzenia z okolicznych wsi, ale sami ryzykowali życie okradając niemieckie transporty. Zdobyte dobra przekazywali Podziemiu. Swego czasu nagrywaliśmy relacje historii mówionej dwojga rodzeństwa – dzieci kolejarza, Tadeusza Łukasika. To Ci Państwo przekazali do muzeum rękopis wspomnień Ojca. W Praskich Audiohistoriach zaprezentujemy kolejno wszystkie 6 rozdziałów tych wspomnień.<br /><br />„Kolejarze. Opowiadania 1940-1944”. Opracowanie tekstu w rękopisie Anna Mizikowska. Czyta Wojciech Masacz. Wstęp: Wybacz, że moje opowiadania ukażą się po tak długim czasie to jest dopiero po 27 latach od zakończenia wojny. Żeby to wyjaśnić podam na wstępie, że może brak rutyny pisarskiej nie pozwolił mi na wcześniejsze napisanie tych opowiadań oraz brak czasu, który musiałem zużytkować dla własnej rodziny, którą w tym okresie lat miałem dość liczną. Dopiero po ukończeniu szkół przez dzieci mam więcej czasu, który mogę poświęcić tym opowiadaniom . W moich opowiadaniach nie będzie postaci fikcyjnych lub bohaterów z fantastycznych opowiadań czy filmów. Są w nich ludzie prości pełni odwagi i poświęcenia dla wytyczonego celu, na pewno i dzisiaj niczym się nie wyróżniają spośród tysięcy innych obywateli, gdyż pozostali cichymi bohaterami tamtych lat, którzy przytomnie i z poświęceniem wykonywali każde zadanie, z jedną myślą: aby zniszczyć wroga przez swoje wspaniałe czyny. Po tylu latach można podziwiać ludzi, którzy w tym okresie byli młodzi, bez lęku wykonywali każde polecenie, z rozmysłem na trzeźwo, rozumnie, gdy każdy nierozważny krok groził śmiercią, a wyczyny tych ludzi wymagały w dużej mierze wysokiej klasy kunsztu kaskadera. Dla upamiętnienia tego okresu i prawdy, którą opiszę, pragnę podać nazwiska osób, które najaktywniej udzielały się we wszystkich akcjach i którym poświęcam te opowiadania: ……. Oliwa nadal jest pracownikiem kolejowym, a trzecim z nas był Marian Marczak, pseudonim Kajtek. My, wyżej wymienieni, byliśmy pracownikami kolejowymi odcinka Warszawa Wschodnia rozrządowa. Lecz nasza praca polegała na wytycznych organizacji. Ciekawą i ostatnią postacią w tych opowiadaniach będzie osoba zastępcy stacji, Niemca imieniem Karol, nazwisko jest mi nieznane. Wiem tylko, że był rodem z Berlina i znał trochę język polski, który mocno kaleczył, jak to zwykle potrafią Niemcy. A szczególnie litera „R” była często używana a całość poświęcam dla potomnych do naszych zadań należało gromadzenie żywności broni i amunicji oraz sabotaż w postaci niszczenia urządzeń kolejowych celem opóźnienia dostaw transportu na front wschodni Tadeusz Łukasik. Rozdział 1. Wykolejenie transportu z węglem. Aby zapoznać czytelnika z terenem naszych działań podam plan, na którym były dokonywane wszystkie akcje. Warszawiacy na pewno znają stację Warszawa Wschodnia Rozrządowa, która rozpoczynała się od ulicy Podskarbińskiej, a kończyła na peryferiach dzielnicy Targówek, biegnąc aż pod sam Kawęczyn. Na tym terenie, po prawej stronie od dzielnicy Grochów w roku 1942 Niemcy rozpoczęli budowę 15 torów kolejowych, które służyć miały do postoju transportu, przy których zmieniano lokomotywy oraz do obsługi transportu udających się na front wschodni i powracających ze wschodu. Po lewej stronie torów mieścił się barak, w którym urzędowali zawiadowcy tego odcinka pierwszy Niemiec, zawiadowca, kanalia, drugi Niemiec i jego zastępca Karol, który nie kochał Hitlera i potocznie w rozmowie z nami nazywał go „kurła”, gdyż to słowo brzmiało tak w jego ustach i było często w użyciu. Tzecim pracownikiem i pomocnikiem zawiadowcy stacji był Polak, o nazwisku chyba Władysław Nawrocki, który szczególnie pomagał nam w naszych poczynaniach, gdyż wiedział, co jedzie w każdym transporcie i udzielał nam szczegółowych informacji. Szczególnie pewne wiadomości udawało się osiągać od obywatela Nawrockiego, gdyż zawsze spokojny i opanowany, małomówny, nie zdradził się w swojej pracy, choć ocierał się przy tym tyle godzin o tych panów, szczególnie o te kanalie zawiadowcę. Opodal baraku zawiadowcy znajdował się drugi barak z plutonem feldżandarmerii – blacharzy, którzy w zasadzie nie przeszkadzali nam w naszych poczynaniach, gdyż ich czynności ograniczały się do przyjmowania i odprawiania transportu, oraz pomocy w nagłych wypadkach choroby, awantury lub uszkodzeń wagonów w czasie transportu. Często spotkać można było tych panów starszych i opasłych, których zawsze mieliśmy na oku, bo oni byli tu najgroźniejsi, choć i pan w czerwonej czapce był, jak wspomniałem, dobrym strzelcem. W 1944 roku otrzymałem polecenie uszkodzenia torów z ewentualnym wykolejeniem transportu i zniszczeniem rozjazdów elektrycznych. Do akcji tej jako najlepszego wybrałem Janka Karpacza Hrabiego i rozpoczęliśmy próby przez podkładanie różnych przedmiotów metalowych mniejszych i większych na szynach w czasie przejeżdżania transportu. Lecz próby te nie zdały egzaminu. Wszystkie przedmioty metalowe były strącane przez koła wagonów. O podłożeniu ładunku wybuchowego nie marzyliśmy, gdyż od nastawni, w której urzędowali Niemcy z bronią do baraku zawiadowcy było zaledwie 500 metrów i mowy nie było o dłuższym pobycie na torach na tym odcinku zwracało to uwagę Niemców z ustawą a miejsce najlepsze do akcji, na której znajdowało się około 30 rozjazdów elektrycznych. Nie czekaliśmy długo. Po kilku nieudanych próbach z przedmiotami metalowymi rozpoczęliśmy próby z klockami drewnianymi, wykonanymi z twardego drzewa. Na równym torze nie mieliśmy pożądanego efektu. Szukaliśmy odpowiedniego toru z przechyłem na jedną szynę. Znaleźliśmy. Biegł linią obwodową z Otwocka do Warszawy Wschodniej. Metodą opracowaną na łuku rozpoczęliśmy próby, które zdały egzamin. Uzyskaliśmy podskoki kół wagonowych przy małym obciążeniu i przy wysokości klocka 2 cm. Trzeba było wykorzystać odpowiedni moment do realizacji naszego zadania, wykonać wyższy klocek z twardego drzewa. Został umocowany na sztywnym skręconym drucie i czekaliśmy na odpowiedni moment. Na okazję nie czekaliśmy długo, następnego dnia otrzymaliśmy wiadomość, że po upragnionym torze będzie przejeżdżał transport z węglem od strony Otwocka. Około 13:00………. we wszystkich stron położyliśmy nasze śmiertelny ładunek pod jeden z wagonów. Rozpoczęło się piekło, nastąpiło to, czego tak nie byliśmy pewni. Koło, pod które został podłożony drewniany klocek drgnęło w podskoku i o dziwo………… wagonów elektrycznych. I tu nastąpiło wagon który spadł z szyn został oderwany od reszty wagonów. W pewnym momencie zatrzymał się…. Lokomotywy. Gdy zobaczyliśmy po pierwszym wagonie, co będzie się działo nie czekaliśmy na dalsze skutki tej kraksy. Zabierając ze sobą tylko drut od klocka, dowód rzeczowy, tak łatwy do rozpoznawania w stronę przejazdu kolejowego przy ul Podskarbińskiej, z którego mieliśmy dobre pole widzenia na dokonane… W godzinę …………..z czerwonymi wyłogami na mundurach, którzy przystąpili do pomiarów na torach, lecz czy znaleźli rozwiązania tej zagadki to bardzo wątpiliśmy z kolegą Jankiem. Z naszego klocka zostały trociny w tej sytuacji, a nawet trociny były ukryte pod zwałami węgla i zniszczonych wagonów. Nazajutrz zameldowaliśmy swojemu dowódcy o wykonanym zadaniu a rumowisko zostało usunięte dopiero następnego dnia, czyli w 18 godzin od momentu wykolejenia.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/54073977</guid><pubDate>Thu, 08 Jun 2023 07:00:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/54073977/tadeusz_ukasik_1.mp3" length="29990464" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>W Muzeum Warszawskiej Pragi można teraz zwiedzać wystawę „Kolej na Pragę”, poświęconą historii prawobrzeżnych linii kolejowych, dworców i ludzi, którzy tę kolej tworzyli. Wystawa, której jestem kuratorką, potrwa do 15 października i serdecznie Państwa...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[W Muzeum Warszawskiej Pragi można teraz zwiedzać wystawę „Kolej na Pragę”, poświęconą historii prawobrzeżnych linii kolejowych, dworców i ludzi, którzy tę kolej tworzyli. Wystawa, której jestem kuratorką, potrwa do 15 października i serdecznie Państwa na nią zapraszam! Jednym z wątków tej ekspozycji jest pomoc, jaką kolejarze nieśli głodującej Warszawie w okresie hitlerowskiej okupacji; nie tylko ułatwiali warszawiakom szmugiel jedzenia z okolicznych wsi, ale sami ryzykowali życie okradając niemieckie transporty. Zdobyte dobra przekazywali Podziemiu. Swego czasu nagrywaliśmy relacje historii mówionej dwojga rodzeństwa – dzieci kolejarza, Tadeusza Łukasika. To Ci Państwo przekazali do muzeum rękopis wspomnień Ojca. W Praskich Audiohistoriach zaprezentujemy kolejno wszystkie 6 rozdziałów tych wspomnień.<br /><br />„Kolejarze. Opowiadania 1940-1944”. Opracowanie tekstu w rękopisie Anna Mizikowska. Czyta Wojciech Masacz. Wstęp: Wybacz, że moje opowiadania ukażą się po tak długim czasie to jest dopiero po 27 latach od zakończenia wojny. Żeby to wyjaśnić podam na wstępie, że może brak rutyny pisarskiej nie pozwolił mi na wcześniejsze napisanie tych opowiadań oraz brak czasu, który musiałem zużytkować dla własnej rodziny, którą w tym okresie lat miałem dość liczną. Dopiero po ukończeniu szkół przez dzieci mam więcej czasu, który mogę poświęcić tym opowiadaniom . W moich opowiadaniach nie będzie postaci fikcyjnych lub bohaterów z fantastycznych opowiadań czy filmów. Są w nich ludzie prości pełni odwagi i poświęcenia dla wytyczonego celu, na pewno i dzisiaj niczym się nie wyróżniają spośród tysięcy innych obywateli, gdyż pozostali cichymi bohaterami tamtych lat, którzy przytomnie i z poświęceniem wykonywali każde zadanie, z jedną myślą: aby zniszczyć wroga przez swoje wspaniałe czyny. Po tylu latach można podziwiać ludzi, którzy w tym okresie byli młodzi, bez lęku wykonywali każde polecenie, z rozmysłem na trzeźwo, rozumnie, gdy każdy nierozważny krok groził śmiercią, a wyczyny tych ludzi wymagały w dużej mierze wysokiej klasy kunsztu kaskadera. Dla upamiętnienia tego okresu i prawdy, którą opiszę, pragnę podać nazwiska osób, które najaktywniej udzielały się we wszystkich akcjach i którym poświęcam te opowiadania: ……. Oliwa nadal jest pracownikiem kolejowym, a trzecim z nas był Marian Marczak, pseudonim Kajtek. My, wyżej wymienieni, byliśmy pracownikami kolejowymi odcinka Warszawa Wschodnia rozrządowa. Lecz nasza praca polegała na wytycznych organizacji. Ciekawą i ostatnią postacią w tych opowiadaniach będzie osoba zastępcy stacji, Niemca imieniem Karol, nazwisko jest mi nieznane. Wiem tylko, że był rodem z Berlina i znał trochę język polski, który mocno kaleczył, jak to zwykle potrafią Niemcy. A szczególnie litera „R” była często używana a całość poświęcam dla potomnych do naszych zadań należało gromadzenie żywności broni i amunicji oraz sabotaż w postaci niszczenia urządzeń kolejowych celem opóźnienia dostaw transportu na front wschodni Tadeusz Łukasik. Rozdział 1. Wykolejenie transportu z węglem. Aby zapoznać czytelnika z terenem naszych działań podam plan, na którym były dokonywane wszystkie akcje. Warszawiacy na pewno znają stację Warszawa Wschodnia Rozrządowa, która rozpoczynała się od ulicy Podskarbińskiej, a kończyła na peryferiach dzielnicy Targówek, biegnąc aż pod sam Kawęczyn. Na tym terenie, po prawej stronie od dzielnicy Grochów w roku 1942 Niemcy rozpoczęli budowę 15 torów kolejowych, które służyć miały do postoju transportu, przy których zmieniano lokomotywy oraz do obsługi transportu udających się na front wschodni i powracających ze wschodu. Po lewej stronie torów mieścił się barak, w którym urzędowali zawiadowcy tego odcinka pierwszy Niemiec, zawiadowca, kanalia, drugi Niemiec i jego zastępca Karol, który nie kochał Hitlera i potocznie w rozmowie z nami nazywał go „kurła”, gdyż to słowo brzmiało tak w jego ustach i było często w użyciu. Tzecim pracownikiem i pomocnikiem zawiadowcy stacji był Polak, o nazwisku...]]></itunes:summary><itunes:duration>750</itunes:duration><itunes:keywords>kolej,kolejarze,kolejnapragę,muzeumwarszawy,praga,wspomnienia</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episode>1</itunes:episode><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e53 W Sylwestra...</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e53-w-sylwestra--48011429</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Dziś kończymy tegoroczne Praskie Audiohistorie. Stworzenie tych pięćdziesięciu dwóch odcinków to było spore wyzwanie! Cieszę się, że podcast zebrał liczną publiczność, że Państwo wracali co tydzień. Może się jeszcze usłyszymy? <br />Tym, którzy zastanawiają się, co przyniesie Sylwester i nowy rok, zagram jeszcze trochę wspomnień z Archiwum Historii Mówionej…<br /><br />Halina Auch, AHM: Była galanteria pewnego rodzaju takiego, no taki był zwyczaj że na przykład ja poszłam z mężem poszliśmy gdzieś w towarzystwie, poszliśmy gdzieś do restauracji, to nie przyszedł do mnie mężczyzna nawet z tego towarzystwa, nawet jak chciał, żeby ze mną zatańczyć, to najpierw spytał się męża, czy może mnie poprosić, dopiero mnie poprosił i dopiero się szło. Po tańcu wracał, całował w rączkę – siadał. Taka była, takie to było, wiesz, trochę adoracja taka cicha kobiet, nie? <br />Ja nie zapomnę jak byłam z Markem w ciąży, byłam straszne gruba z Markem, Na Sylwestra żeśmy byli poproszeni do Jacht Klubu w Szczecinie - to taka piękna restauracja - no ale ja z tym brzuchem już, a w kwietniu rodziłam, no to już widać było… Taką miałam sukienkę w takie zakładki i takie falbany no ii… I taki do mnie się,  no nie trudno mi powiedzieć przyczepił, taki był kapitan, taki bardzo przystojny, starszy pan. To on na przykład jak mnie prosił, to on pytał, czy on może mnie zaprosić do trojaka i bardzo, on mówił, że jemu się najlepiej ze mną tańczy…<br />Zofia Bogucka, AHM: Na Sylwestra była zabawa i ja byłam też z kimś innym byłam w ogóle, nie... nie z mężem… W 1938 roku, na Bródnie tam w szkole dozorców. Na Odrowąża. Był taki walczyk, później ogólny, tego, i męża zapoznałam. Ale ja specjalnie, wiesz, męża zapoznałam i on się ze mną umówił, bośmy tam posiedzieli, bo on... przy oknie tam posiedzieliśmy… Ale ja się z nim nie spotkałam. Nie poszłam na to spotkanie.<br />A czemu?<br />No bo... kogoś tam raz widzieć i na spotkanie lecieć… I później szłam, a on jechał tramwajem, 11 Listopada, i wyskoczył z tramwaju i zaraz do mnie podszedł. No i żeśmy się zaczęli spotykać. Żeśmy się długo, od 1938 roku do 1944 roku spotykali… Walczyk nas połączył.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/48011429</guid><pubDate>Tue, 28 Dec 2021 09:10:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/48011429/praskie_audiohistorie_e53.mp3" length="3304072" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Dziś kończymy tegoroczne Praskie Audiohistorie. Stworzenie tych pięćdziesięciu dwóch odcinków to było spore wyzwanie! Cieszę się, że podcast zebrał liczną publiczność, że Państwo wracali co tydzień. Może się jeszcze usłyszymy? 
Tym,...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Dziś kończymy tegoroczne Praskie Audiohistorie. Stworzenie tych pięćdziesięciu dwóch odcinków to było spore wyzwanie! Cieszę się, że podcast zebrał liczną publiczność, że Państwo wracali co tydzień. Może się jeszcze usłyszymy? <br />Tym, którzy zastanawiają się, co przyniesie Sylwester i nowy rok, zagram jeszcze trochę wspomnień z Archiwum Historii Mówionej…<br /><br />Halina Auch, AHM: Była galanteria pewnego rodzaju takiego, no taki był zwyczaj że na przykład ja poszłam z mężem poszliśmy gdzieś w towarzystwie, poszliśmy gdzieś do restauracji, to nie przyszedł do mnie mężczyzna nawet z tego towarzystwa, nawet jak chciał, żeby ze mną zatańczyć, to najpierw spytał się męża, czy może mnie poprosić, dopiero mnie poprosił i dopiero się szło. Po tańcu wracał, całował w rączkę – siadał. Taka była, takie to było, wiesz, trochę adoracja taka cicha kobiet, nie? <br />Ja nie zapomnę jak byłam z Markem w ciąży, byłam straszne gruba z Markem, Na Sylwestra żeśmy byli poproszeni do Jacht Klubu w Szczecinie - to taka piękna restauracja - no ale ja z tym brzuchem już, a w kwietniu rodziłam, no to już widać było… Taką miałam sukienkę w takie zakładki i takie falbany no ii… I taki do mnie się,  no nie trudno mi powiedzieć przyczepił, taki był kapitan, taki bardzo przystojny, starszy pan. To on na przykład jak mnie prosił, to on pytał, czy on może mnie zaprosić do trojaka i bardzo, on mówił, że jemu się najlepiej ze mną tańczy…<br />Zofia Bogucka, AHM: Na Sylwestra była zabawa i ja byłam też z kimś innym byłam w ogóle, nie... nie z mężem… W 1938 roku, na Bródnie tam w szkole dozorców. Na Odrowąża. Był taki walczyk, później ogólny, tego, i męża zapoznałam. Ale ja specjalnie, wiesz, męża zapoznałam i on się ze mną umówił, bośmy tam posiedzieli, bo on... przy oknie tam posiedzieliśmy… Ale ja się z nim nie spotkałam. Nie poszłam na to spotkanie.<br />A czemu?<br />No bo... kogoś tam raz widzieć i na spotkanie lecieć… I później szłam, a on jechał tramwajem, 11 Listopada, i wyskoczył z tramwaju i zaraz do mnie podszedł. No i żeśmy się zaczęli spotykać. Żeśmy się długo, od 1938 roku do 1944 roku spotykali… Walczyk nas połączył.]]></itunes:summary><itunes:duration>207</itunes:duration><itunes:keywords>historia,historiamówiona,muzeumpragi</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie_Audiohistorie_e52 Wymarzone zabawki</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e52-wymarzone-zabawki--48010250</link><description><![CDATA[Pamiętają Państwo radość ze znalezienia pod choinką lalki Barbie czy robota z Transformers? O tym śniły dzieci w latach 80. Dziś – wiem od Mikołaja - wymarzone prezenty to Marshall i Hedwiga… <br />Posłuchajcie, jakie zabawki z dzieciństwa zapamiętali najstarsi prażanie… Jolanta Wiśniewska, kuratorka wystawy „Rzeczy do zabawy” opowie też o przedwojennej modzie na Myszkę Miki…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/48010250</guid><pubDate>Tue, 21 Dec 2021 14:35:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/48010250/praskie_audiohistorie_e52.mp3" length="11932421" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Pamiętają Państwo radość ze znalezienia pod choinką lalki Barbie czy robota z Transformers? O tym śniły dzieci w latach 80. Dziś – wiem od Mikołaja - wymarzone prezenty to Marshall i Hedwiga… 
Posłuchajcie, jakie zabawki z dzieciństwa zapamiętali...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Pamiętają Państwo radość ze znalezienia pod choinką lalki Barbie czy robota z Transformers? O tym śniły dzieci w latach 80. Dziś – wiem od Mikołaja - wymarzone prezenty to Marshall i Hedwiga… <br />Posłuchajcie, jakie zabawki z dzieciństwa zapamiętali najstarsi prażanie… Jolanta Wiśniewska, kuratorka wystawy „Rzeczy do zabawy” opowie też o przedwojennej modzie na Myszkę Miki…]]></itunes:summary><itunes:duration>746</itunes:duration><itunes:keywords>choinka,historiamówiona,muzeumpragi,prezent,zabawki</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e51 Wojtuś i Gnom</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e51-wojtus-i-gnom--47917386</link><description><![CDATA[Na muzealnym facebooku, w poście o Praskich Audiohistoriach, mogą państwo zobaczyć naszego dzisiejszego narratora, Pana Zbigniewa Mańkowskiego i spory obraz: złoty koń na biegunach niesie na grzbiecie chłopca w ludowych spodniach, czerwonych butach… <br />Zbigniew Mańkowski, AHM: Historia tego obrazu, no, to jest obraz, który wędrował po całym świecie wraz z zestawami klocków. To było logo, jak to się dzisiaj nazywa, firmy Gnom. Obraz miał pod spodem napis: kupujcie… żądajcie polskich zabawek – zdaje się, tak tam jest – firmy Gnom, Warszawa, Zygmuntowska 8. Jeździł po świecie jako ta, no, reklama taka. Wystawy były w Paryżu, były we Włoszech, w Szwajcarii chyba, była [00:02:00 obiejzna?] statkiem „Bałtyk”, promocja polskiego przemysłu, zdaje się, to była i tam te klocki też jeździły po Bałtyku, po Morzu Śródziemnym, po Morzu Północnym, tutaj Atlantyku.<br />Ja go pamiętam z ulicy Zgoda jeszcze, czyli jak miałem 3-4 lata, już pamiętam, nazywał się on Wojtuś. Moi rodzice mówili: „bądź grzeczny, bo zobacz, Wojtuś na ciebie cały czas patrzy”. I ten Wojtuś jest tak namalowany, że oczy, to jakaś sztuczka taka malarska, gdzie by się nie stanęło i popatrzyło na jego oczy, to on patrzy. Ja stawałem pod ścianą i on na mnie patrzył, byłem grzeczny dlatego.<br /> W gabinecie, w gabinecie ojca było pełno obrazów, były wartościowe obrazy, które ojciec kupował. Pamiętam wieszanie obrazów, to wbijanie gwoździa, wyżej, niżej, cały ceremoniał był. <br />Anna Mizikowska:: A jak to się stało, że tylko ten obraz przetrwał w pańskim domu?<br />Zbigniew Mańkowski: W czasie powstania wszystko zostało zniszczone. Tamten obraz, ponieważ mieszkaliśmy na Forcie Mokotowskim, na ulicy Gimnastycznej, w willi, tylko myśmy tam mieszkali, to był dom jednorodzinny, tam były te obrazy na ścianach, meble, wszystko. Jak ojciec w lutym czy w marcu 45 roku, po wyzwoleniu Warszawy zaraz, miesiąc, niecały miesiąc tam, to już nie było, puste ściany były, żadnych obrazów. Nie wiadomo, czy to Niemcy ukradli, czy coś. I ktoś, moja ciocia chyba, zdaje się, mówiła: „słuchaj, Bronku, ten Wojtuś, ten obraz jest tam na Racławickiej ileś, 112 czy coś, w piwnicy, u kogoś tam jest”, w jakiejś piwnicy tam widziała, zabrali go. I trafił się tutaj w 48 roku, ja tu zamieszkałem w 48 roku, to już ten obraz tu był. <br />Anna Mizikowska: Lena Wicherkiewicz opowiada o firmie Gnom, założonej przez Bronisława Mańkowskiego.<br />Lena Wicherkiewicz: Firma powstała w 1922 roku i mieściła się przy ulicy Zygmuntowskiej 8. Do dnia dzisiejszego niestety nie zachowały się zabudowania, żadne ślady jakby tutaj w przestrzeni Pragi po tej znanej firmie. Firma była znana przede wszystkim z wyrobu właśnie drewnianych zabawek. Takim no sztandarowym, można powiedzieć, produktem tej firmy były klocki, które też nazywały się właśnie „Budownictwo drewniane Gnom”. Były to no z jednej strony jakby zwyczajne klocki, to znaczy drewniane bryły, prostopadłościany, nie wiem, kule, stożki i tak dalej, natomiast tym, co było… co wyróżniało te klocki spośród innych klocków, było to, że do opakowania z klockami dołączona była instrukcja, którą Bronisław Mańkowski przygotował wspólnie ze znanym architektem, teoretykiem architektury, historykiem architektury Stanisławem Noakowskim. I w tej instrukcji były właśnie rysunki jakby pokazujące, co z tych klocków można zbudować, a zbudować można było właśnie różnego rodzaju dzieła architektury, nie wiem, piramidę egipską, świątynię grecką. Tak że takie… no miała jakby też kształcić w kierunku jakby znajomości architektury, ale oczywiście no dawała też pole do własnych poszukiwań dla młodych budowniczych. No i to był taki tak naprawdę najbardziej znana zabawka, którą w zasadzie do tej pory można spotkać, pojawia… znaczy ma ją w swoich zbiorach Muzeum Zabawek w Kielcach, Muzeum Narodowe w Warszawie, ale także osoby prywatne.<br />Zbigniew Mańkowski: Całe opowiadanie drukowane w „Stolicy” było mojego ojca, jak wielki architekt Stanisław Noakowski uczył się na klockach budownictwa. Ojciec wiedział, gdzie mieszka, na terenie Politechniki mieszkał profesor Noakowski i kiedyś na jakimś zebraniu zarządu chyba Gnoma mówi: coś dla reklamy trzeba, może by Nowakowskiego tu jakoś wykorzystać. Wziął dwa pudełka „Budownictwa”, poszedł na Noakowskiego ulicę, na terenie Politechniki dom mieszkalny, zastał… to był stary kawaler, Noakowski, ojciec wręczył te zabawki, te klocki, prosząc, żeby coś zbudował z tego. „Ale ja nie umiem, ja nigdy nie byłem dzieckiem, ja się nie bawiłem tym, nie wiem jak to.” Na to ojciec mówi: „No, o, kapliczka, o, góralski styl.” Zostawiłem te dwa pudełka, powiedziałem: przyjdę za parę tygodni. I po dwóch czy trzech tygodniach przyszedł i już kilka było ustawionych, bawił się tymi klockami, spodobały mu się. Mówił: „ja nie wiedziałem, bo ja nigdy nie byłem dzieckiem”, o, to takie zdanie. No, stąd się… zaprzyjaźnili się bardzo.<br />Anna Mizikowska:  Dlaczego akurat ten Gnom przeszedł do historii zabawki?<br />Lena Wicherkiewicz: No tutaj na pewno ten splot jakby dwóch indywidualności, jakiś taki też element, powiedzmy, reklamy, tak? Który spowodował, że te klocki akurat stały się takie popularne, natomiast firma produkowała nie tylko klocki. Natomiast zabawki pozostałe, które produkowała, no są pewną tajemnicą, bo w zasadzie dostępne są tylko w jednej kolekcji i to też nie są prezentowane jakoś na stałej wystawie i tym szczęśliwym posiadaczem tych zabawek jest Muzeum Etnograficzne w Krakowie. I tutaj historia jest dosyć ciekawa w ogóle, dlaczego te zabawki tam są, ponieważ w 25 roku na tej słynnej wystawie sztuk dekoracyjnych w Paryżu razem z Warsztatami Krakowskimi, które działały przy Muzeum Rzemiosł Techniczno-Przemysłowym w Krakowie i jakby ono było takim współorganizatorem tej jakby całej polskiej wystawy i tego sukcesu, wiadomo, Stryjeńska i jakby tuta to polskie art déco, no właśnie razem z tą wytwórczością warsztatów na wystawę pojechały także klocki właśnie Gnoma, które też tam zostały dostrzeżone za granicą. I miały też pojawić się inne zabawki, natomiast to chyba z jakichś logistycznych powodów one nie dotarły, natomiast trafiły rzeczywiście do tego Muzeum Techniczno-Przemysłowego i po wojnie muzeum przekształciło się w Muzeum Etnograficzne, tam częściowo ta kolekcja została podzielona też przez muzeum na Muzeum Narodowe, które jakby część tych zabytków przejęło, ale akurat te Gnomowe zabawki zostały w Muzeum Etnograficznym. I to jest chyba duże szczęście, ponieważ jest to jedyne miejsce, w którym te zabawki są. Wiemy, że projektantką, jedną z projektantek, ponieważ Bronisław Mańkowski współpracował z różnymi artystami, natomiast wiemy na pewno, że współpracował z Marią Werten. To była ilustratorka, graficzka, ale też właśnie twórczyni zabawek i podobnie jak większość artystów, znaczy większość, jak część artystów z tego czasu inspirowała się sztuką ludową i tworzyła, zarówno w swoich ilustracjach, jak i w zabawkach, właśnie taką współczesną interpretację ludowej sztuki. Prace Marii Werten ma w swoich zbiorach Muzeum Polskie w Ameryce, bo ona tuż przed woj.… znaczy kilka lat przed wojną wyjechała do Stanów Zjednoczonych, pracowała między innymi w wytwórni Walta Disneya, a potem brała udział właśnie przy organizacji aukcji po Wystawie Światowej w Nowym Jorku i stąd tam jej spuścizna się znajduje, w muzeum w Chicago. Natomiast no właśnie zabawki, które… podejrzewamy, że część zabawek, które ma Muzeum Etnograficzne w swoich zbiorach, jest właśnie autorstwa Marii Werten. Zachowały się też nieliczne grafiki jej autorstwa. Właśnie przy pracach, pracując nad wystawą Edwarda Manitiusa, zakupiliśmy do zbiorów dwie takie grafiki, no i tutaj na ich podstawie możemy ten styl Marii Werten odtworzyć właśnie. To był… no ona specjalizowała się w takich scenach zabawy dzieci, ale też czasami dzieci i matek, taki element takiej intymności jest, one są bardzo kolorowe, tak żywiołowe, te postaci są w strojach ludowych. Zabawki też są takie właśnie a la ludowe, no i podejrzewamy, że część zabawek, które właśnie ma Muzeum Etnograficzne, jest jej autorstwa, po prostu mają podobny styl. Też to są takie właśnie inspirowane ludowością, bardzo kolorowe formy, to są postaci kobiet, dzieci, ale też zwierzęce zabawki.ten element właśnie współpracy z twórcami, z artystami, no był chyba ważną… taki no wart podkreślenia, tak? Że Bronisław Mańkowski zdawał sobie sprawę z tego, że jakby ten element artystyczny w zabawce jest istotny, tak? Że to będzie czymś, co wyróżnia, znaczy będzie wyróżniało go, ale też będzie jakby taką wartością dodaną, tak? Kształcąc pewne, powiedzmy, estetyczne upodobania u młodych osób. To było takie myślenie, które gdzieś też wywodzi się właśnie od Warsztatów Krakowskich, które w zasadzie chyba w Polsce jako pierwsi, ci twórcy zainteresowali się taką zabawką, która no czerpiąc z tradycji ludowej, ale dodawała taki element współczesny, artystyczny, to miała być taka, powiedzmy, bardziej zindywidualizowana zabawka, tak? To było istotne i Bronisław Mańkowski zapewne też przejął to właśnie od warsztatów, zresztą no w swoim jakby wczesnym okresie, zanim powstała ta wytwórnia w Warszawie, przebywał przez pewien czas w Krakowie i tam też no taką wytwórnię zabawek stworzył, więc prawdopodobnie ten jakby tutaj impuls krakowski był też istotny.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/47917386</guid><pubDate>Tue, 14 Dec 2021 13:53:11 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/47917386/praskie_audiohistorie_e51.mp3" length="12059920" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Na muzealnym facebooku, w poście o Praskich Audiohistoriach, mogą państwo zobaczyć naszego dzisiejszego narratora, Pana Zbigniewa Mańkowskiego i spory obraz: złoty koń na biegunach niesie na grzbiecie chłopca w ludowych spodniach, czerwonych butach…...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Na muzealnym facebooku, w poście o Praskich Audiohistoriach, mogą państwo zobaczyć naszego dzisiejszego narratora, Pana Zbigniewa Mańkowskiego i spory obraz: złoty koń na biegunach niesie na grzbiecie chłopca w ludowych spodniach, czerwonych butach… <br />Zbigniew Mańkowski, AHM: Historia tego obrazu, no, to jest obraz, który wędrował po całym świecie wraz z zestawami klocków. To było logo, jak to się dzisiaj nazywa, firmy Gnom. Obraz miał pod spodem napis: kupujcie… żądajcie polskich zabawek – zdaje się, tak tam jest – firmy Gnom, Warszawa, Zygmuntowska 8. Jeździł po świecie jako ta, no, reklama taka. Wystawy były w Paryżu, były we Włoszech, w Szwajcarii chyba, była [00:02:00 obiejzna?] statkiem „Bałtyk”, promocja polskiego przemysłu, zdaje się, to była i tam te klocki też jeździły po Bałtyku, po Morzu Śródziemnym, po Morzu Północnym, tutaj Atlantyku.<br />Ja go pamiętam z ulicy Zgoda jeszcze, czyli jak miałem 3-4 lata, już pamiętam, nazywał się on Wojtuś. Moi rodzice mówili: „bądź grzeczny, bo zobacz, Wojtuś na ciebie cały czas patrzy”. I ten Wojtuś jest tak namalowany, że oczy, to jakaś sztuczka taka malarska, gdzie by się nie stanęło i popatrzyło na jego oczy, to on patrzy. Ja stawałem pod ścianą i on na mnie patrzył, byłem grzeczny dlatego.<br /> W gabinecie, w gabinecie ojca było pełno obrazów, były wartościowe obrazy, które ojciec kupował. Pamiętam wieszanie obrazów, to wbijanie gwoździa, wyżej, niżej, cały ceremoniał był. <br />Anna Mizikowska:: A jak to się stało, że tylko ten obraz przetrwał w pańskim domu?<br />Zbigniew Mańkowski: W czasie powstania wszystko zostało zniszczone. Tamten obraz, ponieważ mieszkaliśmy na Forcie Mokotowskim, na ulicy Gimnastycznej, w willi, tylko myśmy tam mieszkali, to był dom jednorodzinny, tam były te obrazy na ścianach, meble, wszystko. Jak ojciec w lutym czy w marcu 45 roku, po wyzwoleniu Warszawy zaraz, miesiąc, niecały miesiąc tam, to już nie było, puste ściany były, żadnych obrazów. Nie wiadomo, czy to Niemcy ukradli, czy coś. I ktoś, moja ciocia chyba, zdaje się, mówiła: „słuchaj, Bronku, ten Wojtuś, ten obraz jest tam na Racławickiej ileś, 112 czy coś, w piwnicy, u kogoś tam jest”, w jakiejś piwnicy tam widziała, zabrali go. I trafił się tutaj w 48 roku, ja tu zamieszkałem w 48 roku, to już ten obraz tu był. <br />Anna Mizikowska: Lena Wicherkiewicz opowiada o firmie Gnom, założonej przez Bronisława Mańkowskiego.<br />Lena Wicherkiewicz: Firma powstała w 1922 roku i mieściła się przy ulicy Zygmuntowskiej 8. Do dnia dzisiejszego niestety nie zachowały się zabudowania, żadne ślady jakby tutaj w przestrzeni Pragi po tej znanej firmie. Firma była znana przede wszystkim z wyrobu właśnie drewnianych zabawek. Takim no sztandarowym, można powiedzieć, produktem tej firmy były klocki, które też nazywały się właśnie „Budownictwo drewniane Gnom”. Były to no z jednej strony jakby zwyczajne klocki, to znaczy drewniane bryły, prostopadłościany, nie wiem, kule, stożki i tak dalej, natomiast tym, co było… co wyróżniało te klocki spośród innych klocków, było to, że do opakowania z klockami dołączona była instrukcja, którą Bronisław Mańkowski przygotował wspólnie ze znanym architektem, teoretykiem architektury, historykiem architektury Stanisławem Noakowskim. I w tej instrukcji były właśnie rysunki jakby pokazujące, co z tych klocków można zbudować, a zbudować można było właśnie różnego rodzaju dzieła architektury, nie wiem, piramidę egipską, świątynię grecką. Tak że takie… no miała jakby też kształcić w kierunku jakby znajomości architektury, ale oczywiście no dawała też pole do własnych poszukiwań dla młodych budowniczych. No i to był taki tak naprawdę najbardziej znana zabawka, którą w zasadzie do tej pory można spotkać, pojawia… znaczy ma ją w swoich zbiorach Muzeum Zabawek w Kielcach, Muzeum Narodowe w Warszawie, ale także osoby prywatne.<br />Zbigniew Mańkowski: Całe opowiadanie drukowane w „Stolicy” było mojego ojca, jak wielki architekt Stanisław Noakowski uczył się na klockach...]]></itunes:summary><itunes:duration>754</itunes:duration><itunes:keywords>gnom,klockignom,manitius,mańkowski,muzeumpragi,muzeumwarszawskiejpragi,rzeczydozabawy</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e50 Pan Manitius</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e50-pan-manitius--47820095</link><description><![CDATA[W Muzeum Warszawskiej Pragi działa wystawa czasowa „Rzeczy do zabawy. Rdward Manitius i jego wytwórnia”. A w naszym podkaście opowiadamy dziś o Panu Edwardzie i o tym, jak powstawała nasza wystawa. Na początek posłuchajcie, jak Pani Renata Kozłowska zapamiętała ojca…<br /><br />Renata Kozłowska: Tata robił rysunek techniczny i pamiętam, wielokrotnie wyciągał taką olbrzymią deskę kreślarską, rozstawiał ją na stołach i przeważnie wieczorami rysował na niej. To z koncepcji wstępnej trzeba było to dalej opracować, opracować technologię produkcji i tak dalej, czym się tata zajmował. Był świetnym organizatorem, a w ogóle to pracował przy ogromnym biurku, na tym biurku było wiele dla nas, córek, ciekawych gadżetów, takich jak duża temperówka na przykład z korbą, pieczątki, figurki piesków z brązu zdobiące jeszcze biurko jego taty, stare zabawki taty różnych… niektóre zepsute, niektóre jeszcze pra… znaczy działające. To były takie zabawki z początku chyba wieku, bo pamiętam, oprawione w drewnie były takie szklane kolorowe kółeczka, które obracane korbką wywoływały iluzję ruchu, no i to nas tak frapowało. Poza tym były to jakieś stare jeszcze taty semafory, armatki, żołnierzyki metalowe, tak wszystko w takich pudełkach było w szufladach poukładane, ale nie sądzę, że to jakoś tatę inspirowało, może to jakoś tacie dawało to takie dobre nawiązanie do przeszłości, do tego, co minęło, może miał do tego jakiś sentyment. I pod nieobecność taty lubiłyśmy zasiadać do jego biurka, no i tam w tym jego świat oglądać. <br />Ta cała wytwórnia, łącznie z gabinetem, tak jak gdyby dusza zarządzania tą firmą, to się znajdowało od strony ulicy, na drugim piętrze, wejście na lewo z bramy. Na drugim piętrze to były kiedyś najbardziej reprezentacyjne pomieszczenia w całej tej kamienicy, do tego się zaliczały wspaniale intarsjowane podłogi, stiuki na sufitach z różnymi plafonami, fantastyczny kominek, ale jak tata zdecydował się to zaadoptować na pomieszczenie, oczywiście to wszystko było super zaopatrzone i zabezpieczone przed jakimkolwiek uszkodzeniem. <br />Tata wszystko stracił i tata często wspominał, że musiał zaczynać od nowa, że został zniszczony kompletnie, okradziony przede wszystkim z maszyn, okradziony ze swoich rysunków, ze swoich projektów, to wszystko w ciągu jednego dnia zostało wyniesione z domu przez… pod taty nieobecność. Tata po powrocie z urlopu, który zresztą był zgłoszony oficjalnie do odpowiednich władz, zastał drzwi opieczętowane i zaklejone, miał zakazany wstęp do tego pomieszczenia. To było pomieszczenie firmowe, które było kiedyś mieszkaniem, tata sobie to mieszkanie zaadoptował do celów produkcji. <br />Anna Mizikowska: Te wspomnienia uzupełnia kuratorka wystawy, Jolanta Wiśniewska. Jola od lat bada historię prawobrzeżnych rodów…<br />Jolanta Wiśniewska: Edward Manitius to był bardzo pomysłowy i utalentowany człowiek. Urodził się w 1902 roku na warszawskiej Pradze i tu w rodzinnej kamienicy przy ulicy Kępnej 15 spędził niemal całe życie. Tu mieszkał, tu pracował, tu założył swoją wytwórnię zabawek i wyrobów zdobniczych. Ta wytwórnia założona w 1926 roku była swego rodzaju fenomenem, produkowała drewniane drążone zabawki, które jednocześnie były ozdobnymi gadżetami, reklamowymi przedmiotami. Te zabawki były również opakowaniami, na przykład na słodycze albo na różne drobiazgi i Edward Manitius sprzedawał je różnym znanym markom, takim jak Wedel, Fuchs, Goplana, Zalewski, Waleria Patek z Poznania, miał odbiorców w całym kraju i za granicą. W czasie organizacji Muzeum Warszawskiej Pragi, kiedy otworzyliśmy biuro tymczasowe przy ulicy Targowej, trafiła do nas córka Edwarda Manitiusa i jednocześnie też, niezależnie, trafiły do nas różne dokumenty, w tym księga obstalunków, szkicownik Edwarda Manitiusa, księga meldunkowa kamienicy przy ulicy Kępnej 15. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy wiele ani o samym Edwardzie Manitiusie, ani o samej rodzinie Manitiusów, która też ma bardzo ciekawą historię. To jest rodzina ewangelicka, dziadek Edwarda Manitiusa był osobą bardzo zasłużoną, bardzo poważaną w Warszawie, to był na przełomie XIX i XX wieku superintendent generalny, czyli odpowiednik takiego zwierzchnika Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Królestwie Polskim. Był też osobą zaangażowaną społecznie, bardzo lubianą w Warszawie. Z kolei ojciec Edwarda Manitiusa był inżynierem chemikiem, który pracował w praskich fabrykach Wulkan i Labor, fabrykach naczyń emaliowanych i między innymi z tego powodu, jak podejrzewamy, cała rodzina przeniosła się z lewego brzegu na prawy, na Pragę, aby ojciec, Ludwik Manitius, miał blisko do pracy. <br />Anna Mizikowska: Współkuratorka wystawy, Lena Wicherkiewicz, opowiada o tym, jak powstawała najnowsza praska wystawa…<br />Lena Wicherkiewicz: Prace nad wystawą trwały kilka lat i zintensyfikowały się w momencie pozyskania dużego zbioru zabawek Edwarda Manitiusa i dokumentów związanych z rodziną Manitiusa od jego córki, pani Renaty Manitius-Kozłowskiej. Wtedy zorientowałyśmy się, że te wcześniejsze nabytki związane zarówno z Edwardem, jak i z jego wytwórnią, no uzyskały takie, powiedzmy, zwieńczenie, tak? Zobaczyłyśmy właśnie wytwory Edwarda Manitiusa, tak? Miałyśmy je po prostu bezpośrednio w rękach, no i to nas zainspirowało do tego, żeby podjąć, zgłębić ten temat. Natomiast nie byłyśmy pierwsze w poszukiwaniach jakby Manitiusa. Pierwszą wystawę, na której pojawiły się zabawki, opakowania Edwarda Manitiusa, przygotowała pani Katarzyna Hodurek-Kiek z Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach. W 2009 roku przygotowała wystawę „Czekoladowa mieszanka Wedla” i tam między innymi wśród innych eksponatów znalazły się te zabawki. I tak naprawdę takim bardzo dużym odkryciem było zajrzenie do księgi obstalunków, która… właśnie to był jeden z pierwszych eksponatów, który trafił do muzeum, natomiast jakoś początkowo nie interesowałyśmy się bardzo tym dokumentem i kiedy zaczęłyśmy tą księgę wertować, no to ona nam rzeczywiście otworzyła oczy i pokazała, jak ta wytwórnia tak naprawdę pracowała, tak? Jacy byli klienci, że Manitius nie sprzedawał tych zabawek, opakowań jako zabawki w sklepach z zabawkami, on po prostu sprzedawał je do firm, które produkowały przede wszystkim słodycze. Więc to był taki rzeczywiście milowy krok w naszych poszukiwaniach. Potem zaczęłyśmy się zastanawiać nad tropami, co mogło zainspirować Manitiusa, jak pracował. No i tutaj znowu z pomocą przyszedł nam kolejny eksponat, który już był w zbiorach muzeum, mianowicie szkicownik Edwarda Manitiusa, w którym zobaczyłyśmy, że poza figurkami, których takie wstępne szkice też się znajdowały, była tam też duża grupa rysunków przedstawiających różnego rodzaju ekspozytory do wystaw sklepowych, do różnego rodzaju produktów, więc wiedziałyśmy też, że to była też duża część produkcji Manitiusa, po prostu związana bezpośrednio z reklamą. I to w zasadzie tak po nitce do kłębka ten temat się rozwijał. No, pewną trudnością były okoliczności zewnętrzne, mianowicie pandemia, która rzeczywiście… zaczęłyśmy pracować nad wystawą w zasadzie tuż przed pandemią, więc jakby nasze podróże były mocno ograniczone, ale udało nam się pojechać do Muzeum Zabawek w Kielcach, to był w zasadzie taki pierwszy trop, no bo wiedziałyśmy, że to było to miejsce, które pierwszy raz pokazało Manitiusa. Potem interesowałyśmy się też innymi muzeami, które zbierają zabawki, przede wszystkim muzeami etnograficznymi, przeprowadziłyśmy po prostu taką kwerendę zdalną. No i tutaj taką w zasadzie bardzo… miejscem, które nam też otworzyło oczy na takie tropy formalne i jakby na taki w ogóle kontekst drewnianej zabawki, to było Muzeum Etnograficzne imienia Seweryna Udzieli w Krakowie i tutaj dużą pomocą posłużyły nam panie Małgorzata Oleszkiewicz i pani Karolina Pachla-Wojciechowska, które zajmują się właśnie zbiorem zabawek. No i tutaj pojawiły się dwa tropy – zabawka tworzona przez artystów, przede wszystkim warsztaty krakowskie, ale także okazało się, że Muzeum Etnograficzne w Krakowie, jako jedyne w kraju, posiada zbiór zabawek z firmy Gnom, która była po sąsiedzku tutaj na warszawskiej Pradze, która powstała kilka lat wcześniej niż Manitius, ale podobnie jak on wytwarzała zabawki drewniane, w pewnym sensie inspirowane, znaczy inspirowane zabawką ludową. To u Manitiusa też widać, tylko że Manitius poszedł jakby bardziej w taką stronę być może takiego, nie wiem, art déco i modernizmu. <br />Jeszcze był jeden ciekawy trop, który podsunęła nam też pani Katarzyna Hodurek-Kiek, był to trop prowadzący nas za ocean, znaczy do Nowego Jorku, a potem jeszcze do Chicago bezpośrednio, a pośrednio do Nowego Jorku, związany z Wystawą Światową w 39 roku, na której Edward Manitius… w której brał udział. Była to wystawa otworzona w zasadzie tuż przed wybuchem wojny, była otwarta przez kolejny rok, natomiast Edward Manitius nie pojechał do Nowego Jorku, no z wiadomych przyczyn, już tutaj trwała wojna, natomiast no pojechały jego zabawki. Wiemy, jakie zabawki były, ponieważ zachował się katalog Wystawy Światowej, Edward Manitius wystawiał swoje zabawki w dziale „Zabawki i sprzęt sportowy”. Natomiast docierając do książek, które jakby… i artykułów dotyczących wystawy, no tam w zasadzie nic o zabawkach nie było wspomniane, dopiero trop do Muzeum Polskiego w Ameryce, gdzie okazało się, że przebywa homar, jeden z właśnie… jedna z zabawek, która wtedy była pokazana. Ale droga do muzeum była, mimo że muzeum ma dużą gru… duży zbiór pamiątek i eksponatów z tej wystawy nowojorskiej, natomiast droga homara do tego muzeum była dosyć zawiła, ponieważ on został kupiony, jak wystawa się zakończyła, była przeprowadzona aukcja i on po prostu został zakupiony przez kogoś, natomiast teraz, niedawno jakby się odnalazł, ponieważ osoba ze stanu Main, który zresztą jest bardzo związany z homarami, zakupiła w lombardzie właśnie tego homara. Okazało się, że w środku jest dokument, który mówił o tym, że właśnie ten homar był na wystawie i został sprzedany na aukcji, no i miał trafić do dziecka tej osoby, która go kupiła, natomiast no trafił finalnie do muzeum, bo stwierdzono, że]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/47820095</guid><pubDate>Tue, 07 Dec 2021 14:38:31 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/47820095/praskie_audiohistorie_e50.mp3" length="12523773" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>W Muzeum Warszawskiej Pragi działa wystawa czasowa „Rzeczy do zabawy. Rdward Manitius i jego wytwórnia”. A w naszym podkaście opowiadamy dziś o Panu Edwardzie i o tym, jak powstawała nasza wystawa. Na początek posłuchajcie, jak Pani Renata Kozłowska...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[W Muzeum Warszawskiej Pragi działa wystawa czasowa „Rzeczy do zabawy. Rdward Manitius i jego wytwórnia”. A w naszym podkaście opowiadamy dziś o Panu Edwardzie i o tym, jak powstawała nasza wystawa. Na początek posłuchajcie, jak Pani Renata Kozłowska zapamiętała ojca…<br /><br />Renata Kozłowska: Tata robił rysunek techniczny i pamiętam, wielokrotnie wyciągał taką olbrzymią deskę kreślarską, rozstawiał ją na stołach i przeważnie wieczorami rysował na niej. To z koncepcji wstępnej trzeba było to dalej opracować, opracować technologię produkcji i tak dalej, czym się tata zajmował. Był świetnym organizatorem, a w ogóle to pracował przy ogromnym biurku, na tym biurku było wiele dla nas, córek, ciekawych gadżetów, takich jak duża temperówka na przykład z korbą, pieczątki, figurki piesków z brązu zdobiące jeszcze biurko jego taty, stare zabawki taty różnych… niektóre zepsute, niektóre jeszcze pra… znaczy działające. To były takie zabawki z początku chyba wieku, bo pamiętam, oprawione w drewnie były takie szklane kolorowe kółeczka, które obracane korbką wywoływały iluzję ruchu, no i to nas tak frapowało. Poza tym były to jakieś stare jeszcze taty semafory, armatki, żołnierzyki metalowe, tak wszystko w takich pudełkach było w szufladach poukładane, ale nie sądzę, że to jakoś tatę inspirowało, może to jakoś tacie dawało to takie dobre nawiązanie do przeszłości, do tego, co minęło, może miał do tego jakiś sentyment. I pod nieobecność taty lubiłyśmy zasiadać do jego biurka, no i tam w tym jego świat oglądać. <br />Ta cała wytwórnia, łącznie z gabinetem, tak jak gdyby dusza zarządzania tą firmą, to się znajdowało od strony ulicy, na drugim piętrze, wejście na lewo z bramy. Na drugim piętrze to były kiedyś najbardziej reprezentacyjne pomieszczenia w całej tej kamienicy, do tego się zaliczały wspaniale intarsjowane podłogi, stiuki na sufitach z różnymi plafonami, fantastyczny kominek, ale jak tata zdecydował się to zaadoptować na pomieszczenie, oczywiście to wszystko było super zaopatrzone i zabezpieczone przed jakimkolwiek uszkodzeniem. <br />Tata wszystko stracił i tata często wspominał, że musiał zaczynać od nowa, że został zniszczony kompletnie, okradziony przede wszystkim z maszyn, okradziony ze swoich rysunków, ze swoich projektów, to wszystko w ciągu jednego dnia zostało wyniesione z domu przez… pod taty nieobecność. Tata po powrocie z urlopu, który zresztą był zgłoszony oficjalnie do odpowiednich władz, zastał drzwi opieczętowane i zaklejone, miał zakazany wstęp do tego pomieszczenia. To było pomieszczenie firmowe, które było kiedyś mieszkaniem, tata sobie to mieszkanie zaadoptował do celów produkcji. <br />Anna Mizikowska: Te wspomnienia uzupełnia kuratorka wystawy, Jolanta Wiśniewska. Jola od lat bada historię prawobrzeżnych rodów…<br />Jolanta Wiśniewska: Edward Manitius to był bardzo pomysłowy i utalentowany człowiek. Urodził się w 1902 roku na warszawskiej Pradze i tu w rodzinnej kamienicy przy ulicy Kępnej 15 spędził niemal całe życie. Tu mieszkał, tu pracował, tu założył swoją wytwórnię zabawek i wyrobów zdobniczych. Ta wytwórnia założona w 1926 roku była swego rodzaju fenomenem, produkowała drewniane drążone zabawki, które jednocześnie były ozdobnymi gadżetami, reklamowymi przedmiotami. Te zabawki były również opakowaniami, na przykład na słodycze albo na różne drobiazgi i Edward Manitius sprzedawał je różnym znanym markom, takim jak Wedel, Fuchs, Goplana, Zalewski, Waleria Patek z Poznania, miał odbiorców w całym kraju i za granicą. W czasie organizacji Muzeum Warszawskiej Pragi, kiedy otworzyliśmy biuro tymczasowe przy ulicy Targowej, trafiła do nas córka Edwarda Manitiusa i jednocześnie też, niezależnie, trafiły do nas różne dokumenty, w tym księga obstalunków, szkicownik Edwarda Manitiusa, księga meldunkowa kamienicy przy ulicy Kępnej 15. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy wiele ani o samym Edwardzie Manitiusie, ani o samej rodzinie Manitiusów, która też ma bardzo ciekawą historię. To jest rodzina ewangelicka, dziadek...]]></itunes:summary><itunes:duration>783</itunes:duration><itunes:keywords>edwardmanitius,manitius,muzeumwarszawskiejpragi,praga,renatakozłowska,rzeczydozabawy,zabawka</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e49 Zrób sobie prezent</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e49-zrob-sobie-prezent--47701288</link><description><![CDATA[Dzisiejszy odcinek praskich Audiohistorii ma wyjątkowo! charakter informacyjny.<br />Już 2 grudnia otwieramy w Muzeum Warszawskiej Pragi nową wystawę „Rzeczy do zabawy. Edward Manitius i jego wytwórnia. Wystawa potrwa do 10 kwietnia, a my poświęcimy jej kilka grudniowych podcastów. Będziemy mówić o tym, czym się bawili prażanie, kto na Pradze produkował zabawki…<br />A dziś chcemy Państwa zaprosić do udziału w akcji „Zrób sobie prezent”, która towarzyszy nowej wystawie. Bo ta akcja już się zaczęła!<br />Będzie tez mowa o kolejnych działaniach planowanych wokół „Rzeczy do zabawy”.<br />Oddaję głos Karolinie Jusińskiej, która nad tym wszystkim panuje.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/47701288</guid><pubDate>Tue, 30 Nov 2021 11:25:01 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/47701288/praskie_audiohistorie_e49.mp3" length="4587207" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Dzisiejszy odcinek praskich Audiohistorii ma wyjątkowo! charakter informacyjny.
Już 2 grudnia otwieramy w Muzeum Warszawskiej Pragi nową wystawę „Rzeczy do zabawy. Edward Manitius i jego wytwórnia. Wystawa potrwa do 10 kwietnia, a my poświęcimy jej...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Dzisiejszy odcinek praskich Audiohistorii ma wyjątkowo! charakter informacyjny.<br />Już 2 grudnia otwieramy w Muzeum Warszawskiej Pragi nową wystawę „Rzeczy do zabawy. Edward Manitius i jego wytwórnia. Wystawa potrwa do 10 kwietnia, a my poświęcimy jej kilka grudniowych podcastów. Będziemy mówić o tym, czym się bawili prażanie, kto na Pradze produkował zabawki…<br />A dziś chcemy Państwa zaprosić do udziału w akcji „Zrób sobie prezent”, która towarzyszy nowej wystawie. Bo ta akcja już się zaczęła!<br />Będzie tez mowa o kolejnych działaniach planowanych wokół „Rzeczy do zabawy”.<br />Oddaję głos Karolinie Jusińskiej, która nad tym wszystkim panuje.]]></itunes:summary><itunes:duration>287</itunes:duration><itunes:keywords>edwardmanitius,muzeumwarszawskiejpragi,rzeczydozabawy,zróbsobieprezent</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e48 Służąca</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e48-sluzaca--47602979</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: W głównej siedzibie Muzeum Warszawy, na Rynku Starego Miasta, czeka na Państwa nowa wystawa: „Niewidoczne. Historie warszawskich służących”.<br />Jak mówi jej kuratorka, Zofia Rojek, jest to opowieść o kobietach, bez których nie byłoby miasta, jakie znamy.<br />Wiecie, że na przełomie XIX i XX wieku blisko 20 procent wszystkich osób pracujących w Warszawie to służące? Na początku XX wieku w Warszawie około 40 tysięcy młodych kobiet każdego roku sprzątało, gotowało i prało w setkach mieszkań. <br />W Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi mamy wspomnienie o jednej z pań służących z lat 30 ubiegłego wieku. Pani Teresa Szejwian wspomina swoją mamę, Stanisławę Szolc.<br />Teresa Szejwian, AHM: Cała rodzina taty pochodzi z Pragi, bo mama była ze Śródmieścia. I rodzice moi brali ślub w kościele Świętego Michała na Puławskiej. No, to było tak jakby mojej mamy pożegnanie z Warszawą, bo tatuś mamę oczywiście sprowadził na Pragę.<br />Moja mama nie miała żadnej klasy szkoły, nawet podstawowej - ale była o wielkiej kulturze, pięknie czytała, z dykcją i tak dalej, pięknie liczyła, że nawet ci, co teraz skończyliby technikum, popsuje sie tam kalkulat w sklepie, to on już nie wie jak liczyć - natomiast moja mama wszędzie by sobie dała radę. Bardzo się wszystkim interesowała i naprawdę była super we wszystkim - w pisaniu, w liczeniu, w czytaniu, i w myśleniu. Także jak myśmy nawet rozwiązywali krzyżówkę, to ja sięgałam po encyklopedię, to ona mówi - Po co sięgasz, ja ci powiem.<br />Także jak była u państwa i tam pani rozmawiała po francusku, albo po włosku, żeby służąca nie wiedziała - to patrzy, a ona już się orientuje, o co chodzi, i mówi - Słuchaj, no musimy teraz zacząć rozmawiać po włosku, bo Stasia już wszystko wie, co my po francusku mówimy. No, i raz pamiętam, bardzo lubiała gotować, no i państwo poprosili mamę, żeby była  kucharką, no i obiady, i oczywiście goście - przy niedzieli u państwa przed wojną to trzydzieści osób, nie tak jak teraz imieniny; i oczywiście to był obiad. No, i kiedyś była u takiej pani, pani mówi: - No słuchaj, masz mnie zrobić taki obiad taki prosiaczek nawet ma być mały - na stole, bo to miała być Wielkanoc - bo przyjedzie mój mąż, który pojechał robić witraże do Rzymu, i była długa tam praca, no i długo nie było, i ja muszę go tutaj zrobić taki tego, kiedyś miałam inną służącą, kucharkę, a teraz ciebie przyjęłam i masz mi tu wyczarować coś. No, ale ona mówi - Ja nigdy tego nie robiłam. Ta pani przyniosła małego prosiaczka, no, ale mówi - Poczekaj, ja ci z francuskiej książki przeczytam, i sobie, prawda, wszystko ci wytłumaczę i zrobisz. No i mama takie podobno, opowiadała mi, zrobiła ucztę, że ten pan oniemiał. No i mówi - Zmieniłaś tą nową gosposię, no to mi ją pokaż, kto to piękny, mówi, zrobił ten obiad? Bo ja, mówi, u Mussoliniego byłem - tak mi mama opowiadała - i u różnych innych osobistości, i na takim pysznym obiedzie to nie byłem! No, i mama się wtedy musiała pokazać. Oczywiście, służąca wtedy pięknie była ubrana, w granatowe sukieneczki albo czarne, cienki fartuszek, jeśli goście mieli przyjść, i tylko mały tam czepeczek. Mama miała bardzo wielką prezencję, była bardzo szczupła, zgrabna, ładna - i we wszystkim jej było ładnie. Jak ten pan zobaczył, że to takie przyszło chuchro - szczuplutka, drobniutka, i takie mówi, wyjął wtedy złoty właśnie medaliczek tam od Ojca Świętego i dał jej za ten pyszny obiad jako upominek.<br />Natomiast mam bardzo smutną taką... Kojarzy mi się, że jak mama kiedyś była u takich państwa doktorów i nie mieli dzieci, znaczy ona była lekarzem i on też, tylko nie pamiętam teraz dokładnie jaka, w każdym bądź razie to było śródmieście Warszawy, mieli kilka pokoi, pięć czy sześć. I mama mnie zabrała, bo nie miała mnie z kim zostawić. Ale ona nie miała, nie była tam jako gosposia, bo ona tam ta pani miała, tylko mamę przyjęła do prania, się przyjmowało też takie osoby. Mama moja była, pięknie prała, a pranie dawniej to nie tak jak teraz, na pralkach automatycznych, pranie było ciężkie. Młodzież teraz nie wie, jak pranie wyglądało na balii i na tarze, prawda. No, i moja mama tam przyszła i wpada do tej kuchni, a mnie zostawiła, a ja weszłam, i jak usłyszałam słowa tej pani, to ta pani mówi tak - Co? Przyszłaś z bachorem?! Ja mam dla ciebie śniadanie, nie dla bachora!<br />Jak usłyszałam te słowa, to usiadłam sobie w kąciku w przedpokoju i tak siedzę jako smutne dziecko, zabiedzone jakieś. I nawet tego dnia to byłam tak głodna, że miałam ciemne plamy przed oczami... <br />No, i tak siedzę sobie, a to jest taki moment, że ta pani - można sobie wyobrazić: już jest w płaszczu, wpada do mojej mamy i mówi - Słuchaj. Bo miała pięć, pięciu kotów. A więc mówi tak - Słuchaj, ja będę miała jeszcze konferencję, potem idę na zebranie i tak dalej, a ty już rozpoczęłaś te pranie, bo chciałam żebyś ty później dała, prawda, tym kotom jedzenie. No, ale - mówi - to już ja im dam teraz, przed wyjściem. I ona grzeje ten rosół z kartoflami - nie zapomnę tego, no teraz może łatwiej mi to mówić, ale młodzież dzisiejsza by tego nie zrozumiała - a ona już ubrana, te miske dla tych kotów stawia w przedpokoju, a ja oczywiście nogą odganiam tych kotów, i ona jak to śpiesząc sie fruwała tylko w tym wszystkim, prawda, i poszła. A mama, zajęta praniem w kuchni, nie wiedziała, że jej córeczka wzięła tą miskę rosołu z kartoflami, postawiła na stołeczku i zjadła, nie mówiąc o tym oczywiście nic. I od razu w oczach mnie przejaśniało. Patrzę - ja lepiej widzę, jestem weselsza i tak dalej. Mama nic nie wiedziała, a ja siedziałam jak trusia, żeby po prostu jej nie przeszkadzać, bo ona ciężko pracuje. <br />No, i wychodzimy, i tak podskakuję i śmieję się, a mama mówi - A co ty taka wesoła jesteś? A ja mówię - Mamo, czy ty wiesz, że ja ten rosół zjadłam? Ale jeszcze muszę powiedzieć ten fragment, kiedy pani wraca, wieczorem - no, i to było może teraz, dla dzisiejszych osób może to zabawne – ale, ale pani wraca, a koty wychudzone miauczą niesamowicie, bo są głodne. Pani wpada do kuchni, do mojej mamy, i mówi - Stasia, no przecież ja im dałam, widziałaś: taką dużą miskę rosołu, żeby im starczyło na cały dzień, że ja późno wrócę, a zobacz, jak oni miauczą, jakie oni chude - zupełnie, jakby nie jedli nic. Ty widziałaś, czy oni jedli ten rosół? A moja mama nie wiedziała, bo ja jej dopiero powiedziałam tą historię, jak wyszliśmy na drodze, tak, więc ona nie wiedziała, i mówi - Ja nie wiem, jak pani dała, to pewnie jedli. I dopiero mamie opowiedziałam tą historię, no, a mamie było przykro, no, ale już na drugi raz do tej pani nie poszła…<br />Wystawa „Niewidoczne. Historie warszawskich służących” potrwa od 18 listopada 2021 do 20 marca 2022 w siedzibie głównej Muzeum Warszawy na Rynku Starego Miasta.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/47602979</guid><pubDate>Tue, 23 Nov 2021 14:10:03 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/47602979/praskie_audiohistorie_e48.mp3" length="8281548" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: W głównej siedzibie Muzeum Warszawy, na Rynku Starego Miasta, czeka na Państwa nowa wystawa: „Niewidoczne. Historie warszawskich służących”.
Jak mówi jej kuratorka, Zofia Rojek, jest to opowieść o kobietach, bez których nie byłoby...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: W głównej siedzibie Muzeum Warszawy, na Rynku Starego Miasta, czeka na Państwa nowa wystawa: „Niewidoczne. Historie warszawskich służących”.<br />Jak mówi jej kuratorka, Zofia Rojek, jest to opowieść o kobietach, bez których nie byłoby miasta, jakie znamy.<br />Wiecie, że na przełomie XIX i XX wieku blisko 20 procent wszystkich osób pracujących w Warszawie to służące? Na początku XX wieku w Warszawie około 40 tysięcy młodych kobiet każdego roku sprzątało, gotowało i prało w setkach mieszkań. <br />W Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi mamy wspomnienie o jednej z pań służących z lat 30 ubiegłego wieku. Pani Teresa Szejwian wspomina swoją mamę, Stanisławę Szolc.<br />Teresa Szejwian, AHM: Cała rodzina taty pochodzi z Pragi, bo mama była ze Śródmieścia. I rodzice moi brali ślub w kościele Świętego Michała na Puławskiej. No, to było tak jakby mojej mamy pożegnanie z Warszawą, bo tatuś mamę oczywiście sprowadził na Pragę.<br />Moja mama nie miała żadnej klasy szkoły, nawet podstawowej - ale była o wielkiej kulturze, pięknie czytała, z dykcją i tak dalej, pięknie liczyła, że nawet ci, co teraz skończyliby technikum, popsuje sie tam kalkulat w sklepie, to on już nie wie jak liczyć - natomiast moja mama wszędzie by sobie dała radę. Bardzo się wszystkim interesowała i naprawdę była super we wszystkim - w pisaniu, w liczeniu, w czytaniu, i w myśleniu. Także jak myśmy nawet rozwiązywali krzyżówkę, to ja sięgałam po encyklopedię, to ona mówi - Po co sięgasz, ja ci powiem.<br />Także jak była u państwa i tam pani rozmawiała po francusku, albo po włosku, żeby służąca nie wiedziała - to patrzy, a ona już się orientuje, o co chodzi, i mówi - Słuchaj, no musimy teraz zacząć rozmawiać po włosku, bo Stasia już wszystko wie, co my po francusku mówimy. No, i raz pamiętam, bardzo lubiała gotować, no i państwo poprosili mamę, żeby była  kucharką, no i obiady, i oczywiście goście - przy niedzieli u państwa przed wojną to trzydzieści osób, nie tak jak teraz imieniny; i oczywiście to był obiad. No, i kiedyś była u takiej pani, pani mówi: - No słuchaj, masz mnie zrobić taki obiad taki prosiaczek nawet ma być mały - na stole, bo to miała być Wielkanoc - bo przyjedzie mój mąż, który pojechał robić witraże do Rzymu, i była długa tam praca, no i długo nie było, i ja muszę go tutaj zrobić taki tego, kiedyś miałam inną służącą, kucharkę, a teraz ciebie przyjęłam i masz mi tu wyczarować coś. No, ale ona mówi - Ja nigdy tego nie robiłam. Ta pani przyniosła małego prosiaczka, no, ale mówi - Poczekaj, ja ci z francuskiej książki przeczytam, i sobie, prawda, wszystko ci wytłumaczę i zrobisz. No i mama takie podobno, opowiadała mi, zrobiła ucztę, że ten pan oniemiał. No i mówi - Zmieniłaś tą nową gosposię, no to mi ją pokaż, kto to piękny, mówi, zrobił ten obiad? Bo ja, mówi, u Mussoliniego byłem - tak mi mama opowiadała - i u różnych innych osobistości, i na takim pysznym obiedzie to nie byłem! No, i mama się wtedy musiała pokazać. Oczywiście, służąca wtedy pięknie była ubrana, w granatowe sukieneczki albo czarne, cienki fartuszek, jeśli goście mieli przyjść, i tylko mały tam czepeczek. Mama miała bardzo wielką prezencję, była bardzo szczupła, zgrabna, ładna - i we wszystkim jej było ładnie. Jak ten pan zobaczył, że to takie przyszło chuchro - szczuplutka, drobniutka, i takie mówi, wyjął wtedy złoty właśnie medaliczek tam od Ojca Świętego i dał jej za ten pyszny obiad jako upominek.<br />Natomiast mam bardzo smutną taką... Kojarzy mi się, że jak mama kiedyś była u takich państwa doktorów i nie mieli dzieci, znaczy ona była lekarzem i on też, tylko nie pamiętam teraz dokładnie jaka, w każdym bądź razie to było śródmieście Warszawy, mieli kilka pokoi, pięć czy sześć. I mama mnie zabrała, bo nie miała mnie z kim zostawić. Ale ona nie miała, nie była tam jako gosposia, bo ona tam ta pani miała, tylko mamę przyjęła do prania, się przyjmowało też takie osoby. Mama moja była, pięknie prała, a pranie dawniej to nie tak jak teraz, na...]]></itunes:summary><itunes:duration>518</itunes:duration><itunes:keywords>historia,historiamówiona,muzeumwarszawskiejpragi,muzeumwarszawy,niewidoczne,służąca,teresaszejwian,wystawa</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e47  Kaletnik. Ryszard Wojtulski</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e47-kaletnik-ryszard-wojtulski--47503724</link><description><![CDATA[W Muzeum Warszawskiej Pragi sporo miejsca poświęcamy rzemiosłu – jego historii, teraźniejszości i przyszłości.<br />Specjalistką w tej dziedzinie jest Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, kuratorka, koordynatorka m.in. projektów „Wykonane na prawym brzegu. Rzemieślnicy”, „Projektowanie z rzemiosłem” i „”Pracowni rzemieślniczej Prarzemka”.<br />Dziś prezentujemy rozmowę Kasi z zaprzyjaźnionym z muzeum rzemieślnikiem, który od 2019 roku, czyli już 3 lata, współtworzy Otwartą Pracownię Kaletniczą w ramach „Prarzemki”. Pan Ryszard Wojtulski jest kaletnikiem, wielu z Państwa miało okazję przekonać się, ile wiedzy potrafi przekazać…<br />Posłuchajcie:]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/47503724</guid><pubDate>Tue, 16 Nov 2021 15:17:31 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/47503724/praskie_audiohistorie_e47.mp3" length="7846034" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>W Muzeum Warszawskiej Pragi sporo miejsca poświęcamy rzemiosłu – jego historii, teraźniejszości i przyszłości.
Specjalistką w tej dziedzinie jest Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, kuratorka, koordynatorka m.in. projektów „Wykonane na prawym brzegu....</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[W Muzeum Warszawskiej Pragi sporo miejsca poświęcamy rzemiosłu – jego historii, teraźniejszości i przyszłości.<br />Specjalistką w tej dziedzinie jest Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, kuratorka, koordynatorka m.in. projektów „Wykonane na prawym brzegu. Rzemieślnicy”, „Projektowanie z rzemiosłem” i „”Pracowni rzemieślniczej Prarzemka”.<br />Dziś prezentujemy rozmowę Kasi z zaprzyjaźnionym z muzeum rzemieślnikiem, który od 2019 roku, czyli już 3 lata, współtworzy Otwartą Pracownię Kaletniczą w ramach „Prarzemki”. Pan Ryszard Wojtulski jest kaletnikiem, wielu z Państwa miało okazję przekonać się, ile wiedzy potrafi przekazać…<br />Posłuchajcie:]]></itunes:summary><itunes:duration>491</itunes:duration><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e46 Archiwum Społeczne</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e46-archiwum-spoleczne--47388236</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Stali słuchacze Praskich Audiohistorii wiedzą, że w Muzeum Pragi można nagrać swoje wspomnienia o prawobrzeżnej Warszawie. I tym samym dać nam materiał do badań, tworzenia wystaw czy montowania tego podcastu. <br />Zachęcamy też, żeby dzielić się z nami zdjęciami z rodzinnych albumów. Z nich także można wyczytać historię Pragi. <br />W dzisiejszym odcinku oddaję głos Patrycji Labus-Sidor, która rozmawia z Państwem o Waszych zdjęciach, gromadzi je i opracowuje w Archiwum Społecznym Muzeum Pragi. <br />Patrycja Labus-Sidor: Z pewnością wielu z Was zadaje sobie to pytanie: Czym jest Archiwum Społeczne w Muzeum Warszawskiej Pragi? To projekt, który wspólnie z mieszkankami i mieszkańcami Warszawy tworzymy w muzeum. Jest to kolekcja fotografii, która trafia do nas w prywatnych zbiorów.Przyglądając się prawobrzeżnej Warszawie na fotografiach wykonanych przez was widzimy zmiany, jakie zachodziły na prawym brzegu. <br />W zbiorach archiwum można zobaczyć ulicę Targową z początku XX wieku, podwórka przy ulicy Brzeskiej, wnętrze mieszkań przy ul. Okrzei, warszawskie ZOO, plażę miejską czy bazar Różyckiego. Archiwum Społeczne funkcjonuje wyłącznie cyfrowo, a zeskanowane fotografie poddawane są identyfikacji i opisowi. Dążymy do tego, by zeskanowane fotografie były zamieszczone na stronie muzeum. Oryginały wracają do was. Archiwum pomieści jeszcze wiele zdjęć. Zachęcamy was do dzielenia się swoimi zbiorami i powiększania tym samym kolekcji muzealnego archiwum! Jeśli w waszych albumach znajdują się fotografie kamienic, podwórek, wnętrza mieszkań, ulicy, dworca, fabryki, warsztaty rzemieślnicze, sklepy, urzędy, bazary, baseny, kina, teatry, parki oraz plaże prawobrzeżnej Warszawy - zachęcamy was do kontaktu.<br />Przygotowałam dla was fotografie: <br />To fragment ulicy Targowej z lat 30. XX wieku. Przyjrzyjmy się mu dokładnie. Widać skwer zabezpieczony ogrodzeniem, a w tle widoczna kamienica pod numerem 19 i 21 . Naszą uwagę przykuwają detale: kute balkony, tętniąca życiem zielona Targowa… W ostatnich latach praska ulica poddawana jest przemianom, zmienia się także wygląd kamienic. Do tej pory przeprowadzono remonty kilku budynków. Zachęcam was do porównania stanu obecnego tego miejsca, z tym, co może się zobaczyć na fotografii. Oryginał zdjęcia jest własnością Rodziny Majewskich.<br />Kolejna fotografia to adres Stefana Okrzei 30. Ostatni lokatorzy opuścili kamienicę na początku 2018 roku, obecnie obiekt jest wyłączony z użytkowania. Kamienica została wybudowana na przełomie XIX XX wieku. Obecnie uroda kamienicy nie jest taka oczywista, gdyż po wojnie fasadę pozbawiono całego wystroju, pozostawiając jedynie ceglana ścianę. Głebiej ciągnie się dość długie podwórko, obudowane dwupiętrowymi oficynami. Jst na tyle duże, że rosła na nim spora ilość drzew. W centralnym miejscu stoi kapliczka, ustawiono ją w latach 40. XX wieku. Na zdjęciu możemy zauważyć ręczną pompę. Fotografia należy do Rodziny Fotek-Kondej.<br />Możemy się także pochwalić fotografiami z warszawskiego ZOO. Najmłodsi goście uwielbiali i uwielbiają odwiedzać to miejsce. W 1928 roku, gdy ZOO rozpoczęło swoją działalność mieszkało w nim 500 okazów zwierząt. Dziś w ogrodzie zoologicznym, mieszczącym się na warszawskiej Pradze można podziwiać 500 gatunków stworzeń zamieszkujących naszą planetę.<br />W latach 80. XX wieku, skąd pochodzi nasze zdjęcie z kolekcji Pani Izabeli Dziewanowskiej, można było nawet pogłaskać i nakarmić kucyki, osły oraz króliki. Oczywiście pod opieką pracownika ogrodu zoologicznego.<br />Do tej opowieści dodajemy jeszcze informacje techniczne: mail do Patrycji to <a href="mailto:patrycja.labus-sidor@muzeumwarszawy.pl">patrycja.labus-sidor@muzeumwarszawy.pl</a>, a telefon 22 5183401.<br />I jeszcze prośba do Państwa: Zanim przyniesiesz zdjęcie do muzeum skontaktuj się z nami telefonicznie lub mailowo. Pozwól, że przyjrzymy się tym zdjęciom. Wybrane fotografie skopiujemy i wspólnie je opiszemy, a oryginały oddamy. Zapraszam wszystkich do udziału w projekcie! Dobrze będzie, jeśli Twoje zbiory staną się częścią muzealnej kolekcji.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/47388236</guid><pubDate>Tue, 09 Nov 2021 10:13:39 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/47388236/praskie_audiohistorie_e46.mp3" length="5159009" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Stali słuchacze Praskich Audiohistorii wiedzą, że w Muzeum Pragi można nagrać swoje wspomnienia o prawobrzeżnej Warszawie. I tym samym dać nam materiał do badań, tworzenia wystaw czy montowania tego podcastu. 
Zachęcamy też, żeby...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Stali słuchacze Praskich Audiohistorii wiedzą, że w Muzeum Pragi można nagrać swoje wspomnienia o prawobrzeżnej Warszawie. I tym samym dać nam materiał do badań, tworzenia wystaw czy montowania tego podcastu. <br />Zachęcamy też, żeby dzielić się z nami zdjęciami z rodzinnych albumów. Z nich także można wyczytać historię Pragi. <br />W dzisiejszym odcinku oddaję głos Patrycji Labus-Sidor, która rozmawia z Państwem o Waszych zdjęciach, gromadzi je i opracowuje w Archiwum Społecznym Muzeum Pragi. <br />Patrycja Labus-Sidor: Z pewnością wielu z Was zadaje sobie to pytanie: Czym jest Archiwum Społeczne w Muzeum Warszawskiej Pragi? To projekt, który wspólnie z mieszkankami i mieszkańcami Warszawy tworzymy w muzeum. Jest to kolekcja fotografii, która trafia do nas w prywatnych zbiorów.Przyglądając się prawobrzeżnej Warszawie na fotografiach wykonanych przez was widzimy zmiany, jakie zachodziły na prawym brzegu. <br />W zbiorach archiwum można zobaczyć ulicę Targową z początku XX wieku, podwórka przy ulicy Brzeskiej, wnętrze mieszkań przy ul. Okrzei, warszawskie ZOO, plażę miejską czy bazar Różyckiego. Archiwum Społeczne funkcjonuje wyłącznie cyfrowo, a zeskanowane fotografie poddawane są identyfikacji i opisowi. Dążymy do tego, by zeskanowane fotografie były zamieszczone na stronie muzeum. Oryginały wracają do was. Archiwum pomieści jeszcze wiele zdjęć. Zachęcamy was do dzielenia się swoimi zbiorami i powiększania tym samym kolekcji muzealnego archiwum! Jeśli w waszych albumach znajdują się fotografie kamienic, podwórek, wnętrza mieszkań, ulicy, dworca, fabryki, warsztaty rzemieślnicze, sklepy, urzędy, bazary, baseny, kina, teatry, parki oraz plaże prawobrzeżnej Warszawy - zachęcamy was do kontaktu.<br />Przygotowałam dla was fotografie: <br />To fragment ulicy Targowej z lat 30. XX wieku. Przyjrzyjmy się mu dokładnie. Widać skwer zabezpieczony ogrodzeniem, a w tle widoczna kamienica pod numerem 19 i 21 . Naszą uwagę przykuwają detale: kute balkony, tętniąca życiem zielona Targowa… W ostatnich latach praska ulica poddawana jest przemianom, zmienia się także wygląd kamienic. Do tej pory przeprowadzono remonty kilku budynków. Zachęcam was do porównania stanu obecnego tego miejsca, z tym, co może się zobaczyć na fotografii. Oryginał zdjęcia jest własnością Rodziny Majewskich.<br />Kolejna fotografia to adres Stefana Okrzei 30. Ostatni lokatorzy opuścili kamienicę na początku 2018 roku, obecnie obiekt jest wyłączony z użytkowania. Kamienica została wybudowana na przełomie XIX XX wieku. Obecnie uroda kamienicy nie jest taka oczywista, gdyż po wojnie fasadę pozbawiono całego wystroju, pozostawiając jedynie ceglana ścianę. Głebiej ciągnie się dość długie podwórko, obudowane dwupiętrowymi oficynami. Jst na tyle duże, że rosła na nim spora ilość drzew. W centralnym miejscu stoi kapliczka, ustawiono ją w latach 40. XX wieku. Na zdjęciu możemy zauważyć ręczną pompę. Fotografia należy do Rodziny Fotek-Kondej.<br />Możemy się także pochwalić fotografiami z warszawskiego ZOO. Najmłodsi goście uwielbiali i uwielbiają odwiedzać to miejsce. W 1928 roku, gdy ZOO rozpoczęło swoją działalność mieszkało w nim 500 okazów zwierząt. Dziś w ogrodzie zoologicznym, mieszczącym się na warszawskiej Pradze można podziwiać 500 gatunków stworzeń zamieszkujących naszą planetę.<br />W latach 80. XX wieku, skąd pochodzi nasze zdjęcie z kolekcji Pani Izabeli Dziewanowskiej, można było nawet pogłaskać i nakarmić kucyki, osły oraz króliki. Oczywiście pod opieką pracownika ogrodu zoologicznego.<br />Do tej opowieści dodajemy jeszcze informacje techniczne: mail do Patrycji to <a href="mailto:patrycja.labus-sidor@muzeumwarszawy.pl">patrycja.labus-sidor@muzeumwarszawy.pl</a>, a telefon 22 5183401.<br />I jeszcze prośba do Państwa: Zanim przyniesiesz zdjęcie do muzeum skontaktuj się z nami telefonicznie lub mailowo. Pozwól, że przyjrzymy się tym zdjęciom. Wybrane fotografie skopiujemy i wspólnie je opiszemy, a oryginały oddamy. Zapraszam wszystkich do...]]></itunes:summary><itunes:duration>323</itunes:duration><itunes:keywords>archiwumspołeczne,muzeumwarszawskiejpragi,zdjęcia</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e45 Prorektor ze Stalowej</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e45-prorektor-ze-stalowej--47273157</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: W dzisiejszym odcinku przeniesiemy się na ulicę Stalową z lat 30. XX w.  Opowiada Pan Henryk Jurkowski, chłopiec ze Stalowej, później historyk i teoretyk teatru, wykładowca (także dziekan i prorektor) w warszawskiej i krakowskiej Akademii Teatralnej.<br />Henryk Jurkowski, AHM: Nazywam się Henryk Zdzisław Jurkowski, urodziłem się 19 stycznia 1927 roku. Urodziłem się na Pradze i tam też razem z rodzicami mieszkałem na ulicy Stalowej pod numerem 43/45, (śmiech) pamiętam nawet numer mieszkania 20. Rodzice tam się znaleźli po pierwszej wojnie światowej, to znaczy było tak, że.. ojciec był kolejarzem, ożenił się i rozpoczęła się wojną w 1914 roku i jako kolejarz został zabrany do… do Rosji.. po prostu ewakuacja. Umieszczony został i pracował… w Petersburgu, tam mu się urodziła… córka Stanisława. No i tam zmarła też jego pierwsza… pierwsza żona. Oczywiście te, te wypadki wojenne i  rewolucyjne są znane… No i ojciec tutaj trafił, po drodze gdzieś  spotkał swoją kuzynkę, Zofię Perkowską… z którą się ożenił i to właśnie była moja… moja mama. Spotkali się tam gdzieś na… Białorusi no i tu pobrali się chyba już w Warszawie i urządzili się, dość skromnie się urządzili na.. ulicy Stalowej. No ojciec, ojciec jeszcze przez pewien czas służył w wojsku i bronił w czasie inwazji bolszewickiej, bronił mostu na.. Wiśle w Płocku, bo jak wiadomo te zagony bolszewickie szły tam… bardzo daleko. No a potem został zwolniony i… znowu trafił do pracy na kolei, ale.. żyli, żyli bardzo skromnie. To, co… no zamieszkali w jednym, w jednym pokoju, to znaczy ta… sytuacja taka… geograficzna tego, tego domu wyglądała w ten sposób, że… brama była pod numerem 43/45, ale… pod numerem 43 stał piętrowy drewniak, dość obskurny, od ulicy Stalowej… pod 45 był… była 3-piętrowa kamienica, dość także obskurna no, a w środku… dość duże, dość duże podwórko… po lewej stronie były… było takie zabudowanie jednopiętrowe, właściwie parterowe, parterowe, to były też takie.. drewniane, drewniane mieszkania, chyba ich było 4, obok przepływał rynsztok, ale ludzi… ludziom, którzy tam mieszkali to bardzo nie przeszkadzał, bo… po  prostu jak bieda to… to cóż, to wszystko trzeba jakoś znosić. No i w głębi, obok, obok właśnie takiego cztero… mieszkaniowego drewniaku.. znajdowała się oficyna, stojąca tak… narożnie i to była 4-piętrowa oficyna, tam myśmy mieszkali na… na pierwszym piętrze, mieszkaliśmy… całą rodziną w  jednej izbie. W jednym, jednym pomieszczeniu. No… była tam wprawdzie woda, ale… już kanalizacji nie było, ubikacji nie, nie było… ubikacja znajdowała się na środku tego podwórka, o którym… mówiłem, więc i to się wiąże z rozmaitymi zapachami, z przyjazdem oczywiście takiego wozu anise… asanicyjnego. No… jednym, jednym słowem taka… dość… biedna to była, była egzystencja, z tym, że losy, losy rodziny nie rozwijały się naj… najlepiej… to znaczy tak: powinienem powiedzieć tutaj o tym, że ja byłem najmłodszy w tej rodzinie, bo… była siostra Stasia, ta z pierwszego małżeństwa, potem urodził się Romek, który szybko zmarł, później zaś był Władek, Jurek.. Rodzice bardzo chcieli mieć córkę, więc próbowali wielokrotnie i ja miałem (śmiech) być tą córką. Ale urodził się chłopak i.. po prostu już zrezygnowali, w efekcie ja byłem, ja byłem najmłodszy. Ale proszę sobie wyobrazić, że mama, ojciec, dwóch braci, ja… 3 to jest 5 osób i siostra, to jest 6 osób, w takim jednym, jednym pomieszczeniu.  To Zagospodarować to wcale nie było… nie było łatwo, poustawiać sprzęty tak, żeby można było sypiać. No poza tym elektryczności nie… nie było, była natomiast wspaniała, wspomniała lampa na.. naftowa na jednej nodze, z kloszem i ona dawał dość dużo światła. Oczywiście później, w czasie okupacji używało się karbidówki, zresztą światło z karbidówki było dużo, dużo lepsze niż z takiej lampy, lampy naftowej. No i do tego jeszcze, jeszcze dołączyły się takie… nieszczęścia zawodowe mojego ojca, którego wysłano w pewnym momencie do… do Sosnowca… do… do pracy. Więc był oddzielony od.. od… rodziny, mama była bardzo nieszczęśliwa. Namówiła ojca, żeby wziął odprawę i… wrócił do Warszawy. No i tutaj się zaczęły rozmaite kłopoty… po prostu pieniądze zostały jakoś źle zainwestowane, ojciec przy tym się rozchorował na.. na gruźlicę i… problemów było co, co niemiara.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/47273157</guid><pubDate>Tue, 02 Nov 2021 12:45:28 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/47273157/praskie_audiohistorie_e45.mp3" length="7103739" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: W dzisiejszym odcinku przeniesiemy się na ulicę Stalową z lat 30. XX w.  Opowiada Pan Henryk Jurkowski, chłopiec ze Stalowej, później historyk i teoretyk teatru, wykładowca (także dziekan i prorektor) w warszawskiej i krakowskiej...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: W dzisiejszym odcinku przeniesiemy się na ulicę Stalową z lat 30. XX w.  Opowiada Pan Henryk Jurkowski, chłopiec ze Stalowej, później historyk i teoretyk teatru, wykładowca (także dziekan i prorektor) w warszawskiej i krakowskiej Akademii Teatralnej.<br />Henryk Jurkowski, AHM: Nazywam się Henryk Zdzisław Jurkowski, urodziłem się 19 stycznia 1927 roku. Urodziłem się na Pradze i tam też razem z rodzicami mieszkałem na ulicy Stalowej pod numerem 43/45, (śmiech) pamiętam nawet numer mieszkania 20. Rodzice tam się znaleźli po pierwszej wojnie światowej, to znaczy było tak, że.. ojciec był kolejarzem, ożenił się i rozpoczęła się wojną w 1914 roku i jako kolejarz został zabrany do… do Rosji.. po prostu ewakuacja. Umieszczony został i pracował… w Petersburgu, tam mu się urodziła… córka Stanisława. No i tam zmarła też jego pierwsza… pierwsza żona. Oczywiście te, te wypadki wojenne i  rewolucyjne są znane… No i ojciec tutaj trafił, po drodze gdzieś  spotkał swoją kuzynkę, Zofię Perkowską… z którą się ożenił i to właśnie była moja… moja mama. Spotkali się tam gdzieś na… Białorusi no i tu pobrali się chyba już w Warszawie i urządzili się, dość skromnie się urządzili na.. ulicy Stalowej. No ojciec, ojciec jeszcze przez pewien czas służył w wojsku i bronił w czasie inwazji bolszewickiej, bronił mostu na.. Wiśle w Płocku, bo jak wiadomo te zagony bolszewickie szły tam… bardzo daleko. No a potem został zwolniony i… znowu trafił do pracy na kolei, ale.. żyli, żyli bardzo skromnie. To, co… no zamieszkali w jednym, w jednym pokoju, to znaczy ta… sytuacja taka… geograficzna tego, tego domu wyglądała w ten sposób, że… brama była pod numerem 43/45, ale… pod numerem 43 stał piętrowy drewniak, dość obskurny, od ulicy Stalowej… pod 45 był… była 3-piętrowa kamienica, dość także obskurna no, a w środku… dość duże, dość duże podwórko… po lewej stronie były… było takie zabudowanie jednopiętrowe, właściwie parterowe, parterowe, to były też takie.. drewniane, drewniane mieszkania, chyba ich było 4, obok przepływał rynsztok, ale ludzi… ludziom, którzy tam mieszkali to bardzo nie przeszkadzał, bo… po  prostu jak bieda to… to cóż, to wszystko trzeba jakoś znosić. No i w głębi, obok, obok właśnie takiego cztero… mieszkaniowego drewniaku.. znajdowała się oficyna, stojąca tak… narożnie i to była 4-piętrowa oficyna, tam myśmy mieszkali na… na pierwszym piętrze, mieszkaliśmy… całą rodziną w  jednej izbie. W jednym, jednym pomieszczeniu. No… była tam wprawdzie woda, ale… już kanalizacji nie było, ubikacji nie, nie było… ubikacja znajdowała się na środku tego podwórka, o którym… mówiłem, więc i to się wiąże z rozmaitymi zapachami, z przyjazdem oczywiście takiego wozu anise… asanicyjnego. No… jednym, jednym słowem taka… dość… biedna to była, była egzystencja, z tym, że losy, losy rodziny nie rozwijały się naj… najlepiej… to znaczy tak: powinienem powiedzieć tutaj o tym, że ja byłem najmłodszy w tej rodzinie, bo… była siostra Stasia, ta z pierwszego małżeństwa, potem urodził się Romek, który szybko zmarł, później zaś był Władek, Jurek.. Rodzice bardzo chcieli mieć córkę, więc próbowali wielokrotnie i ja miałem (śmiech) być tą córką. Ale urodził się chłopak i.. po prostu już zrezygnowali, w efekcie ja byłem, ja byłem najmłodszy. Ale proszę sobie wyobrazić, że mama, ojciec, dwóch braci, ja… 3 to jest 5 osób i siostra, to jest 6 osób, w takim jednym, jednym pomieszczeniu.  To Zagospodarować to wcale nie było… nie było łatwo, poustawiać sprzęty tak, żeby można było sypiać. No poza tym elektryczności nie… nie było, była natomiast wspaniała, wspomniała lampa na.. naftowa na jednej nodze, z kloszem i ona dawał dość dużo światła. Oczywiście później, w czasie okupacji używało się karbidówki, zresztą światło z karbidówki było dużo, dużo lepsze niż z takiej lampy, lampy naftowej. No i do tego jeszcze, jeszcze dołączyły się takie… nieszczęścia zawodowe mojego ojca, którego wysłano w pewnym momencie do… do Sosnowca… do… do pracy. Więc był oddzielony od.. od…...]]></itunes:summary><itunes:duration>444</itunes:duration><itunes:keywords>henrykjurkowski,historia,historiamówiona,muzeumwarszawskiejpragi,stalowa,ulicastalowa</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e44 Chryzantemy i pańska skórka</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e44-chryzantemy-i-panska-skorka--47162379</link><description><![CDATA[Joanna Liwkowicz, AHM: Jak było święto Wszystkich Świętych, to nasza babcia była pochowana na Bródnie, bo umarła w czasie okupacji. No i wtedy szło się na grób babci przez Pragę, to jeździło się... gdzieś tam na Pradze wysiadało się z tramwaju, już nie pamiętam gdzie, a potem szło się do ciotki, do tej, która na Pradze mieszkała i z jej córką szliśmy, szłyśmy, bo to baby same szły, ulicą Świętego Wincentego. A tłok był taki prawie jak w tramwaju. Już się tłok zaczynał tu, gdzie jest teraz rondo Żaba i noga za nogą powolutku szło się na ten cmentarz. Po drodze były takie stragany – można było sobie tam zagrać za parę groszy i się wygrywało, kogutka, takiego do gwizdania, albo taki domek z lustrzanych płytek, albo jakieś koraliki na szyję... myśmy z Hanką koniecznie zawsze chciały zagrać, ale matki nam mówiły: „I po co wam to świństwo, po co wam ta tandeta”, ale czasamiśmy na tym grały. I sprzedawali watę na patyku, pańską skórkę, obwarzanki. O, bez tego to już się nie obyło. Musiały nam to kupić. No i potem się szło i odwiedzało się poszczególne groby. Kupowało się wyłącznie białe chryzantemy, nie tak jak teraz – kolorowe kwiaty. Każdy grób musiała być wiązanka. Szło się z tymi kwiatami, prawda, dużo tego było, no ale trzeba było i zawsze nam parę rodzinnych grobów się obeszło, i zwyczaj był taki, że jak się szło na ten cmentarz, to na parę godzin. Ciotki to brały ze sobą herbatę w termosie, kanapki, siadały na ławeczce przy swoim grobie, jadły, piły tą herbatę, trwało to długo. I potem się wracało i szło się do ciotki na obiad. Zawsze była gęś z kapustą…<br />Anna Mizikowska: Za kilka dni wielu z nas odwiedzi groby bliskich na warszawskich cmentarzach. I Państwo, tak, jak autorka wspomnienia, Jolanta Liwkowicz, zauważą na straganach – a może kupią? – pańską skórkę… Ale ten rok może być inny. Możecie pomóc w badaniu naukowym!<br />Niedawno zespół powołany przez Miasto stołeczne Warszawa opublikował raport poświęcony niematerialnemu dziedzictwu stolicy, czyli, mówiąc najprościej, zwyczajom i tradycjom, które budują tożsamość miasta i jego mieszkańców. <br />W związku z tym działaniem Muzeum Warszawskiej Pragi sprawdza, czy zwyczaj wytwarzania i kupowania pańskiej skórki jest niematerialnym dziedzictwem Warszawy.<br /> Kierowniczka Muzeum Pragi, Katarzyna Kuzko-Zwierz, opowiada o tym projekcie:<br /><br />Na koniec jeszcze jedno nagranie z naszego Archiwum Historii Mówionej. Mówi Pani Ryszarda Zielińska.<br />Ryszarda Zielińska, AHM: Przed wojną, to jak się szło na święto Wszystkich Świętych na Bródno, to był przepiękny jarmark, autentyczny, oryginalny folklor, jarmark. To były stragany, tyl... nie budki, stragany, to znaczy daszek i stół. I na tym były różne, no, nie wiem jak to nazwać, gadżety, zabawki, no, takie prymitywne bardzo, ale dla dziecka to to było piękne. […] Było wszystko, i jabłka, „pańska skórka” musiała być. To takie robili, coś takiego, bloki takie troszkę ciągnące się, i się rąbało takimi tasaczkami, jak do mięsa są teraz, i się zawinęło w pergaminek, bo to było tłustawe, to wszystko było wymazane w kieszeni. Ale musiała być „pańska skórka”, niech pani sobie wyobrazi, że my, jako dorośli ludzie, idziemy na cmentarz, a mój mąż kupuje tą „pańską skórkę”, ja mówię: Po co ty to kupujesz? Kto to będzie jadł?, „Nie przejmuj się”. A się umówiliśmy, że rodzina też przychodzi na groby i spotykamy się przy tym i przy tym grobie i tu dopiero dalej będziemy sobie już się, musimy się spotkać, pogadać. Przychodzimy na te groby, a mój mąż – no, ile mieliśmy, już pod sześćdziesiątkę – a jest następne pokolenie, młodsze, i jeszcze młodsze, a mój mąż wyjmuje tą „pańską skórkę”, i wszyscy: „O Jezu, wujek ma !”, a on mówi: „O, widzisz, po co kupiłem?”. Więc ta „pańska skórka” przetrwała do dziś, pani sobie wyobraża? Ludzie to w domu wyrabiają i niosą na ten cmentarz, tam, na. Więc mnóstwo ludzi zarabiało na tym, to było takie utrzymanie ich.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/47162379</guid><pubDate>Tue, 26 Oct 2021 14:19:41 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/47162379/praskie_audiohistorie_e44.mp3" length="10124330" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Joanna Liwkowicz, AHM: Jak było święto Wszystkich Świętych, to nasza babcia była pochowana na Bródnie, bo umarła w czasie okupacji. No i wtedy szło się na grób babci przez Pragę, to jeździło się... gdzieś tam na Pradze wysiadało się z tramwaju, już...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Joanna Liwkowicz, AHM: Jak było święto Wszystkich Świętych, to nasza babcia była pochowana na Bródnie, bo umarła w czasie okupacji. No i wtedy szło się na grób babci przez Pragę, to jeździło się... gdzieś tam na Pradze wysiadało się z tramwaju, już nie pamiętam gdzie, a potem szło się do ciotki, do tej, która na Pradze mieszkała i z jej córką szliśmy, szłyśmy, bo to baby same szły, ulicą Świętego Wincentego. A tłok był taki prawie jak w tramwaju. Już się tłok zaczynał tu, gdzie jest teraz rondo Żaba i noga za nogą powolutku szło się na ten cmentarz. Po drodze były takie stragany – można było sobie tam zagrać za parę groszy i się wygrywało, kogutka, takiego do gwizdania, albo taki domek z lustrzanych płytek, albo jakieś koraliki na szyję... myśmy z Hanką koniecznie zawsze chciały zagrać, ale matki nam mówiły: „I po co wam to świństwo, po co wam ta tandeta”, ale czasamiśmy na tym grały. I sprzedawali watę na patyku, pańską skórkę, obwarzanki. O, bez tego to już się nie obyło. Musiały nam to kupić. No i potem się szło i odwiedzało się poszczególne groby. Kupowało się wyłącznie białe chryzantemy, nie tak jak teraz – kolorowe kwiaty. Każdy grób musiała być wiązanka. Szło się z tymi kwiatami, prawda, dużo tego było, no ale trzeba było i zawsze nam parę rodzinnych grobów się obeszło, i zwyczaj był taki, że jak się szło na ten cmentarz, to na parę godzin. Ciotki to brały ze sobą herbatę w termosie, kanapki, siadały na ławeczce przy swoim grobie, jadły, piły tą herbatę, trwało to długo. I potem się wracało i szło się do ciotki na obiad. Zawsze była gęś z kapustą…<br />Anna Mizikowska: Za kilka dni wielu z nas odwiedzi groby bliskich na warszawskich cmentarzach. I Państwo, tak, jak autorka wspomnienia, Jolanta Liwkowicz, zauważą na straganach – a może kupią? – pańską skórkę… Ale ten rok może być inny. Możecie pomóc w badaniu naukowym!<br />Niedawno zespół powołany przez Miasto stołeczne Warszawa opublikował raport poświęcony niematerialnemu dziedzictwu stolicy, czyli, mówiąc najprościej, zwyczajom i tradycjom, które budują tożsamość miasta i jego mieszkańców. <br />W związku z tym działaniem Muzeum Warszawskiej Pragi sprawdza, czy zwyczaj wytwarzania i kupowania pańskiej skórki jest niematerialnym dziedzictwem Warszawy.<br /> Kierowniczka Muzeum Pragi, Katarzyna Kuzko-Zwierz, opowiada o tym projekcie:<br /><br />Na koniec jeszcze jedno nagranie z naszego Archiwum Historii Mówionej. Mówi Pani Ryszarda Zielińska.<br />Ryszarda Zielińska, AHM: Przed wojną, to jak się szło na święto Wszystkich Świętych na Bródno, to był przepiękny jarmark, autentyczny, oryginalny folklor, jarmark. To były stragany, tyl... nie budki, stragany, to znaczy daszek i stół. I na tym były różne, no, nie wiem jak to nazwać, gadżety, zabawki, no, takie prymitywne bardzo, ale dla dziecka to to było piękne. […] Było wszystko, i jabłka, „pańska skórka” musiała być. To takie robili, coś takiego, bloki takie troszkę ciągnące się, i się rąbało takimi tasaczkami, jak do mięsa są teraz, i się zawinęło w pergaminek, bo to było tłustawe, to wszystko było wymazane w kieszeni. Ale musiała być „pańska skórka”, niech pani sobie wyobrazi, że my, jako dorośli ludzie, idziemy na cmentarz, a mój mąż kupuje tą „pańską skórkę”, ja mówię: Po co ty to kupujesz? Kto to będzie jadł?, „Nie przejmuj się”. A się umówiliśmy, że rodzina też przychodzi na groby i spotykamy się przy tym i przy tym grobie i tu dopiero dalej będziemy sobie już się, musimy się spotkać, pogadać. Przychodzimy na te groby, a mój mąż – no, ile mieliśmy, już pod sześćdziesiątkę – a jest następne pokolenie, młodsze, i jeszcze młodsze, a mój mąż wyjmuje tą „pańską skórkę”, i wszyscy: „O Jezu, wujek ma !”, a on mówi: „O, widzisz, po co kupiłem?”. Więc ta „pańska skórka” przetrwała do dziś, pani sobie wyobraża? Ludzie to w domu wyrabiają i niosą na ten cmentarz, tam, na. Więc mnóstwo ludzi zarabiało na tym, to było takie utrzymanie ich.]]></itunes:summary><itunes:duration>633</itunes:duration><itunes:keywords>1listopada,dzieńzmarłych,historia,historiamówiona,muzeumwarszawskiejpragi,niematerialnedziedzictwo,pańskaskórka,zaduszki</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e43 Wielokulturowo</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e43-wielokulturowo--47044594</link><description><![CDATA[Na pewno słyszeli Państwo ogólne stwierdzenie o tym, że Praga była i jest wielokulturowa. Dziś posłuchajcie fragmentów kilku relacji świadków historii o kolegach i sąsiadach, pochodzących z różnych krajów, różnych narodów, wspólnie budujących to miasto przed laty. Wspominają Panowie Adam Ferch, Czesław Sieradzan, Ksiądz Anatol Szydłowski i Panie Hanna Sujecka, Krystyna Popławska i Ryszarda Zielińska.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        <br /><br />Jeśli po wysłuchaniu tego odcinka pomyśleli Państwo „ciekawe, jak jest dzisiaj?” to proponuję wybrać się na któreś z wydarzeń Centrum Wielokulturowego. Działa tu, na Pradze, na Jagiellońskiej 54…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/47044594</guid><pubDate>Tue, 19 Oct 2021 14:05:04 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/47044594/praskie_audiohistorie_e43.mp3" length="6488085" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Na pewno słyszeli Państwo ogólne stwierdzenie o tym, że Praga była i jest wielokulturowa. Dziś posłuchajcie fragmentów kilku relacji świadków historii o kolegach i sąsiadach, pochodzących z różnych krajów, różnych narodów, wspólnie budujących to...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Na pewno słyszeli Państwo ogólne stwierdzenie o tym, że Praga była i jest wielokulturowa. Dziś posłuchajcie fragmentów kilku relacji świadków historii o kolegach i sąsiadach, pochodzących z różnych krajów, różnych narodów, wspólnie budujących to miasto przed laty. Wspominają Panowie Adam Ferch, Czesław Sieradzan, Ksiądz Anatol Szydłowski i Panie Hanna Sujecka, Krystyna Popławska i Ryszarda Zielińska.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        <br /><br />Jeśli po wysłuchaniu tego odcinka pomyśleli Państwo „ciekawe, jak jest dzisiaj?” to proponuję wybrać się na któreś z wydarzeń Centrum Wielokulturowego. Działa tu, na Pradze, na Jagiellońskiej 54…]]></itunes:summary><itunes:duration>406</itunes:duration><itunes:keywords>archiwumhistoriimówionej,centrumwielokulturowe,historiamówiona,muzeumpragi,muzeumwarszawskiejpragi,praga,wielokulturowość</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e42 Dom przy Wileńskiej</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e42-dom-przy-wilenskiej--46938124</link><description><![CDATA[Pan Stanisław Czajka opowiada o mieszkańcach domu przy Wileńskiej 43, z dwudziestolecia międzywojennego.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46938124</guid><pubDate>Tue, 12 Oct 2021 13:43:47 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46938124/praskie_audiohistorie_e42.mp3" length="14432653" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Pan Stanisław Czajka opowiada o mieszkańcach domu przy Wileńskiej 43, z dwudziestolecia międzywojennego.</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Pan Stanisław Czajka opowiada o mieszkańcach domu przy Wileńskiej 43, z dwudziestolecia międzywojennego.]]></itunes:summary><itunes:duration>903</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,muzeumpragi,muzeumwarszawskiejpragi,praga,stanisławczajka,wileńska,wileńska43</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e41 Zwykła historia z Saskiej Kępy</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e41-zwykla-historia-z-saskiej-kepy--46829441</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Każda relacja biograficzna w naszym Archiwum Historii Mówionej jest źródłem historycznym. Często słyszę od świadków historii, czyli osób które proszę o nagranie wspomnień, że ich życie było zwykłe, że po co o nim mówić. Posłuchajcie relacji pana Sylwestra Radulskiego o zwykłym życiu rodziny z Saskiej Kępy. Ile w nim wątków wartych rozwinięcia!<br />Sylwester Radulski, AHM: Urodziłem się w 1937 roku. Właściwie do dziś nie jestem pewien kiedy, ponieważ w dokumentach mam napisany 1 stycznia 1937 roku. Mama mi mówiła, że się urodziłem 31 grudnia o 11:00 w nocy. To był czas, ze  większość dzieci rodziła się w domach prywatnych, nie w szpitalach. No więc podano moja datę urodzenia 1 stycznia. Nie jestem z tego zadowolony. Dlatego dano mi być może imię Sylwester, a na drugie Mieczysław.<br />Urodziłem się w Warszawie, na Saskiej Kępie, na ulicy Estońskiej, pod numerem piątym. Dzisiaj już ten budynek nie istnieje, nawet nie wiem, jak duży był to dom. Ojciec opowiadał, że on był dosyć duży. Na Saskiej Kępie w ogóle nie ma dużych domów, są trzykondygnacyjne, jednokondygnacyjne, takie willowe budowle były. Ale myśmy tam mieszkali w suterenie, ponieważ ojciec wtedy zarabiał niewiele, nie stać go było na lepsze mieszkanie. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale płacił 15 zł miesięcznie czynszu za to mieszkanie przed II wojną światową. Za to w suterenie mieszkanie. Później jak ojciec już troszeczkę zarobił, wtedy zarabiał pamiętam 100 zł miesięcznie, potem zaczął zarabiać już 120 zł miesięcznie, to mama przestała mu pomagać dorabiając. Jak już ja byłem na świecie. I już ojciec zaczął myśleć o tym, żeby ewentualnie zmienić mieszkanie, o tym, żeby otworzyć własną jakąś działalność. Wtedy to było do stosunkowo łatwe.<br /> No, ale niestety przyszedł 1939 rok. I z opowiadań ojca wiem, że jak się wojska niemieckie zbliżały do Warszawy, to oczywiście ich lotnictwo robiło wypady na nasze armie. I wówczas jakaś przypadkowa bomba, zrzucona przez lotnika niemieckiego trafiła akurat w ten dom na Estońskiej. Dlaczego my żyjemy? Dlaczego myśmy przetrwali? Bo dosłownie 5 minut przed uderzeniem tej bomby mój ojciec - może wcześniej to planował - się spakował manatki, z mamą wziął rowery, wzięli mnie na ramę i zamierzaliśmy uciekać. Tak, jak większość Polaków, może nie większość, ale  duża część Polaków to robiła. Uciekać na wschód przed wojskami niemieckimi. Zdążyli dojechać ze mną do ronda Waszyngtona. Ulica Estońska jest niedaleko, 150 m od ronda Waszyngtona. I jak byli na rondzie Waszyngtona usłyszeli właśnie ten wybuch. Ojciec się obejrzał, zobaczył, że to jest w okolicach tego budynku. No i mówi - musimy wrócić, zobaczyć, co się dzieje, co z naszymi sąsiadami, co ze znajomymi. Bo to dokładnie z tej odległości łatwo było ocenić, że to było gdzieś bardzo blisko, albo budynek albo w pobliże tego budynku. I wrócił się. Wrócił się z mamą, ze mną. I rzeczywiście, okazuje się, bomba trafiła prosto w ten budynek. No więc zaczął ratować. Było masę zabitych, rannych. Ojciec ratował tych ludzi, kogo się dało.<br />Powrót do Warszawy, do siebie, znowu na Saską Kępę… Ale wtedy ojciec już wynajął na parterze przy ulicy Łotewskiej 12,wydaje się, jeśli się nie mylę. Budynek do dzisiejszego dnia stoi. Ojciec mój wtedy chyba, w czasie okupacji, się usamodzielnił Zaczął robić takie… Był w zasadzie ślusarzem, jeszcze się dokształcał, zrobił papiery czeladnicze, zrobił dyplom mistrzowski w tym zawodzie. Usamodzielnił się tak, że przy końcu ulicy Jakubowskiej otworzył własną firmę, warsztat, działalność ślusarsko-kowalską. Przed wojną ojciec się dokształcał i oczywiście pracował, jako najemny pracownik w firmie takiej ślusarsko-kowalskiej. W dużej firmie na ulicy Powązkowskiej. Na pewno człowiek, pracodawca, niezbyt udany, tak jak ojciec opowiadał, dlatego że bardzo wyzyskiwał pracowników, bo miał niesamowitą namiętność, mianowicie konie. Był hazardzistą, potrzebował dużo pieniędzy. I dlatego niezbyt skory był dobrze płacić, pracy wymagał ponad miarę, ponad normę. <br />I wiem tylko tyle, że ojciec przed wojną, jeżdżąc na Powązkowską z Saskiej Kępy. na Powązkowską do pracy, bardzo często chodził piechotą. Tramwaj kosztował 20 przejazd tramwajem przed wojną. Więc przy zarobkach sięgających 80, 80 parę zł miesięcznie to był duży wydatek. Tym bardziej, że podobno jajko można było kupić za 50 gr, czy bułkę za 20  - to było to był duży pieniądz. W związku z tym ojciec chodził piechotą. Można sobie wyobrazić ten odcinek drogi od Saskiej Kępy do ulicy Powązkowskiej, przez pół miasta, przez most, chodzić piechotą. <br />Później, jak troszeczkę odłożył pieniędzy, bo starał się tak dorabiać też jak to dzisiaj się mówi na czarno, to znaczy komuś coś tam reperować, zamek, coś naprawić, jakiś dach, komin, takie rzeczy, jak to bywa w życiu… I parę złotych jak odłożył, kupił sobie rower. To już jeździł rowerem do tej pracy z Saskiej Kępy na ulicę Powązkowską.<br />I tak to wyglądało. Potem zaczął się buntować, uważał że ta praca jest ciężka, że… Był ambitny. Wydaje mi się, że nie był wykształconym człowiekiem, ale był bardzo ambitny. No i do dzisiejszego dnia mam jego dyplomy, i czeladniczy i mistrzowski jakieś tam prace, które robił, jakieś rysunki konstrukcji stalowych, do tego, żeby osiągnąć właśnie te tytuły. No i potem jakoś miał te uprawnienia, to właśnie otworzył swoją działalność samodzielną. Tym samym się zajmował, metalem. Robił takie różne rzeczy, prawda.<br />Wiem tylko tyle,  że jak miał ten warsztat przy ulicy Jakubowskiej, to to wtedy oczywiście, podczas okupacji hitlerowskiej, Niemcy wszystkich takich przedsiębiorców zmuszali do pracy na korzyść Niemców. i oczywiście poza normalną cywilną pracą ojciec miał nakazane robić jakieś tam szpadle, czy jakieś saperki dla Niemców. Dostawał na to materiał. No, ale to z kolei było wygodne dla przykrywki do działalności podziemnej. I u ojca w tym warsztacie była komórka kontaktowa Podziemia. Trudno powiedzieć, ale pamiętam, że jeden który się kontaktował bezpośrednio z ojcem się nazywał albo Ekier albo Ekiert, takie coś nazwisko mi się kołacze. To był kolega ojca i innych ludzi ojciec już nie znał, taki był nakaz konspiracji, że nie można było znać żadnych powiązań, tylko ten, który się bezpośrednio kontaktował. On przynosił jakieś paczki ojcu… Ojciec to chował na antresoli w tym warsztacie, ktoś inny przychodził na hasło odbierał paczkę i taka była działalność mojego ojca. Nic więcej szczegółów nie wiedział. <br />W każdym razie ja pamiętam taką jeszcze historię, że raz jeden chyba ten właśnie ojca kolega był zmuszony przenocować u nas. I miał ze sobą broń. To na Łotewskiej.  I jak szedł spać, to wyjął ten pistolet gdzieś zza pazuchy, schował jakoś tam pod poduszkę. Ja się kręciłem po kątach i zobaczyłem to jako mały dzieciak. Zobaczyłem, jak  chowa ten pistolet  - tak zapragnąłem dowiedzieć się, co to jest i dostać to. Więc rodzice wtedy przeżyli koszmar: całą noc nie spali i przekonywali mnie, że to nie była żadna zabawka. Bo oczywiście nie wiedziałem…Wmawiali mi przez całą noc, że to była wrona, która wpadła do pokoju i wyleciała przez okno, i nie ma tego już nic. I żeby mi wmówić to, żebym ja w to uwierzył i poszedł spać, to prawie całą noc zmitrężyli. Bali się, bo jak to dziecko mogło zacząć coś klepać, gdzieś gadać…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46829441</guid><pubDate>Tue, 05 Oct 2021 11:48:39 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46829441/praskie_audiohistorie_e41.mp3" length="10021094" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Każda relacja biograficzna w naszym Archiwum Historii Mówionej jest źródłem historycznym. Często słyszę od świadków historii, czyli osób które proszę o nagranie wspomnień, że ich życie było zwykłe, że po co o nim mówić. Posłuchajcie...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Każda relacja biograficzna w naszym Archiwum Historii Mówionej jest źródłem historycznym. Często słyszę od świadków historii, czyli osób które proszę o nagranie wspomnień, że ich życie było zwykłe, że po co o nim mówić. Posłuchajcie relacji pana Sylwestra Radulskiego o zwykłym życiu rodziny z Saskiej Kępy. Ile w nim wątków wartych rozwinięcia!<br />Sylwester Radulski, AHM: Urodziłem się w 1937 roku. Właściwie do dziś nie jestem pewien kiedy, ponieważ w dokumentach mam napisany 1 stycznia 1937 roku. Mama mi mówiła, że się urodziłem 31 grudnia o 11:00 w nocy. To był czas, ze  większość dzieci rodziła się w domach prywatnych, nie w szpitalach. No więc podano moja datę urodzenia 1 stycznia. Nie jestem z tego zadowolony. Dlatego dano mi być może imię Sylwester, a na drugie Mieczysław.<br />Urodziłem się w Warszawie, na Saskiej Kępie, na ulicy Estońskiej, pod numerem piątym. Dzisiaj już ten budynek nie istnieje, nawet nie wiem, jak duży był to dom. Ojciec opowiadał, że on był dosyć duży. Na Saskiej Kępie w ogóle nie ma dużych domów, są trzykondygnacyjne, jednokondygnacyjne, takie willowe budowle były. Ale myśmy tam mieszkali w suterenie, ponieważ ojciec wtedy zarabiał niewiele, nie stać go było na lepsze mieszkanie. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale płacił 15 zł miesięcznie czynszu za to mieszkanie przed II wojną światową. Za to w suterenie mieszkanie. Później jak ojciec już troszeczkę zarobił, wtedy zarabiał pamiętam 100 zł miesięcznie, potem zaczął zarabiać już 120 zł miesięcznie, to mama przestała mu pomagać dorabiając. Jak już ja byłem na świecie. I już ojciec zaczął myśleć o tym, żeby ewentualnie zmienić mieszkanie, o tym, żeby otworzyć własną jakąś działalność. Wtedy to było do stosunkowo łatwe.<br /> No, ale niestety przyszedł 1939 rok. I z opowiadań ojca wiem, że jak się wojska niemieckie zbliżały do Warszawy, to oczywiście ich lotnictwo robiło wypady na nasze armie. I wówczas jakaś przypadkowa bomba, zrzucona przez lotnika niemieckiego trafiła akurat w ten dom na Estońskiej. Dlaczego my żyjemy? Dlaczego myśmy przetrwali? Bo dosłownie 5 minut przed uderzeniem tej bomby mój ojciec - może wcześniej to planował - się spakował manatki, z mamą wziął rowery, wzięli mnie na ramę i zamierzaliśmy uciekać. Tak, jak większość Polaków, może nie większość, ale  duża część Polaków to robiła. Uciekać na wschód przed wojskami niemieckimi. Zdążyli dojechać ze mną do ronda Waszyngtona. Ulica Estońska jest niedaleko, 150 m od ronda Waszyngtona. I jak byli na rondzie Waszyngtona usłyszeli właśnie ten wybuch. Ojciec się obejrzał, zobaczył, że to jest w okolicach tego budynku. No i mówi - musimy wrócić, zobaczyć, co się dzieje, co z naszymi sąsiadami, co ze znajomymi. Bo to dokładnie z tej odległości łatwo było ocenić, że to było gdzieś bardzo blisko, albo budynek albo w pobliże tego budynku. I wrócił się. Wrócił się z mamą, ze mną. I rzeczywiście, okazuje się, bomba trafiła prosto w ten budynek. No więc zaczął ratować. Było masę zabitych, rannych. Ojciec ratował tych ludzi, kogo się dało.<br />Powrót do Warszawy, do siebie, znowu na Saską Kępę… Ale wtedy ojciec już wynajął na parterze przy ulicy Łotewskiej 12,wydaje się, jeśli się nie mylę. Budynek do dzisiejszego dnia stoi. Ojciec mój wtedy chyba, w czasie okupacji, się usamodzielnił Zaczął robić takie… Był w zasadzie ślusarzem, jeszcze się dokształcał, zrobił papiery czeladnicze, zrobił dyplom mistrzowski w tym zawodzie. Usamodzielnił się tak, że przy końcu ulicy Jakubowskiej otworzył własną firmę, warsztat, działalność ślusarsko-kowalską. Przed wojną ojciec się dokształcał i oczywiście pracował, jako najemny pracownik w firmie takiej ślusarsko-kowalskiej. W dużej firmie na ulicy Powązkowskiej. Na pewno człowiek, pracodawca, niezbyt udany, tak jak ojciec opowiadał, dlatego że bardzo wyzyskiwał pracowników, bo miał niesamowitą namiętność, mianowicie konie. Był hazardzistą, potrzebował dużo pieniędzy. I dlatego niezbyt skory był dobrze płacić, pracy wymagał ponad miarę,...]]></itunes:summary><itunes:duration>627</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,muzeumwarszawskiejpragi,saskakępa,sylwesterradulski</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e40 Fabryka Trzciny</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e40-fabryka-trzciny--46725842</link><description><![CDATA[Znany kompozytor, Wojciech Trzciński, bywał na Pradze już w dzieciństwie. Po latach załozył na Otwockiej ośrodek sztuki, Fabrykę Trzciny. Swoje wspomnienia opisał, poproszony o to przez Krzysztofa Genczelewskiego, w książce "Literacki melanż z Pragi" (wydanej przez wyd. Melanż w 2014 roku). Posłuchajcie fragmentu i sięgnijcie po wiecej.<br />Anna Mizikowska: Znają państwo piosenki „Byle było tak” Krzysztofa Krawczyka, „Małe tęsknoty” Krystyny Prońko czy „Kawiarenki” Ireny Jarockiej? Łączy je osoba kompozytora Wojciecha Trzcińskiego. W książce „Literacki melanż z Pragi” pan Wojciech Trzciński wspomina swoje kontakty z Pragą. W tym założoną w 2003 roku Fabrykę Trzciny przy Otwockiej 14.<br />Wojciech Trzciński: „Nie wiem czemu, ale dla mnie i wielu moich znajomych to nigdy nie było tu i do dzisiaj pozostaje tam. Bez względu na to, czy na drugi brzeg Wisły jechałem tramwajem, pociągiem elektrycznym, taksówką czy własnym samochodem zawsze była to wyprawa do innego świata, a już na pewno do innego miasta. I nie chodzi o odległość, bo rano z domu do pracy, z pracy po zakupy i znowu wieczorem do domu… Każdego dnia pokonujemy przecież dziesiątki kilometrów. Przez fakt, iż tam żyją jeszcze przedwojennie, panuje inny obyczaj, że dzielnica zachowała swoją wyrazistą tożsamość, gwarę, architekturę, jeszcze długo to nie będzie tu.<br />Od najmłodszych lat wyjazd naprawdę był dla mnie wyprawą, przygodą, na którą się czekało. Moje wędrówki do tej dzielnicy rozpoczęły się jeszcze w wieku wczesnoszkolnym. Dziadek, tata mojej mamy, właściciel zakładu elektrotechnicznego na Mokotowie (rok założenia firmy 1916) i szarego Mercedesa A170 V (rok produkcji 1938) z pikowaną skórzaną tapicerką malinowego koloru -  ach, jak ta skóra cudownie pachniała - zabierał mnie od czasu do czasu na przejażdżkę. Przy okazji odwiedzin swego brata, wujka Franciszka, mieszkańca domu przy ul Konopackiej 18. Czy przy okazji dostarczania towaru stałym praskim klientom, między innymi do sklepu przy Okrzei róg Targowej.<br />Zwłaszcza wizyty na Konopackiej był intrygujące, choć nie był to zakątek Pragi szczególnie przeze mnie lubiany: ciemna brama, zimna klatka schodowa, a na podwórku wścibscy lokatorzy „panowie do kogo?”- za każdym razem zaczepiali dziadka. Ale dalej było już tylko lepiej. I wujek Franciszek był postacią nietuzinkową; zawsze nienagannie ubrany, antykwariusz, muzyk, człowiek ciekawy świata, wspaniały gawędziarz. Jego przedwojenne mieszkanie przy Konopackiej było miejscem magicznym, pełnym książek, obrazów, bibelotów, porcelany i instrumentów muzycznych. Wujek zaraz po powitaniu, jeszcze w przedpokoju, rozpoczynał ciekawą opowieść o najnowszej zdobyczy kolekcjonerskiej, lub komentował najnowsze wieści ze świata. Czasem pospiesznie zasiadał do pianina i grał nam swoją nową kompozycję, przeważnie były to marsze, bo prowadził na Pradze amatorską orkiestrę dętą i dla niej między innymi komponował repertuar. Do dziś zachowałem podarowane mi przez wujka nuty marsza „Pod twoim przewodem”, który skomponował w roku 1934 na część Marszałka Piłsudskiego. Innym razem wuj obdarował mnie piękną lutnią, na której wiele lat później komponowałem swoje pierwsze piosenki. <br />Pamiętam, jak wracając z Konopackiej zaglądałem w okna mijanych kamienic, zastanawiając się, ile tajemnic i pamiątek kryją te stare praskie mieszkania, jakie skarby udało się ludziom, tak niezwykłym jak wujek Franciszek, ocalić z wojennej zawieruchy. Tu, na drugim brzegu Wisły, nie było przecież powstania, a w Śródmieściu i na Starówce spłonęło prawie wszystko. <br />Z ulicy Konopackiej przemieszczaliśmy się do sklepu Elektromontaż przy Okrzei, który oferował szeroki asortyment oświetlenia. Dziadek parkował Mercedesa przeważnie w tym samym miejscu, po lewej stronie jednokierunkowej ulicy Okrzei, niemal przy rogu Targowej. Miałem stąd widok na rozległą panoramę jednego z bardziej ruchliwych skrzyżowań w mieście, W jej centrum, słynny bar Zorza, legenda praskich knajp, nieraz opiewany przez bardów dzielnicy, usytuowany po drugiej stronie Targowej, w stylowej kamienicy z wieżyczką, tam gdzie ma swój początek Ząbkowska. Wrażenia z monitoringu przyprawiały o zawrót głowy młodego obserwatora. Zwłaszcza, że miejsce naszego postoju znajdowało się w pobliżu słynnego bazaru Różyckiego. Targowa była wtedy ulicą ruchliwą i gwarną, pełną tramwajów i autobusów oraz taksówek: Opli, Pobied, czyli naszych Warszaw produkowanych na Żeraniu i niemieckich dekawek, wozów konnych z węglem i zwykłych furmanek. Czasem natężenie ruchu było tak duże, że na środek skrzyżowania Targowej i Ząbkowskiej wkraczał milicjant w białym mundurze i z biało-czerwoną pałką i kierował ruchem. Szczególnie humorystycznie wyglądały pouczenia przez stróża porządku publicznego woźniców, nie mających na ogół pojęcia o zasadach ruchu drogowego, a już na pewno nie zachowujących trzeźwości. Zresztą, nie było w tamtych czasach alkomatów i kontrola odbywała się na zasadzie „No, niech pan chuchnie, panie kierowco”. Jakże to wszystko było inne od leniwego życia Mokotowa, gdzie mieszkałem wówczas z rodzicami i dziadkami! Tu na Pradze było prawdziwe życie, barwy, gwar, ruch, emocje. Czasem trochę strachu. Niepowtarzalny klimat i koloryt. A na Mokotowie, na ulicy Różanej? Cisza, spokój, i niewielki ruch samochodowy. Codziennie te same znajome twarze, wszystko ułożone wg określonego porządku. Słowem nuda.<br />Minęło …dzieści lat i oto znów jestem na Pradze, już w innym miejscu i w zupełnie innej sprawie. Tym razem w bazylice ojców salezjanów, przy Kawęczyńskiej róg Otwockiej, a więc w samym sercu słynnych Szmulek. Miałem zaprezentować jednemu z księży swoją kompozycję, hymn skomponowany na zamówienie, z okazji organizowanej po raz pierwszy w Polsce światowej olimpiady młodzieży salezjańskiej. Po prezentacji utworu i załatwieniu stosownej papierologii postanowiłem wybrać się na mały spacer po okolicy, jako że na Szmulkach nigdy wcześniej nie byłem. Dosłownie 500 m od kościoła, na rogu Otwockiej i Łochowskiej, zauważyłem starą fabrykę. Moją uwagę przyciągnęła stosunkowo prosta architektura, proporcjonalna w stosunku do pozostałych budowli przy tej ulicy, ładne metalowe okna i wysoki fabryczny komin, dominujący nad okolicą. Podszedłem do bramy i obok szyldu z numerem 14 dostrzegłem małą karteczkę z ogłoszeniem: „powierzchnia magazynową wynajmę”. No to, pomyślałem, wchodzę. Zadzwoniłem do bramy i po dłuższej chwili pojawił się pan Władek, jak się później przedstawił, ze stareńkim owczarkiem niemieckim przy nodze. I na moje pytanie potwierdził, ogłoszenie jeszcze aktualne. Ile jest tych metrów do wynajęcia? – spytałem. – Panie, a bierz pan całą tę fabrykę, jak panu potrzebna - odparł z nieukrywaną radością. - A można zobaczyć parę pomieszczeń? - zagadałem do pana Władka, podekscytowany, z nadzieją, że wreszcie znalazłem wnętrza, o których marzyłem od dawna. - Bez problemu. Właź pan, tylko uważaj, bo bałagan i śmierdzi w środku jak cholera! Na wszelki wypadek z chustką przyłożoną do nosa wszedłem do środka. Nie miałem wątpliwości, że to, co zobaczyłem - choć brudne, cuchnące i zniszczone - da się przerobić, wyremontować, słowem zrewitalizować na potrzeby mego projektu. A planowałem zorganizować tu, na starej Pradze, jeszcze do niedawna epicentrum złodziejskiej dzielnicy Warszawy, nowoczesne centrum kultury. <br />Gdy następnego dnia odwiedziłem kierownictwo firmy i jej właściciela, gdy opowiadałem o swoim pomyśle, nie wszyscy potraktowali mnie poważnie. Centrum Kultury w tym zapomnianym kącie Warszawy? Panie, przecież tu nawet taksówkarze nie jeżdżą do teatru czy na koncerty. Jak to tak, w takiej nieotynkowanej fabryce będą wystawy malarstwa, biblioteka w dawnej kotłowni z piecem do ogrzewania zakładu? Pan chyba oszalał, nie ma pan na co kasy wydawać. Cóż miałem odpowiedzieć ludziom, którzy zapewne nie znali najnowszych trendów w architekturze europejskich czy światowych centrów kultury, nigdy nie słyszeli o paryskich Halach usytuowanych daleko od wieży Eiffla, londyńskich dokach i elektrowniach znacznie oddalonych od City, czy nowojorskich loftach, bynajmniej nie w pobliżu Times Square czy Central Parku. <br />Historię fabryka na warszawskich Szmulkach miała ciekawą i bujną. Zbudowana w 1916 roku na gruntach, które kiedyś jeszcze w XIX wieku należały do Szmula Zbytkowera, była początkowo składem tytoniu, następnie wytwórnią marmolady. Przed II wojną światową na Otwockiej 14 produkowano tenisówki, a dokładnie gumowe podeszwy do tychże. Zadomowił się tutaj zakład wchodzący w skład konsorcjum Polskiego Przemysłu Gumowego. Od skrótu PPG produkowane nie tylko to na Pradze ale i w całej Polsce obuwie sportowe nazywano jeszcze przez długie lata pepegami. Tuż po wojnie ludowa władza zorganizowała przy Otwockiej 14, a jakże, więzienie. Po jakimś czasie na długie lata zadomowiły się tutaj zakłady mięsne, a następnie słynne konsumy. Produkowano tu żywność wyłącznie na potrzeby wojska i partyjnych stołówek. Gdy przyszły nowe czasy, nastał kapitalizm, pojawił się nowy właściciel. Zorganizował spółkę pracowniczą, jednak produkcja żywności w starym peerelowskim stylu zaczęła przynosić straty, więc postanowiono zakład wynająć. Zapewne ostatnia rzecz, jaka mogłaby przyjść do głowy właścicielom, to zorganizowanie w poprodukcyjnych halach miejsca, w którym kiedyś zagrają koncerty najwybitniejsi muzycy polscy i europejscy, ba! Światowi, z Tomaszem Stańko, Leszkiem Możdżerem, Chrisem Botti, Markiem Millerem, Esbjörn Svenssonem, Mark Townerem, czy Angelą Hewitt na czele. Nie pomyśleli też na pewno, że teatr, który tu powstanie, z inicjatywy między innymi Adama Hanuszkiewicza, zagra premiery z udziałem najwybitniejszych polskich aktorów Danuty Szaflarskiej, Wojciecha Pszoniaka, Marii Pakulnis, Michała Żebrowskiego, Marysi Peszek. A w ramach wystaw i festiwali na warszawskich Szmulkach będzie można podziwiać oryginał jednego z arcydzieł Francisca Goi, grafikę z cyklu „Gdy rozum śpi”.”]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46725842</guid><pubDate>Tue, 28 Sep 2021 14:47:35 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46725842/praskie_audiohistorie_e40.mp3" length="10103432" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Znany kompozytor, Wojciech Trzciński, bywał na Pradze już w dzieciństwie. Po latach załozył na Otwockiej ośrodek sztuki, Fabrykę Trzciny. Swoje wspomnienia opisał, poproszony o to przez Krzysztofa Genczelewskiego, w książce "Literacki melanż z Pragi"...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Znany kompozytor, Wojciech Trzciński, bywał na Pradze już w dzieciństwie. Po latach załozył na Otwockiej ośrodek sztuki, Fabrykę Trzciny. Swoje wspomnienia opisał, poproszony o to przez Krzysztofa Genczelewskiego, w książce "Literacki melanż z Pragi" (wydanej przez wyd. Melanż w 2014 roku). Posłuchajcie fragmentu i sięgnijcie po wiecej.<br />Anna Mizikowska: Znają państwo piosenki „Byle było tak” Krzysztofa Krawczyka, „Małe tęsknoty” Krystyny Prońko czy „Kawiarenki” Ireny Jarockiej? Łączy je osoba kompozytora Wojciecha Trzcińskiego. W książce „Literacki melanż z Pragi” pan Wojciech Trzciński wspomina swoje kontakty z Pragą. W tym założoną w 2003 roku Fabrykę Trzciny przy Otwockiej 14.<br />Wojciech Trzciński: „Nie wiem czemu, ale dla mnie i wielu moich znajomych to nigdy nie było tu i do dzisiaj pozostaje tam. Bez względu na to, czy na drugi brzeg Wisły jechałem tramwajem, pociągiem elektrycznym, taksówką czy własnym samochodem zawsze była to wyprawa do innego świata, a już na pewno do innego miasta. I nie chodzi o odległość, bo rano z domu do pracy, z pracy po zakupy i znowu wieczorem do domu… Każdego dnia pokonujemy przecież dziesiątki kilometrów. Przez fakt, iż tam żyją jeszcze przedwojennie, panuje inny obyczaj, że dzielnica zachowała swoją wyrazistą tożsamość, gwarę, architekturę, jeszcze długo to nie będzie tu.<br />Od najmłodszych lat wyjazd naprawdę był dla mnie wyprawą, przygodą, na którą się czekało. Moje wędrówki do tej dzielnicy rozpoczęły się jeszcze w wieku wczesnoszkolnym. Dziadek, tata mojej mamy, właściciel zakładu elektrotechnicznego na Mokotowie (rok założenia firmy 1916) i szarego Mercedesa A170 V (rok produkcji 1938) z pikowaną skórzaną tapicerką malinowego koloru -  ach, jak ta skóra cudownie pachniała - zabierał mnie od czasu do czasu na przejażdżkę. Przy okazji odwiedzin swego brata, wujka Franciszka, mieszkańca domu przy ul Konopackiej 18. Czy przy okazji dostarczania towaru stałym praskim klientom, między innymi do sklepu przy Okrzei róg Targowej.<br />Zwłaszcza wizyty na Konopackiej był intrygujące, choć nie był to zakątek Pragi szczególnie przeze mnie lubiany: ciemna brama, zimna klatka schodowa, a na podwórku wścibscy lokatorzy „panowie do kogo?”- za każdym razem zaczepiali dziadka. Ale dalej było już tylko lepiej. I wujek Franciszek był postacią nietuzinkową; zawsze nienagannie ubrany, antykwariusz, muzyk, człowiek ciekawy świata, wspaniały gawędziarz. Jego przedwojenne mieszkanie przy Konopackiej było miejscem magicznym, pełnym książek, obrazów, bibelotów, porcelany i instrumentów muzycznych. Wujek zaraz po powitaniu, jeszcze w przedpokoju, rozpoczynał ciekawą opowieść o najnowszej zdobyczy kolekcjonerskiej, lub komentował najnowsze wieści ze świata. Czasem pospiesznie zasiadał do pianina i grał nam swoją nową kompozycję, przeważnie były to marsze, bo prowadził na Pradze amatorską orkiestrę dętą i dla niej między innymi komponował repertuar. Do dziś zachowałem podarowane mi przez wujka nuty marsza „Pod twoim przewodem”, który skomponował w roku 1934 na część Marszałka Piłsudskiego. Innym razem wuj obdarował mnie piękną lutnią, na której wiele lat później komponowałem swoje pierwsze piosenki. <br />Pamiętam, jak wracając z Konopackiej zaglądałem w okna mijanych kamienic, zastanawiając się, ile tajemnic i pamiątek kryją te stare praskie mieszkania, jakie skarby udało się ludziom, tak niezwykłym jak wujek Franciszek, ocalić z wojennej zawieruchy. Tu, na drugim brzegu Wisły, nie było przecież powstania, a w Śródmieściu i na Starówce spłonęło prawie wszystko. <br />Z ulicy Konopackiej przemieszczaliśmy się do sklepu Elektromontaż przy Okrzei, który oferował szeroki asortyment oświetlenia. Dziadek parkował Mercedesa przeważnie w tym samym miejscu, po lewej stronie jednokierunkowej ulicy Okrzei, niemal przy rogu Targowej. Miałem stąd widok na rozległą panoramę jednego z bardziej ruchliwych skrzyżowań w mieście, W jej centrum, słynny bar Zorza, legenda praskich knajp, nieraz opiewany przez bardów...]]></itunes:summary><itunes:duration>632</itunes:duration><itunes:keywords>fabrykatrzciny,konopacka,literackimelanżnapradze,otwocka,praga</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e39 Młyn przy Objazdowej</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e39-mlyn-przy-objazdowej--46618465</link><description><![CDATA[Czy wiecie, że na terenie dawnego Młyny Michla przy Objazdowej, działał od 1935 roku inny młyn? Pani Zofia Wnuk, z domu Pachniewska, opowiada o młynie prowadzonym przez jej ojca na dzierżawionym przez niego terenie. Po śmierci ojca w 1958 roku, mama zrobiła papiery mistrzowskie i prowadziła firmę do 1964 roku... Potem przestały przychodzić zamówienia od państwa i młyn trzeba było zamknąć.<br />Zofia Wnuk (AHM): Rodziców mojego taty… Dziadek prawdopodobnie miał też młyn w okolicach Julianowa. Młodzieszyn - Julianów. To są okolice Ciechanowa. I prawdopodobnie też rodzice rodziców taty pochodzili z Warszawy. Z tym, że mama mojego ojca pojechała z za mężem w tamte strony. No, tata przyjechał jako bardzo młody człowiek… Urodził się w 1894 roku, mając około 20 lat przyjechał do Warszawy No i od razu raczej zajął się młynarstwem. Pracował jako czeladnik, jako uczeń… A moja mama urodziła się w 1915 roku, ak miała 18-19 lat przyjechała do Warszawy i od razu, prawie że z marszu, zaczęła pracować w cukierniach. I to w dobrych punktach. Była taką kobietą efektowną dosyć i pracowała i na Nowym Świecie i na Elektoralnej. W cukierni się poznali. Ojciec był klientem przychodził. No i ona wpadła w oko i pobrali się.<br />-W którym roku był ślub?<br />- W 1940 roku. Ojciec sam to wszystko stworzył, że tak powiem: maszyny, całe wyposażenie. Także dzierżawił teren oraz dzierżawił młyn. Obok młyna był taki budynek, gdzie podobno olejarnia była. To było na ulicy Objazdowej. I tam są, we wszystkich przewodnikach, we wszystkich opracowaniach, książkach, jest poruszany budynek ten przy samej ulicy, pięcio- czy sześciopiętrowy. Natomiast ten budynek był bliżej torów kolejowych. Jednopiętrowy, o ciekawej architekturze wnętrz dosyć. I właśnie to tam było. Natomiast po drugiej stronie też były budynki, gdzie podobno wcześniej też tam był młyn i maszyny też coś robiły. A później zrobił się z tego magazyn. I tylko była ciekawa rzecz, dlatego że obydwa budynki były połączone takim drewnianym pomostem. To było ciekawe. Ale później trzeba było pomost zlikwidować, bo samochody się nie mieściły przejeżdżając z towarem. B odbierały towar i przywozili ci rolnicy do przerobienia zboże… Dlaczego był ten pomost? Taki drewniany łącznik, żeby worki… Tam się je spuszczało, taka zjeżdżalnia powstała, na wysokość -  ile to miało w sumie? - ponad 2 m i wysokości - prawda - wysoko to było! I stopniowo tak się opuszczało… Pamiętam, że tam chodziłam na ten pomost i sobie też zjeżdżałam. Już nie trzeba było dźwigać, samochód był podstawiony, zjeżdżał towar. Były też dostawy od państwa. Była bocznica kolejowa, doprowadzona z dworca Wschodniego. Przyjeżdżały wagony ze zbożem. I to się przerabiało dla państwa.<br />Ruch był duży. 12 pracowników było zatrudnionych i był czas, że młyn na trzy zmiany pracował: noc, pierwsza zmiana, druga zmiana. Mąka, otręby, no i kasza, przede wszystkim kasza. Najpierw to ojciec miał cały teren tam o na 9000 m od ulicy Objazdowej aż do torów. Później, przypuszczam, że to było już po wojnie, 2/3 tego placu zajął Arged - to było takie przedsiębiorstwo nasze państwowe, sprzęt gospodarstwa domowego był. <br />To pamiętam tak: po lewej stronie był taki ogródek, później był ten piętrowy dom mieszkalny, obok był ten magazyn właśnie, połączony z budynkiem młyna, który był naprzeciwko. Ten magazyn… Tam maszyny też chodziły początkowo. A  potem były szopy: jedna, druga… Już  dokładnie nie pamiętam. Naprzeciwko budynek młynu piętrowy, duży, wysoki, to był jednopiętrowy, ale wysoki. I obok właśnie budynek niższy, gdzie olejarnia była.. To wszystko czerwona cegła. <br />A z tyłu młyna była ta bocznica kolejowa, z taką rampą. Pracowników pamiętam, wiem że był taki pan, nazywał się pan Paździerski, że tak powiem, to była taka prawa ręka. Pamiętam tego pana, bardzo, bardzo taki miły człowiek. Pamiętam tam była też z tyłu palarnia kaszy! Tak, jak przez mgłę, pamiętam pana, który zajmował się paleniem tej kaszy.<br />- Jak wygląda palenie kaszy?<br />- Kocioł taki, jak na wsi był parnik, kartofle dla świń się parowało. To tak coś było, też takie okrągłe, jak się beton miesza. Ja, jako córka młynarza, bardzo nie lubiłam kaszy. Pamiętałam, że się wchodziło do pomieszczenia na dole. Po prawej stronie stał ten cały silnik, pasy takie szerokie były, skórzane Pasy transmisyjne, bo to ten silnik chodził... To było duże pomieszczenie...Palarnia była po lewej, to jeszcze był taki wystający budynek ta palarnia była. Na wprost było duże takie wejście na bocznice kolejową. I po prawej stronie były schody na górę. Na dole to było pomieszczenie na kasze, takie silosy. A mi się wydaje, że ta kasza z góry ją się wysypywało do tych silosów, a na górze były wialnie. Takie maszyny do sortowania kaszy. To chyba ze dwie, albo trzy… <br />Jak ja się urodziłam, tam mieszkałam. Ale doktor powiedział: “jak pani chce wychować dziecko, kiedy przez ścianę chodzą maszyny całą dobę?” Po prostu przeprowadziliśmy się we dwie, mama przychodziła tutaj tak, do pracy.<br />-Czyli początkowo rodzice mieli mieszkanie dokładnie przez ścianę?<br />- Tak. To był drugi budynek mieszkalny, gdzie wcześniej, jeszcze przed wojną, tam było cztery rodziny mieszkały. Już potem to się opróżniło i został tylko ojciec z mamą. Na górze było mieszkanie, na dole to kantor, takie biuro. Ii też tam jakieś maszyny… Ja to bardzo mgliście pamiętam…<br />- A tata został w tym mieszkaniu, jak panie się wyprowadziły?<br />- I tak no, musiał upilnować wszystkiego przecież… Ojciec był pasjonatą. To było jego życie, ten młyn. To było jego życie...]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46618465</guid><pubDate>Tue, 21 Sep 2021 14:03:10 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46618465/praskie_audiohistorie_e39.mp3" length="7751151" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Czy wiecie, że na terenie dawnego Młyny Michla przy Objazdowej, działał od 1935 roku inny młyn? Pani Zofia Wnuk, z domu Pachniewska, opowiada o młynie prowadzonym przez jej ojca na dzierżawionym przez niego terenie. Po śmierci ojca w 1958 roku, mama...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Czy wiecie, że na terenie dawnego Młyny Michla przy Objazdowej, działał od 1935 roku inny młyn? Pani Zofia Wnuk, z domu Pachniewska, opowiada o młynie prowadzonym przez jej ojca na dzierżawionym przez niego terenie. Po śmierci ojca w 1958 roku, mama zrobiła papiery mistrzowskie i prowadziła firmę do 1964 roku... Potem przestały przychodzić zamówienia od państwa i młyn trzeba było zamknąć.<br />Zofia Wnuk (AHM): Rodziców mojego taty… Dziadek prawdopodobnie miał też młyn w okolicach Julianowa. Młodzieszyn - Julianów. To są okolice Ciechanowa. I prawdopodobnie też rodzice rodziców taty pochodzili z Warszawy. Z tym, że mama mojego ojca pojechała z za mężem w tamte strony. No, tata przyjechał jako bardzo młody człowiek… Urodził się w 1894 roku, mając około 20 lat przyjechał do Warszawy No i od razu raczej zajął się młynarstwem. Pracował jako czeladnik, jako uczeń… A moja mama urodziła się w 1915 roku, ak miała 18-19 lat przyjechała do Warszawy i od razu, prawie że z marszu, zaczęła pracować w cukierniach. I to w dobrych punktach. Była taką kobietą efektowną dosyć i pracowała i na Nowym Świecie i na Elektoralnej. W cukierni się poznali. Ojciec był klientem przychodził. No i ona wpadła w oko i pobrali się.<br />-W którym roku był ślub?<br />- W 1940 roku. Ojciec sam to wszystko stworzył, że tak powiem: maszyny, całe wyposażenie. Także dzierżawił teren oraz dzierżawił młyn. Obok młyna był taki budynek, gdzie podobno olejarnia była. To było na ulicy Objazdowej. I tam są, we wszystkich przewodnikach, we wszystkich opracowaniach, książkach, jest poruszany budynek ten przy samej ulicy, pięcio- czy sześciopiętrowy. Natomiast ten budynek był bliżej torów kolejowych. Jednopiętrowy, o ciekawej architekturze wnętrz dosyć. I właśnie to tam było. Natomiast po drugiej stronie też były budynki, gdzie podobno wcześniej też tam był młyn i maszyny też coś robiły. A później zrobił się z tego magazyn. I tylko była ciekawa rzecz, dlatego że obydwa budynki były połączone takim drewnianym pomostem. To było ciekawe. Ale później trzeba było pomost zlikwidować, bo samochody się nie mieściły przejeżdżając z towarem. B odbierały towar i przywozili ci rolnicy do przerobienia zboże… Dlaczego był ten pomost? Taki drewniany łącznik, żeby worki… Tam się je spuszczało, taka zjeżdżalnia powstała, na wysokość -  ile to miało w sumie? - ponad 2 m i wysokości - prawda - wysoko to było! I stopniowo tak się opuszczało… Pamiętam, że tam chodziłam na ten pomost i sobie też zjeżdżałam. Już nie trzeba było dźwigać, samochód był podstawiony, zjeżdżał towar. Były też dostawy od państwa. Była bocznica kolejowa, doprowadzona z dworca Wschodniego. Przyjeżdżały wagony ze zbożem. I to się przerabiało dla państwa.<br />Ruch był duży. 12 pracowników było zatrudnionych i był czas, że młyn na trzy zmiany pracował: noc, pierwsza zmiana, druga zmiana. Mąka, otręby, no i kasza, przede wszystkim kasza. Najpierw to ojciec miał cały teren tam o na 9000 m od ulicy Objazdowej aż do torów. Później, przypuszczam, że to było już po wojnie, 2/3 tego placu zajął Arged - to było takie przedsiębiorstwo nasze państwowe, sprzęt gospodarstwa domowego był. <br />To pamiętam tak: po lewej stronie był taki ogródek, później był ten piętrowy dom mieszkalny, obok był ten magazyn właśnie, połączony z budynkiem młyna, który był naprzeciwko. Ten magazyn… Tam maszyny też chodziły początkowo. A  potem były szopy: jedna, druga… Już  dokładnie nie pamiętam. Naprzeciwko budynek młynu piętrowy, duży, wysoki, to był jednopiętrowy, ale wysoki. I obok właśnie budynek niższy, gdzie olejarnia była.. To wszystko czerwona cegła. <br />A z tyłu młyna była ta bocznica kolejowa, z taką rampą. Pracowników pamiętam, wiem że był taki pan, nazywał się pan Paździerski, że tak powiem, to była taka prawa ręka. Pamiętam tego pana, bardzo, bardzo taki miły człowiek. Pamiętam tam była też z tyłu palarnia kaszy! Tak, jak przez mgłę, pamiętam pana, który zajmował się paleniem tej kaszy.<br />- Jak wygląda palenie kaszy?<br />- Kocioł...]]></itunes:summary><itunes:duration>485</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,młyn,młynmichla,muzeumpragi,objazdowa,objazdowa2,pachniewski,praga,zofiawnuk</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e38 Tramwajem na Targówek</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e38-tramwajem-na-targowek--46515755</link><description><![CDATA[Dziś pojedziemy tramwajem na Targówek lat 30. Opowiada Pani Teresa Stańczuk-Różycka, córka ówczesnego tramwajarza…<br />Teresa Stańczuk-Różycka (AHM): Urodziłam się 1 lipca 1926 roku. W tym czasie mniej więcej rodzice przenieśli się na Targówek, do domku, który budowali. Ja się urodziłam jako szóste dziecko moich rodziców. Moja mama była zajęta wychowywaniem dzieci, a tata w tym okresie już był miejskim pracownikiem, czyli był motorniczym w zajezdni tramwajowej na Pradze. Mój ojciec, żeby móc pracować kilka godzin prowadząc tramwaj przez Warszawę musiał najpierw ubrać skarpety, potem onuce, potem buty filcowe, a przedtem jeszcze spodnie kożuszane. Na to nałożyć lekki kożuch i na to dopiero duży kożuch. I czapkę na głowę, którą mógł podpinać pod brodą. Bo wtedy wymyślili inżynierowie piękną rzecz: tramwaje z odkrytym pomostem. I mój biedny ojciec musiał to wszystko założyć, spędzał kilka godzin codziennie na świeżym powietrzu. Mieszkaliśmy przy ulicy Handlowej. Wówczas to był numer 22 po wojnie zmieniono na 64. Tu się zebrali przede wszystkim tramwajarze i kolejarze. Była taka urocza wyspa ludzi, którzy dużo o sobie wiedzieli. <br /><br />Ten kawałek Targówka, na którym mieszkaliśmy, zaczynał się od wałów na ulicy Radzymińskiej, od przejazdów kolejowych wzdłuż ulicy Radzymińskiej, do ulicy Mokrej. I to już koniec Targówka. A z drugiej strony to była ulica Świętego Wincentego i tory kolejowe na wschód prowadzące.<br />Wincentego to była potem bardzo piękna rzecz, szczególnie w okresie jesiennym, na Zaduszki. Dookoła cmentarza gromadzili się przede wszystkim biedni, którzy obiecując modlitwę za dusze zmarłych, prosili o wsparcie. Jak się szło na cmentarz, to już człowiek miał przygotowaną torebkę z drobnymi pieniędzmi. <br />Pod murem cmentarnym gromadzili się przedsiębiorcy. Własnej roboty sprzedawali coś najwspanialszego, czyli pańską skórkę. Były  z ciasta pieczone różańce, które się wieszało na szyi. No i mógł człowiek na groby iść, pomodlić się, z głodu nie umarł, po jednym kawałku zjadało się co chwilę. I to tak się dzieciom bardzo podobało.<br />Były też karuzele szczęścia, czyli okrągły stolik, gdzie się kręciło na gwoździach i tu, gdzie się zatrzymywało, to ten prezent był grającego. Jeszcze byli muzycy, czyli skrzypkowie najczęściej grali na cmentarzu, można było blisko swego grobu prosić.<br />A poza tym jeszcze byli Cyganie. Cyganie urządzali nie tylko granie i śpiewanie i modlitwy, ale uczty za  spokój życia zmarłych. <br />W stronę Wincentego wszystkie dzieci musiały chodzić, ponieważ tam były dwie szkoły. Była jedna szkoła prowadzona przez panią Dargielowa i.druga szkoła 136.,  do której ja chodziłam, prowadzona przez panią Iruską, z panią Gronostajską, która była moją wychowawczynią.<br />Największym przeżyciem naszej szkoły wtedy było puszczenie linii tramwajowej przez ulicę Wincentego. Bo do tej pory ulica Wincentego znała tylko smutne kondukty żałobne. Bogaty karawan był ciągnięty przynajmniej przez dwa konie. Konie też były ubrane: miały czarne odkrycia, srebrem obszywane całe. Jak wyolbrzymiona kareta: cztery słupki, w środku leżący nieboszczyk, trumna… Z przodu woźnica. Po bokach, jak bogato, to były lampy, świece palące się. Albo nie było nic.<br /> <br />Karawany też były różne, tak jak samochody. Kondukt to najpierw były kwiaty, wieńce czy wiązanki. Wieńce to niosły dzieci, potem szli żałobnicy, potem szli goście. Tramwaj musiał się się domagać dzwoniąc wielokrotnie, dając znać, że teraz mój czas przejazdu… Także ulica Wincentego od tej pory była już udźwiękowiona...]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46515755</guid><pubDate>Tue, 14 Sep 2021 14:20:11 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46515755/praskie_audiohistorie_e38.mp3" length="5992742" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Dziś pojedziemy tramwajem na Targówek lat 30. Opowiada Pani Teresa Stańczuk-Różycka, córka ówczesnego tramwajarza…
Teresa Stańczuk-Różycka (AHM): Urodziłam się 1 lipca 1926 roku. W tym czasie mniej więcej rodzice przenieśli się na Targówek, do domku,...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Dziś pojedziemy tramwajem na Targówek lat 30. Opowiada Pani Teresa Stańczuk-Różycka, córka ówczesnego tramwajarza…<br />Teresa Stańczuk-Różycka (AHM): Urodziłam się 1 lipca 1926 roku. W tym czasie mniej więcej rodzice przenieśli się na Targówek, do domku, który budowali. Ja się urodziłam jako szóste dziecko moich rodziców. Moja mama była zajęta wychowywaniem dzieci, a tata w tym okresie już był miejskim pracownikiem, czyli był motorniczym w zajezdni tramwajowej na Pradze. Mój ojciec, żeby móc pracować kilka godzin prowadząc tramwaj przez Warszawę musiał najpierw ubrać skarpety, potem onuce, potem buty filcowe, a przedtem jeszcze spodnie kożuszane. Na to nałożyć lekki kożuch i na to dopiero duży kożuch. I czapkę na głowę, którą mógł podpinać pod brodą. Bo wtedy wymyślili inżynierowie piękną rzecz: tramwaje z odkrytym pomostem. I mój biedny ojciec musiał to wszystko założyć, spędzał kilka godzin codziennie na świeżym powietrzu. Mieszkaliśmy przy ulicy Handlowej. Wówczas to był numer 22 po wojnie zmieniono na 64. Tu się zebrali przede wszystkim tramwajarze i kolejarze. Była taka urocza wyspa ludzi, którzy dużo o sobie wiedzieli. <br /><br />Ten kawałek Targówka, na którym mieszkaliśmy, zaczynał się od wałów na ulicy Radzymińskiej, od przejazdów kolejowych wzdłuż ulicy Radzymińskiej, do ulicy Mokrej. I to już koniec Targówka. A z drugiej strony to była ulica Świętego Wincentego i tory kolejowe na wschód prowadzące.<br />Wincentego to była potem bardzo piękna rzecz, szczególnie w okresie jesiennym, na Zaduszki. Dookoła cmentarza gromadzili się przede wszystkim biedni, którzy obiecując modlitwę za dusze zmarłych, prosili o wsparcie. Jak się szło na cmentarz, to już człowiek miał przygotowaną torebkę z drobnymi pieniędzmi. <br />Pod murem cmentarnym gromadzili się przedsiębiorcy. Własnej roboty sprzedawali coś najwspanialszego, czyli pańską skórkę. Były  z ciasta pieczone różańce, które się wieszało na szyi. No i mógł człowiek na groby iść, pomodlić się, z głodu nie umarł, po jednym kawałku zjadało się co chwilę. I to tak się dzieciom bardzo podobało.<br />Były też karuzele szczęścia, czyli okrągły stolik, gdzie się kręciło na gwoździach i tu, gdzie się zatrzymywało, to ten prezent był grającego. Jeszcze byli muzycy, czyli skrzypkowie najczęściej grali na cmentarzu, można było blisko swego grobu prosić.<br />A poza tym jeszcze byli Cyganie. Cyganie urządzali nie tylko granie i śpiewanie i modlitwy, ale uczty za  spokój życia zmarłych. <br />W stronę Wincentego wszystkie dzieci musiały chodzić, ponieważ tam były dwie szkoły. Była jedna szkoła prowadzona przez panią Dargielowa i.druga szkoła 136.,  do której ja chodziłam, prowadzona przez panią Iruską, z panią Gronostajską, która była moją wychowawczynią.<br />Największym przeżyciem naszej szkoły wtedy było puszczenie linii tramwajowej przez ulicę Wincentego. Bo do tej pory ulica Wincentego znała tylko smutne kondukty żałobne. Bogaty karawan był ciągnięty przynajmniej przez dwa konie. Konie też były ubrane: miały czarne odkrycia, srebrem obszywane całe. Jak wyolbrzymiona kareta: cztery słupki, w środku leżący nieboszczyk, trumna… Z przodu woźnica. Po bokach, jak bogato, to były lampy, świece palące się. Albo nie było nic.<br /> <br />Karawany też były różne, tak jak samochody. Kondukt to najpierw były kwiaty, wieńce czy wiązanki. Wieńce to niosły dzieci, potem szli żałobnicy, potem szli goście. Tramwaj musiał się się domagać dzwoniąc wielokrotnie, dając znać, że teraz mój czas przejazdu… Także ulica Wincentego od tej pory była już udźwiękowiona...]]></itunes:summary><itunes:duration>375</itunes:duration><itunes:keywords>dwidziestoleciemiędzywojenne,historiamówiona,muzeumpragi,praga,targówek,tramwaj,tramwajewarszawskie</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e37 W starym kinie</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e37-w-starym-kinie--46411785</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Dziś razem z naszym świadkiem historii  zapraszam państwa do praskiego kina. Niezwykłego kina, ponieważ to jest kino sprzed 1939 roku. Pan Zbigniew Rymarz, który mieszkał przy Targowej 63, wspomina swoją fascynację tamtejszym kinem, aktorami, teatrem, która przerodziła się w życiową pasję. Bo pan Zbigniew został kompozytorem, pracował w wielu teatrach po wojnie, akompaniował wielu gwiazdom polskiej estrady.<br /><br />Zbigniew Rymarz (AHM): Nie było trasy W-Z wobec czego na Pragę ze Śródmieścia jechało się ulicą Królewską, tramwaje zjeżdżały w lewo do Nowego Zjazdu i wjeżdżało się na ulicę Zygmuntowską. Bo obecna ulica Świerczewskiego, właściwie Aleja Solidarności, to jest... to była ulica Zygmuntowska. Po lewej stronie było wesołe miasteczko i najbliżej ulicy była kolejka wysokogórska. Więc zjazdy, wjazdy, piski, krzyki! Dalej, jadąc po prawej stronie, szpital Przemienienia Pańskiego, po lewej stronie, w podobnym układzie, budynek Domu Żołnierza - jedno z najcudowniejszych kin świata. <br />Ponieważ wtedy dokładnie przy wejściu do kina sprawdzano legitymację. Były filmy dozwolone od lat 12, 14, 16, 18. Ja wtedy miałem niecałe 12 lat.  Przychodzę do kina, udało mi się kupić bilet, podchodzę do bramki bileterów przestraszony… “- A kawaler Ile ma lat? - Do kina 24!”. Zaczęli się śmiać, puścili mnie. Ale potem miałem już takie chody w tym kinie, że przychodziłem, to z daleka wołali: “O, idzie ten, co ma 24 lata!”. I albo mi pokazywali ręką, że mogę iść do kasy, albo pokazywali, że nie, dzisiaj nie puszczą.<br />Dalej dochodząc do Targowej 71, była jedna z trzech kino-rewii przed wojną. Wchodziło się przez długą bramę, która była oświetlona olbrzymią ilością lampek. Z boku były gabloty ze zdjęciami aktorów. I to wyglądało tak, że był seans filmowy i później była rewia.<br />Targowa  wtedy inaczej wyglądała. Bo po pierwsze tam gdzie dzisiaj są torowiska tramwajowe, to od rogu Zygmuntowskiej, Targowej do Kijowskiej to były skwery, po których się spacerowało. Tramwaje jeździły wzdłuż chodnika.<br />Zawsze w niedzielę był najgorszy kłopot, bo myśmy w poniedziałek dostawali tygodniówkę. A jeszcze w kinach sprzedawali programy kinowe, więc ja jeszcze mało, że płaciłem bilety, to jeszcze kupowałem program. Więc w tej sytuacji te 5 zł tygodniowo, które dostawałem, to było bardzo mało. I w niedzielę czekaliśmy przed 12., jak na zbawienie, żeby do ojca był jakiś telefon… To czekaliśmy, zadzwonił telefon, to wtedy: “Tatusiu, czy możemy iść do kina? Kiwał głową, że tak… “Ale my pieniędzy nie mamy…” Dostawaliśmy złotówkę. Poranki były po 25 groszy, jeszcze miałem na program i na dwie fotki… <br />Bardzo często korzystałem z trasy Praga-Nowy Zjazd, ponieważ na Krakowskim Przedmieściu przy Miodowej były dwa sklepy z fotkami aktorów. A ponieważ zbierałem fotki, wobec tego byłem częstym gościem w tych sklepach. Fotki były na przykład w czekoladach Wedla. W gorzkiej czekoladzie Jedyna. Nie lubię gorzkiej czekolady, szalenie lubię Manillę,  ale w Manili nie było fotek. Więc, jak mama czekoladę chciała kupić, to mówiłem: Jedyną albo Kinową. Kinowa to była nadziewana, też z fotkami. To była loteria bo, oczywiście, można było po raz trzeci trafić na tę samą fotkę. Ale te fotki to się wymieniało z kolegami. Poza tym fotki były w kawie Stella. Ale mama kupowała.... Kawa zbożowa taka na śniadanie….Mama kupowała kawę Enrillo i nie mogłem przekonać, że Stella jest lepsza, bo ma fotki.<br />Myśmy poszli o 5. po południu, powiedzieliśmy, że idziemy do kina. Wchodziło się nie o określonej godzinie seansu, chyba że było to kino zero-ekranowe, czyli premierowe… Do wszystkich innych kin… No, przy kino-rewiach też trzeba było obchodzić punktualnie. Do wszystkich innych kin wchodziło się i na przykład oglądało się najpierw koniec filmu, a potem początek. I tak było z nami. Obejrzeliśmy końcówkę “Pensjonarki”, zobaczyliśmy “Całe życie ulicy”, całą “Pensjonarkę”, całe “Życie ulicy” i tak na okrągło. O 11. wychodzimy z kina, rodzice czekają pod kinem, ciotka czeka pod kinem. Ojciec mówi: “No, już prędko już do kina nie pójdziecie”. I rzeczywiście. Następnego dnia nie byłem.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46411785</guid><pubDate>Tue, 07 Sep 2021 14:40:44 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46411785/praskie_audiohistorie_e37_w_starym_kinie.mp3" length="6280777" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Dziś razem z naszym świadkiem historii  zapraszam państwa do praskiego kina. Niezwykłego kina, ponieważ to jest kino sprzed 1939 roku. Pan Zbigniew Rymarz, który mieszkał przy Targowej 63, wspomina swoją fascynację tamtejszym kinem,...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Dziś razem z naszym świadkiem historii  zapraszam państwa do praskiego kina. Niezwykłego kina, ponieważ to jest kino sprzed 1939 roku. Pan Zbigniew Rymarz, który mieszkał przy Targowej 63, wspomina swoją fascynację tamtejszym kinem, aktorami, teatrem, która przerodziła się w życiową pasję. Bo pan Zbigniew został kompozytorem, pracował w wielu teatrach po wojnie, akompaniował wielu gwiazdom polskiej estrady.<br /><br />Zbigniew Rymarz (AHM): Nie było trasy W-Z wobec czego na Pragę ze Śródmieścia jechało się ulicą Królewską, tramwaje zjeżdżały w lewo do Nowego Zjazdu i wjeżdżało się na ulicę Zygmuntowską. Bo obecna ulica Świerczewskiego, właściwie Aleja Solidarności, to jest... to była ulica Zygmuntowska. Po lewej stronie było wesołe miasteczko i najbliżej ulicy była kolejka wysokogórska. Więc zjazdy, wjazdy, piski, krzyki! Dalej, jadąc po prawej stronie, szpital Przemienienia Pańskiego, po lewej stronie, w podobnym układzie, budynek Domu Żołnierza - jedno z najcudowniejszych kin świata. <br />Ponieważ wtedy dokładnie przy wejściu do kina sprawdzano legitymację. Były filmy dozwolone od lat 12, 14, 16, 18. Ja wtedy miałem niecałe 12 lat.  Przychodzę do kina, udało mi się kupić bilet, podchodzę do bramki bileterów przestraszony… “- A kawaler Ile ma lat? - Do kina 24!”. Zaczęli się śmiać, puścili mnie. Ale potem miałem już takie chody w tym kinie, że przychodziłem, to z daleka wołali: “O, idzie ten, co ma 24 lata!”. I albo mi pokazywali ręką, że mogę iść do kasy, albo pokazywali, że nie, dzisiaj nie puszczą.<br />Dalej dochodząc do Targowej 71, była jedna z trzech kino-rewii przed wojną. Wchodziło się przez długą bramę, która była oświetlona olbrzymią ilością lampek. Z boku były gabloty ze zdjęciami aktorów. I to wyglądało tak, że był seans filmowy i później była rewia.<br />Targowa  wtedy inaczej wyglądała. Bo po pierwsze tam gdzie dzisiaj są torowiska tramwajowe, to od rogu Zygmuntowskiej, Targowej do Kijowskiej to były skwery, po których się spacerowało. Tramwaje jeździły wzdłuż chodnika.<br />Zawsze w niedzielę był najgorszy kłopot, bo myśmy w poniedziałek dostawali tygodniówkę. A jeszcze w kinach sprzedawali programy kinowe, więc ja jeszcze mało, że płaciłem bilety, to jeszcze kupowałem program. Więc w tej sytuacji te 5 zł tygodniowo, które dostawałem, to było bardzo mało. I w niedzielę czekaliśmy przed 12., jak na zbawienie, żeby do ojca był jakiś telefon… To czekaliśmy, zadzwonił telefon, to wtedy: “Tatusiu, czy możemy iść do kina? Kiwał głową, że tak… “Ale my pieniędzy nie mamy…” Dostawaliśmy złotówkę. Poranki były po 25 groszy, jeszcze miałem na program i na dwie fotki… <br />Bardzo często korzystałem z trasy Praga-Nowy Zjazd, ponieważ na Krakowskim Przedmieściu przy Miodowej były dwa sklepy z fotkami aktorów. A ponieważ zbierałem fotki, wobec tego byłem częstym gościem w tych sklepach. Fotki były na przykład w czekoladach Wedla. W gorzkiej czekoladzie Jedyna. Nie lubię gorzkiej czekolady, szalenie lubię Manillę,  ale w Manili nie było fotek. Więc, jak mama czekoladę chciała kupić, to mówiłem: Jedyną albo Kinową. Kinowa to była nadziewana, też z fotkami. To była loteria bo, oczywiście, można było po raz trzeci trafić na tę samą fotkę. Ale te fotki to się wymieniało z kolegami. Poza tym fotki były w kawie Stella. Ale mama kupowała.... Kawa zbożowa taka na śniadanie….Mama kupowała kawę Enrillo i nie mogłem przekonać, że Stella jest lepsza, bo ma fotki.<br />Myśmy poszli o 5. po południu, powiedzieliśmy, że idziemy do kina. Wchodziło się nie o określonej godzinie seansu, chyba że było to kino zero-ekranowe, czyli premierowe… Do wszystkich innych kin… No, przy kino-rewiach też trzeba było obchodzić punktualnie. Do wszystkich innych kin wchodziło się i na przykład oglądało się najpierw koniec filmu, a potem początek. I tak było z nami. Obejrzeliśmy końcówkę “Pensjonarki”, zobaczyliśmy “Całe życie ulicy”, całą “Pensjonarkę”, całe “Życie ulicy” i tak na okrągło. O 11. wychodzimy z kina, rodzice czekają pod...]]></itunes:summary><itunes:duration>393</itunes:duration><itunes:keywords>dwidzestolecie,historia,historiamówiona,kino,muzeumpragi,otosy,rymarz,zbigniewrymarz</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e36 Szkoła przy Konopackiej 4</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e36-szkola-przy-konopackiej-4--46258615</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: 1 września to co roku okazja, żeby mówić o szkole. W Praskich Audiohistoriach koncentrujemy się na przeszłości. Zapraszam więc do wysłuchania wspomnień Pani Anny Dunin-Wąsowicz, swego czasu uczennicy Prywatnej Szkoły Heleny Rzeszotarskiej. Szkoła mieściła się przy Konopackiej…<br />Anna Dunin-Wąsowicz, AHM: Jeszcze na dwa lata przed śmiercią Pani Przełożonej w siedemdziesiątym chyba trzecim czy czwartym roku zbierałyśmy się – uczennice, w dzień imienin Przełożonej – jeszcze w gmachu szkolnym, w którym już w ogóle nie było śladu szkoły, tylko mieszkanie Przełożonej. Przełożona spytała mnie o obojga rodziców. To była taka szkoła.<br />W szkole powszechnej nie było prefekta, tylko Przełożona Rzeszotarska miała lekcje religii. Uczyła nas z Dziejów Apostolskich bodajże, ale wszystko objaśniała w ten sposób, żebyśmy mogły zrozumieć. Mówiła: „widzisz, nie można nikomu ukraść żadnej rzeczy, nawet igły, bo jeśli ukradniesz igłę krawcowej, to ona nie będzie miała czym wykonywać swojego zawodu i nie będzie miała pieniędzy na utrzymanie rodziny”. <br />Cały budynek był właściwie skonstruowany na zasadzie korytarzy i z korytarza wiodły do poszczególnych pomieszczeń drzwi. Widać, że to było przedtem lokale lokatorskie wykupione, ale system wyposażenia wnętrza i w ogóle rozplanowania przewidywał korytarz wspólny dla lokatorów i jakieś sanitarne, powiedzmy, urządzenia.  Wchodziło się jedną albo drugą klatką schodową do lokalu szkoły i na pierwszym piętrze były klasy szkoły powszechnej i sekretariat. Klatka schodowa była bardzo ładnie urządzona: przed wojną był czerwony chodniczek pod mosiężnymi pręcikami – w ten sposób, żeby nikt nie mógł się poślizgnąć na schodach. Na pierwszym podeście stało duże lustro, żeby można się było przejrzeć i poprawić włosy. Na następnym podeście były szafeczki takie oszklone, w  których były eksponaty do rysunków. I to była przeważnie ceramika poleska, huculska, jakieś palemki wileńskie – w każdym razie przedmioty sztuki ludowej. Na czwartym piętrze oprócz klas szkolnych, klas takich normalnych, był gabinet przyrodniczy, w którym stał autentyczny szkielet, z którym uczyłyśmy się i nazywał się Stefanek. Autentyczny szkielet stał sobie w kącie. Na pierwszym piętrze był sekretariat i szkoła powszechna, na drugim piętrze gabinet przełożonej i sala rekreacyjna, która była jednocześnie kaplicą i gimnastyczną salą. Na trzecim piętrze klasy gimnazjalne i na czwartym piętrze klasy licealne. <br />Przedtem uczyłam się w domu. Byłam psotnym dzieckiem mama zamykała mnie w pokoju z książką z zadaniami, a ja wyskakiwałam przez okno do ogródka i niestety to się później kończyło tak, że w maju odrabiałam wszystko za cały rok i szłam na egzamin do pani Rzeszotarskiej zdawać z kolejnych przedmiotów. Przed wojną te rzeczy były powszechne. <br />Dopiero od piątego oddziału szkoły powszechnej zaczęłam chodzić do szkoły pani Rzeszotarskiej. To przypadło na drugi rok okupacji, już w ‘40 troku na jesieni zaczęłam się uczyć. Ten zespół podjął bardzo duże ryzyko uczenia: miałyśmy naukę i historii, i łaciny, i polskiego i geografii – zakazanych przedmiotów w lokalu szkoły. Z tym, że kazano nam trzymać coś do obrębiania w ręce, żeby to wyglądało, że jest lekcja zawodu. Opowiadała mi kiedyś pani Skarżyńska, nauczycielka historii, że jechała do szkoły i była łapanka. Ona miała atlas historyczny w teczce, podręczniki i notatki. Wyrzucili wszystkich z tramwaju na wiadukcie Pancera. To był wiadukt, nieistniejący obecnie, który prowadził takim łagodnym spadkiem w dół tam, gdzie jest teraz trasa W-Z. I ona podeszła do barierki i wyrzuciła te wszystkie rzeczy. I, i jakoś wypuścili ją z łapanki. <br />Czytając protokoły z posiedzeń rady pedagogicznej poznałam dopiero, jaki to był ideowy zespół ludzi. W latach okupacji koło osiemdziesięciu paru procent uczennic nie płaciło całej sumy za nauczanie. W prywatnej szkole, w której nauczyciele zrzekli się części uposażenia, żeby szkoła mogła funkcjonować.<br />W 1949 roku szkoła pani Rzeszotarskiej również uległa upaństwowieniu, została wyznaczona inna dyrektorka. Były to przykre czasy podobno dla personelu. Trwała walka o zmianę klimatu w szkole  – władze chciały  „odrzeszotarszczyć” szkołę, tak mówiono o tym. To znaczy, żeby te wszystkie dla nas pozytywne w ocenie, prawda,  cechy szkoły, zostały przekreślone i żeby szkoła odpowiadała standardom takiej szkoły państwowej, w której nauczyciele niewiele mają do powiedzenia poza przekazaniem wiadomości o wykładanym przedmiocie. <br />Na całe życie pozostawiła jakiś ślad i…. Wcale nie zawsze taki pozytywny, bo ja czasem się buntowałam i myślałam – i nie tylko ja, moje koleżanki – że z takim obciążeniem wchodzić w świat zupełnie inny jest bardzo trudno. Bo czuło się jak wielbłąd z garbem, bo chciało się czasem zachować inaczej, a wychowanie nie pozwalało…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46258615</guid><pubDate>Tue, 31 Aug 2021 07:40:04 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46258615/praskie_audiohistorie_36.mp3" length="8020741" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: 1 września to co roku okazja, żeby mówić o szkole. W Praskich Audiohistoriach koncentrujemy się na przeszłości. Zapraszam więc do wysłuchania wspomnień Pani Anny Dunin-Wąsowicz, swego czasu uczennicy Prywatnej Szkoły Heleny...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: 1 września to co roku okazja, żeby mówić o szkole. W Praskich Audiohistoriach koncentrujemy się na przeszłości. Zapraszam więc do wysłuchania wspomnień Pani Anny Dunin-Wąsowicz, swego czasu uczennicy Prywatnej Szkoły Heleny Rzeszotarskiej. Szkoła mieściła się przy Konopackiej…<br />Anna Dunin-Wąsowicz, AHM: Jeszcze na dwa lata przed śmiercią Pani Przełożonej w siedemdziesiątym chyba trzecim czy czwartym roku zbierałyśmy się – uczennice, w dzień imienin Przełożonej – jeszcze w gmachu szkolnym, w którym już w ogóle nie było śladu szkoły, tylko mieszkanie Przełożonej. Przełożona spytała mnie o obojga rodziców. To była taka szkoła.<br />W szkole powszechnej nie było prefekta, tylko Przełożona Rzeszotarska miała lekcje religii. Uczyła nas z Dziejów Apostolskich bodajże, ale wszystko objaśniała w ten sposób, żebyśmy mogły zrozumieć. Mówiła: „widzisz, nie można nikomu ukraść żadnej rzeczy, nawet igły, bo jeśli ukradniesz igłę krawcowej, to ona nie będzie miała czym wykonywać swojego zawodu i nie będzie miała pieniędzy na utrzymanie rodziny”. <br />Cały budynek był właściwie skonstruowany na zasadzie korytarzy i z korytarza wiodły do poszczególnych pomieszczeń drzwi. Widać, że to było przedtem lokale lokatorskie wykupione, ale system wyposażenia wnętrza i w ogóle rozplanowania przewidywał korytarz wspólny dla lokatorów i jakieś sanitarne, powiedzmy, urządzenia.  Wchodziło się jedną albo drugą klatką schodową do lokalu szkoły i na pierwszym piętrze były klasy szkoły powszechnej i sekretariat. Klatka schodowa była bardzo ładnie urządzona: przed wojną był czerwony chodniczek pod mosiężnymi pręcikami – w ten sposób, żeby nikt nie mógł się poślizgnąć na schodach. Na pierwszym podeście stało duże lustro, żeby można się było przejrzeć i poprawić włosy. Na następnym podeście były szafeczki takie oszklone, w  których były eksponaty do rysunków. I to była przeważnie ceramika poleska, huculska, jakieś palemki wileńskie – w każdym razie przedmioty sztuki ludowej. Na czwartym piętrze oprócz klas szkolnych, klas takich normalnych, był gabinet przyrodniczy, w którym stał autentyczny szkielet, z którym uczyłyśmy się i nazywał się Stefanek. Autentyczny szkielet stał sobie w kącie. Na pierwszym piętrze był sekretariat i szkoła powszechna, na drugim piętrze gabinet przełożonej i sala rekreacyjna, która była jednocześnie kaplicą i gimnastyczną salą. Na trzecim piętrze klasy gimnazjalne i na czwartym piętrze klasy licealne. <br />Przedtem uczyłam się w domu. Byłam psotnym dzieckiem mama zamykała mnie w pokoju z książką z zadaniami, a ja wyskakiwałam przez okno do ogródka i niestety to się później kończyło tak, że w maju odrabiałam wszystko za cały rok i szłam na egzamin do pani Rzeszotarskiej zdawać z kolejnych przedmiotów. Przed wojną te rzeczy były powszechne. <br />Dopiero od piątego oddziału szkoły powszechnej zaczęłam chodzić do szkoły pani Rzeszotarskiej. To przypadło na drugi rok okupacji, już w ‘40 troku na jesieni zaczęłam się uczyć. Ten zespół podjął bardzo duże ryzyko uczenia: miałyśmy naukę i historii, i łaciny, i polskiego i geografii – zakazanych przedmiotów w lokalu szkoły. Z tym, że kazano nam trzymać coś do obrębiania w ręce, żeby to wyglądało, że jest lekcja zawodu. Opowiadała mi kiedyś pani Skarżyńska, nauczycielka historii, że jechała do szkoły i była łapanka. Ona miała atlas historyczny w teczce, podręczniki i notatki. Wyrzucili wszystkich z tramwaju na wiadukcie Pancera. To był wiadukt, nieistniejący obecnie, który prowadził takim łagodnym spadkiem w dół tam, gdzie jest teraz trasa W-Z. I ona podeszła do barierki i wyrzuciła te wszystkie rzeczy. I, i jakoś wypuścili ją z łapanki. <br />Czytając protokoły z posiedzeń rady pedagogicznej poznałam dopiero, jaki to był ideowy zespół ludzi. W latach okupacji koło osiemdziesięciu paru procent uczennic nie płaciło całej sumy za nauczanie. W prywatnej szkole, w której nauczyciele zrzekli się części uposażenia, żeby szkoła mogła funkcjonować.<br />W 1949 roku szkoła pani...]]></itunes:summary><itunes:duration>502</itunes:duration><itunes:keywords>annadunin-wąsowicz,helenarzeszotarska,helenyrzeszotarskiej,historiamówiona,konopackiej,muzeumpragi,praga,szkoła</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e35 Bródnowska zapamiętana</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e35-brodnowska-zapamietana--46214703</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Zawsze zdumiewa mnie, jak działa ludzka pamięć. Pytamy świadków historii o czasy bardzo odległe, o dawno nieistniejące miejsca. A oni zawsze nas zaskakują tym, ile pamiętają! <br />Pan Kazimierz Maciej Krawczyk mieszkał przez niemal całe życie przy Bródnowskiej 1. Bardzo szczegółowo opisał nam ulicę Bródnowską i okolicę z czasów tuż po II wojnie. A nagranie pochodzi z 2010 roku!<br />Posłuchajcie.<br />.<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Na samej Bródnowskiej było dwóch szewców. Tam na torach był na rogu Bródnowskiej, tam gdzie jest taki sklepik Bródnowska 2, po schodkach tam się wchodziło. Taki prywatny sklepik, tam był szewc mieszkał. Na pierwszym piętrze miał mieszkanie, a na dole miał warsztat. Bródnowska 3 to był, mieszkał właściciel kuźni i tu kuźnia była i tu konie, kury.<br />- To było słychać w domu?<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Wszystko było słychać. Jak walił na kuźni młotem, to myśmy słyszeli. Tylko tak od szóstej rano, to tam nie bardzo. Później tu na rogu co taki sklep […] w naszym budynku, to był sklep tak zwany paszarnia, miał ją taki Wyganowski, oni to już nie żyją.<br />- To paszarnia, czy pasiar…<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Paszarnia. <br />- Paszarnia.<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Pasze końskie, końska pasza sprzedawali tutaj. Siano jakieś tam obroki, Bródnowska 4, tu był taki… w głębi tam były takie baraki nie? Posesja taka była i tam było parę mieszkań z 4 czy z 5. Ale i była wytwórnia musztardy. Później były sklepy. Jakie? Prywatne. Jeden Bródnowska 5, róg  Świeżej. To tam sprzedawali, a tam no takie masło, powidła, sery, mleko tam… tam dowozili chłopi z pod Warszawy. Bródnowska 6 to samo. Był sklepik z drugiej strony, bo w tym budynku, on dosyć długi był, ten budynek, on się ciągnął ja wiem? Z 20 metrów, tak jak nasz dom. Za Bródnowską numer 5 była ulica Świeża. I tak tam śmierdziało, takie brudy tam były, że głowa boli. Ale ulica była Świeża. Krótka taka, dosłownie tam ja nawet nie wiem, czy dwa budynki były, bo to było między ulicą Bródnowską, a Kamienna no. Bródnowska 8. O! podstawowa rzecz. To była posesja żydowska i tam bocznica stała. Zamienili tą bocznicę po wojnie na jakiś magazyn. Nie wiem. Ale jak tu stawiali te budynki wysokie to za Gierka chyba to było, no to wszystko tu porozbierali i popostawiali te bloki. Bródnowska 10 był Stermach. Różne urządzenia do uprzęży końskiej i do wozów, do… no jak tam robił coś tam. Ja nie wiem, nie potrafię powiedzieć. Tylko pamiętam, bo tutaj tak, Kowal był, paszarnia i Stermach. I prywatna introligatornia była na Bródnowskiej 16. W piwnicy, w suterynie. Co jeszcze poza tym? To był praktycznie zamieszkali ludzie, którzy mieli coś wspólnego z wojskiej, bo i paru oficerów tu było. I ten 48 listopada i ten budynek i budynek naprzeciwko który był. A stajnie, te jednostki 36 pułk ułanów, się nazywała ta jednostka to stajnie były na ulicy Namysłowskiej teraz. Wzdłuż całej Namysłowskiej stajnie były. I tu mojego… ojciec mojego kolegi był weterynarzem, oficerem. Drugi taki mąż pani Skrzypczakowej, ona miała tu sklepik taki z przyrządami piśmiennymi, takie jakieś… to przed wojną. Po wojnie to miała tu repasację pończoch. O! Maszynkę taką miała. Tam gdzie czerwony budynek z dachówką jest, to jest… ja chodziłem,  tam były trzy szkoły podstawowe, to tam chodziłem do szkoły. To była szkoła najpierw TPD 89 i 136.<br />- A pan do której chodził szkoły?<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Do 136 do niejakiej pani… panią dyrektor tam była taka Iruska się nazywała. Chodziła ubrana zawsze na czarno, jak wrona. Jak sobie pamiętam miała takie proste, przycięte tak włosy, zawsze przylizane, tak że jej nawet się nie tego, jakimś cukrem, czy czymś, nie wiem, taki hełm. Wszystko, tu kołnierzyk na biało, zapięta pod szyję. I tu… ja byłem jednym z najmłodszych uczniów w klasie. Bo przecież te roczniki po wojnie jak zaczęły chodzić, po 5, po 6 lat nie chodziły do szkoły. Szkoły były pozamykane. Ja chodziłem z takimi chłopakami, co mieli do czwartej klasy już, to oni dopiero przychodzili się uczyć, bo do młodszych klas ich nie puszczali z tego względu, ale do czwartej klasy już ich przyjmowali. To się uczyli czytać, pisać, żeby się umiał podpisać po prostu. To takie 14, 15, 16 lat chłopaki. Nawet ludzie, którzy brali udział w powstaniu. Myśmy mieli granatowe fartuszki, to była konieczność, z wypustkami białymi. A to się fartuch zdejmowało w teczkę później… Tu na ulicy Kowieńskiej, następna ulica za Bródnowską, naprzeciwko tych bloków jak tutaj bożnica była ta żydowska i tutaj Bródnowskiej 6, to były takie stajnie prywatne, takie nory paskudne. Tam woźnicy, woźnice różnego rodzaju mieli swoje stajnie i oni węgiel rozwozili po wojnie, węglarze, tak ich nazywali. Później co tu było stolarnia na Kowieńskiej, naprzeciwko szkoły. Na rogu Bródnowskiej wie pani co jeszcze było, bardzo dużo tu drzew było na tych placach. Olbrzymie topole, kasztany, dęby. A tu jak zaczęli stawiać to to wszystko pochlastali, powycinali. I od naszego podwórka taki wielki parkan był drewniany, z 5 metrów miał. Tam nic nie było widać, bo tam były takie budy, o tam pręty metalowe przetrzymywał, tam inne rzeczy. No to posesja taka odgrodzona była, taka studnia była tutaj. W jednostce wojskowej żołnierzom wyświetlali filmy na powietrzu. I myśmy tam myk, myk przez parkan do jednostki wojskowej między żołnierzami jak byliśmy knypki takie małe, wieczorem w lato to przecież ja pierwsze filmy jakie tam zobaczyłem to „Świat się śmieje”, no różne, przeważnie radzieckie i takie mobilizujące.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46214703</guid><pubDate>Tue, 24 Aug 2021 08:20:01 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46214703/praskie_audiohistorie_e35.mp3" length="8077166" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Zawsze zdumiewa mnie, jak działa ludzka pamięć. Pytamy świadków historii o czasy bardzo odległe, o dawno nieistniejące miejsca. A oni zawsze nas zaskakują tym, ile pamiętają! 
Pan Kazimierz Maciej Krawczyk mieszkał przez niemal całe...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Zawsze zdumiewa mnie, jak działa ludzka pamięć. Pytamy świadków historii o czasy bardzo odległe, o dawno nieistniejące miejsca. A oni zawsze nas zaskakują tym, ile pamiętają! <br />Pan Kazimierz Maciej Krawczyk mieszkał przez niemal całe życie przy Bródnowskiej 1. Bardzo szczegółowo opisał nam ulicę Bródnowską i okolicę z czasów tuż po II wojnie. A nagranie pochodzi z 2010 roku!<br />Posłuchajcie.<br />.<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Na samej Bródnowskiej było dwóch szewców. Tam na torach był na rogu Bródnowskiej, tam gdzie jest taki sklepik Bródnowska 2, po schodkach tam się wchodziło. Taki prywatny sklepik, tam był szewc mieszkał. Na pierwszym piętrze miał mieszkanie, a na dole miał warsztat. Bródnowska 3 to był, mieszkał właściciel kuźni i tu kuźnia była i tu konie, kury.<br />- To było słychać w domu?<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Wszystko było słychać. Jak walił na kuźni młotem, to myśmy słyszeli. Tylko tak od szóstej rano, to tam nie bardzo. Później tu na rogu co taki sklep […] w naszym budynku, to był sklep tak zwany paszarnia, miał ją taki Wyganowski, oni to już nie żyją.<br />- To paszarnia, czy pasiar…<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Paszarnia. <br />- Paszarnia.<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Pasze końskie, końska pasza sprzedawali tutaj. Siano jakieś tam obroki, Bródnowska 4, tu był taki… w głębi tam były takie baraki nie? Posesja taka była i tam było parę mieszkań z 4 czy z 5. Ale i była wytwórnia musztardy. Później były sklepy. Jakie? Prywatne. Jeden Bródnowska 5, róg  Świeżej. To tam sprzedawali, a tam no takie masło, powidła, sery, mleko tam… tam dowozili chłopi z pod Warszawy. Bródnowska 6 to samo. Był sklepik z drugiej strony, bo w tym budynku, on dosyć długi był, ten budynek, on się ciągnął ja wiem? Z 20 metrów, tak jak nasz dom. Za Bródnowską numer 5 była ulica Świeża. I tak tam śmierdziało, takie brudy tam były, że głowa boli. Ale ulica była Świeża. Krótka taka, dosłownie tam ja nawet nie wiem, czy dwa budynki były, bo to było między ulicą Bródnowską, a Kamienna no. Bródnowska 8. O! podstawowa rzecz. To była posesja żydowska i tam bocznica stała. Zamienili tą bocznicę po wojnie na jakiś magazyn. Nie wiem. Ale jak tu stawiali te budynki wysokie to za Gierka chyba to było, no to wszystko tu porozbierali i popostawiali te bloki. Bródnowska 10 był Stermach. Różne urządzenia do uprzęży końskiej i do wozów, do… no jak tam robił coś tam. Ja nie wiem, nie potrafię powiedzieć. Tylko pamiętam, bo tutaj tak, Kowal był, paszarnia i Stermach. I prywatna introligatornia była na Bródnowskiej 16. W piwnicy, w suterynie. Co jeszcze poza tym? To był praktycznie zamieszkali ludzie, którzy mieli coś wspólnego z wojskiej, bo i paru oficerów tu było. I ten 48 listopada i ten budynek i budynek naprzeciwko który był. A stajnie, te jednostki 36 pułk ułanów, się nazywała ta jednostka to stajnie były na ulicy Namysłowskiej teraz. Wzdłuż całej Namysłowskiej stajnie były. I tu mojego… ojciec mojego kolegi był weterynarzem, oficerem. Drugi taki mąż pani Skrzypczakowej, ona miała tu sklepik taki z przyrządami piśmiennymi, takie jakieś… to przed wojną. Po wojnie to miała tu repasację pończoch. O! Maszynkę taką miała. Tam gdzie czerwony budynek z dachówką jest, to jest… ja chodziłem,  tam były trzy szkoły podstawowe, to tam chodziłem do szkoły. To była szkoła najpierw TPD 89 i 136.<br />- A pan do której chodził szkoły?<br />Kazimierz Maciej Krawczyk: Do 136 do niejakiej pani… panią dyrektor tam była taka Iruska się nazywała. Chodziła ubrana zawsze na czarno, jak wrona. Jak sobie pamiętam miała takie proste, przycięte tak włosy, zawsze przylizane, tak że jej nawet się nie tego, jakimś cukrem, czy czymś, nie wiem, taki hełm. Wszystko, tu kołnierzyk na biało, zapięta pod szyję. I tu… ja byłem jednym z najmłodszych uczniów w klasie. Bo przecież te roczniki po wojnie jak zaczęły chodzić, po 5, po 6 lat nie chodziły do szkoły. Szkoły były pozamykane. Ja chodziłem z takimi chłopakami, co mieli do czwartej klasy już, to...]]></itunes:summary><itunes:duration>505</itunes:duration><itunes:keywords>bródnowska,historiamówiona,kowieńska,maciejkrawczyk,muzeumpragi,namysłowska,pamięć,praga,świeża,warszawa</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e34 Dorastanie w dwudziestoleciu</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e34-dorastanie-w-dwudziestoleciu--46125601</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Profesor Marian Fuks, urodzony w 1914 roku, historyk zajmujący się historią Żydów, prasy i kultury przez całe lata związany był z warszawską Pragą; chodził tutaj do szkoły powszechnej (w zasadzie do dwóch szkół powszechnych), mieszkał przy Targowej 63. <br />Posłuchajcie Jego wspomnień z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości na Pradze.<br />Marian Fuks: Tam, gdzie ja mieszkałem – Targowa 63 – piękny dom o dwóch podwórkach, jeden z ładniejszych  budynków na Pradze. <br />Naprzeciwko nas, bardzo dawno, to była Targowa chyba 68, na pierwszym piętrze było kino „Las”- nieme kino. To zawsze było nieme kino, pod ekranem siedział facet przy fortepianie i grał i zawsze było słychać tylko:  „Te, Łysy, graj!”. Tak chuligani krzyczeli, bo tam (na ekranie) akurat działo się, były wyścigi, a on grał coś smętnie …<br /> Mało tego, było kino „Praga” – to miało występy artystyczne, to znaczy oprócz filmu była rewia, i pamiętam, ze mojej mamy ulubieniec, to był pan Ściwiarski, aktor taki. Pamiętam, mama mówiła ‘pójdziemy dzisiaj, bo dzisiaj będzie pan Ściwiarski. Ta rewia była codziennie, na żywo. Codziennie po filmie to była godzina takiej rewii, kabaretu czy coś takiego.<br />Jeżeli chodzi o rozrywki, to ja, jako chłopiec, zrobiłem karierę na skalę światową. Dlatego, że kiedy zakładano na Pradze Lunapark – tu, gdzie teraz jest ogród Zoologiczny… I dyrektorem tego Lunaparku był niejaki berlińczyk, pan Fritz Borch, Niemiec. Okazało się, że to dobry znajomy mojego taty z pierwszej wojny. I jak pan Fritz Borch zaczął zakładać ten Lunapark, to zamieszkał u nas. On mnie dal przepustkę i zaprowadził… Kazał przyjść. I pokazał tym ochroniarzom, którzy wpuszczali, bo wejście było drogie: „ Tego chłopaka z towarzyszem darmo!”<br />To były te karuzele, kolejka wariacka tam, kanał śmiechu, inne historie. Teatr piesków: lekarz-piesek bada, zaprzężony w karetkę ciągnie – taki teatr, gdzie pieski odgrywają, autentyczny teatr. To ja miałem jako chłopak! Do mnie się lepili wszyscy – to Maciek Szyper, to ten:  „weź mnie!” Za frajer.  A ja jak hrabia, tak jakbym był właścicielem ogrodu zoologicznego… To była nowość wówczas w Warszawie, to był bardzo bogaty Lunapark, a ja wszystko miałem za frajer. To trzeba sobie wyobrazić mentalność dwunastoletniego chłopaka, który za darmo chodzi,  do utraty tchu jeździć karuzelą…<br />Tramwaje… Każdy tramwaj u nas chłopaków miał swoje przezwisko: Jedynka to była pała, Siódemka to była kosa,  4 to był Żydek, dlatego, że ona jechała na tą stronę do żydowskiej dzielnicy (Gęsia, Nalewki), 21 to było oczko. Więcej tego było, ale już nie pamiętam… Nigdy się nie mówiło „przyjechałem 7. Tylko „przyjechałem kosą”.<br /> Takie chłopięce rzeczy, wie pani. Ja teraz nie jestem poważny, a dawniej to jeszcze mniej byłem poważny.<br />Ja po szkole handlowej pracowałem w cukierni i piekarni tureckiej u Abdullah Alijewa. Targowa 68 róg Białostockiej. Po szkole na praktykę mnie pan Alijew przyjął i mało mnie nie wywalił, bo widział, że ja cholewy smalę do jego córki. <br />To było w ten sposób, że to była – ja nie pamiętam niestety nazwiska pierwszego właściciela, który zbankrutował - i była masa upadłości tak zwana. I tę masę upadłości wydzierżawił Turek, który był bardzo dobrym specjalistą piekarzem. I ten Turek u siebie zatrudniał dwóch swoich ziomków. Jeden to był Mustafa, a drugi Abdullah. To byli piekarze, pracowali, bo sam ten Abdullah Alijew to był tylko właścicielem. <br />Ja pracowałem tam w biurze. Nie tyle w biurze, ile w tak zwanej ekspedycji . Zamówienia robiłem i tak dalej. To się podziwiam, jaki ja byłem genialny, bo wszystkie numery telefonów pamiętałem.  I  później ten Turek nie dał rady, też miał jakieś zaległości finansowe. I firmę przejęła firma Tabaczyński.  Pan Tabaczyński, to był wielki przemysłowiec lwowski  (wtedy Lwów to była Polska ). <br />I szefem, dyrektorem tej filii tutaj był pan generał Jan Tabaczyński.  Mój ojciec znał wcześniej i tego Turka i Tabaczyńskiego, bo był w tej branży. Przecież mój ojciec był pierwszy w Polsce, który zaczął produkować mąkę księdza Kneippa, to byłą taka mąka zdrowotna z pszenicy grubo mielonej, to było dzisiaj coś w rodzaju grahama.<br />Generał zrobił sobie ze mnie takiego totumfackiego. Jak generał jechał, jechaliśmy, na Oleśnickiej 6 była druga piekarnia, to generał mówił „Marjjjjjjjan, jedziiiiemy” i ja jego teczkę nosiłem – to był wielki zaszczyt.<br />Nagranie z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi, 2011 rok.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46125601</guid><pubDate>Tue, 17 Aug 2021 14:05:03 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46125601/praskie_audiohistorie_e34.mp3" length="6709603" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Profesor Marian Fuks, urodzony w 1914 roku, historyk zajmujący się historią Żydów, prasy i kultury przez całe lata związany był z warszawską Pragą; chodził tutaj do szkoły powszechnej (w zasadzie do dwóch szkół powszechnych), mieszkał...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Profesor Marian Fuks, urodzony w 1914 roku, historyk zajmujący się historią Żydów, prasy i kultury przez całe lata związany był z warszawską Pragą; chodził tutaj do szkoły powszechnej (w zasadzie do dwóch szkół powszechnych), mieszkał przy Targowej 63. <br />Posłuchajcie Jego wspomnień z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości na Pradze.<br />Marian Fuks: Tam, gdzie ja mieszkałem – Targowa 63 – piękny dom o dwóch podwórkach, jeden z ładniejszych  budynków na Pradze. <br />Naprzeciwko nas, bardzo dawno, to była Targowa chyba 68, na pierwszym piętrze było kino „Las”- nieme kino. To zawsze było nieme kino, pod ekranem siedział facet przy fortepianie i grał i zawsze było słychać tylko:  „Te, Łysy, graj!”. Tak chuligani krzyczeli, bo tam (na ekranie) akurat działo się, były wyścigi, a on grał coś smętnie …<br /> Mało tego, było kino „Praga” – to miało występy artystyczne, to znaczy oprócz filmu była rewia, i pamiętam, ze mojej mamy ulubieniec, to był pan Ściwiarski, aktor taki. Pamiętam, mama mówiła ‘pójdziemy dzisiaj, bo dzisiaj będzie pan Ściwiarski. Ta rewia była codziennie, na żywo. Codziennie po filmie to była godzina takiej rewii, kabaretu czy coś takiego.<br />Jeżeli chodzi o rozrywki, to ja, jako chłopiec, zrobiłem karierę na skalę światową. Dlatego, że kiedy zakładano na Pradze Lunapark – tu, gdzie teraz jest ogród Zoologiczny… I dyrektorem tego Lunaparku był niejaki berlińczyk, pan Fritz Borch, Niemiec. Okazało się, że to dobry znajomy mojego taty z pierwszej wojny. I jak pan Fritz Borch zaczął zakładać ten Lunapark, to zamieszkał u nas. On mnie dal przepustkę i zaprowadził… Kazał przyjść. I pokazał tym ochroniarzom, którzy wpuszczali, bo wejście było drogie: „ Tego chłopaka z towarzyszem darmo!”<br />To były te karuzele, kolejka wariacka tam, kanał śmiechu, inne historie. Teatr piesków: lekarz-piesek bada, zaprzężony w karetkę ciągnie – taki teatr, gdzie pieski odgrywają, autentyczny teatr. To ja miałem jako chłopak! Do mnie się lepili wszyscy – to Maciek Szyper, to ten:  „weź mnie!” Za frajer.  A ja jak hrabia, tak jakbym był właścicielem ogrodu zoologicznego… To była nowość wówczas w Warszawie, to był bardzo bogaty Lunapark, a ja wszystko miałem za frajer. To trzeba sobie wyobrazić mentalność dwunastoletniego chłopaka, który za darmo chodzi,  do utraty tchu jeździć karuzelą…<br />Tramwaje… Każdy tramwaj u nas chłopaków miał swoje przezwisko: Jedynka to była pała, Siódemka to była kosa,  4 to był Żydek, dlatego, że ona jechała na tą stronę do żydowskiej dzielnicy (Gęsia, Nalewki), 21 to było oczko. Więcej tego było, ale już nie pamiętam… Nigdy się nie mówiło „przyjechałem 7. Tylko „przyjechałem kosą”.<br /> Takie chłopięce rzeczy, wie pani. Ja teraz nie jestem poważny, a dawniej to jeszcze mniej byłem poważny.<br />Ja po szkole handlowej pracowałem w cukierni i piekarni tureckiej u Abdullah Alijewa. Targowa 68 róg Białostockiej. Po szkole na praktykę mnie pan Alijew przyjął i mało mnie nie wywalił, bo widział, że ja cholewy smalę do jego córki. <br />To było w ten sposób, że to była – ja nie pamiętam niestety nazwiska pierwszego właściciela, który zbankrutował - i była masa upadłości tak zwana. I tę masę upadłości wydzierżawił Turek, który był bardzo dobrym specjalistą piekarzem. I ten Turek u siebie zatrudniał dwóch swoich ziomków. Jeden to był Mustafa, a drugi Abdullah. To byli piekarze, pracowali, bo sam ten Abdullah Alijew to był tylko właścicielem. <br />Ja pracowałem tam w biurze. Nie tyle w biurze, ile w tak zwanej ekspedycji . Zamówienia robiłem i tak dalej. To się podziwiam, jaki ja byłem genialny, bo wszystkie numery telefonów pamiętałem.  I  później ten Turek nie dał rady, też miał jakieś zaległości finansowe. I firmę przejęła firma Tabaczyński.  Pan Tabaczyński, to był wielki przemysłowiec lwowski  (wtedy Lwów to była Polska ). <br />I szefem, dyrektorem tej filii tutaj był pan generał Jan Tabaczyński.  Mój ojciec znał wcześniej i tego Turka i Tabaczyńskiego, bo był w tej branży. Przecież...]]></itunes:summary><itunes:duration>420</itunes:duration><itunes:keywords>archiwumhistoriimwionej,dwudziestolecie,istoriamówiona,lunapark,marianfuks,muzeumpragi,piekarniauturka,praga,targowa</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e33 Saska Kępa, Grochów 1944</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e33-saska-kepa-grochow-1944--46036540</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Wciąż przypominamy o Powstaniu Warszawskim. Stefan Siennicki miał szesnaście lat, gdy wstąpił do Armii Krajowej. 17 lat, gdy wybuchło Powstanie Warszawskie. Dostał rozkaz przedostania się z Saskiej Kępy, gdzie mieszkał, na Grochów. <br />Stefan Siennicki (AHM): Wydaje mi się, że byli ludzie, którzy o wiele bardziej, mogliby pani opowiedzieć o sprawach powstania i w ogóle. No, bo brali udział w tym… To była taka sprawa decyzji robionej często dosyć w ostatnim momencie. Jedna z grup Saskiej Kępy atakowała Przyczółek na moście i ja nie wiem, czy ktokolwiek z tego wyszedł. <br />A myśmy mieli za zadanie dostać się na Grochów. Całe szczęście, ze tam były dosyć, duża zieleń taka, burzany takie dziwne. Dlatego, że na przykład w pewnym momencie nas szła taka grupa no jednak pewno z dwadzieścia parę osób z Saskiej Kępy i z Saskiej Kępy na Grochów. <br /><br />Żeśmy się zeszli w części na rogu Obrońców i Poselskiej. Tak jest dom. Przebudowany w tej chwili zupełnie. W tym domu były umieszczone te karabiny, w ten sposób, że otwory wentylacyjne nie kominowe, wpuszczone były na drutach i wyciągaliśmy tak te druty i na końcu był karabin. Mosiny, zresztą takie rosyjskie, długie te karabiny. Strasznie, dłuższe ode mnie chyba w tym okresie I ponieważ ja brałem udział w tym rozkopywaniu tych, odkopywaniu tych karabinów, no, więc oczywiście sobie jeden wybrałem. I to jeden z nich pamiętam miał uszkodzoną muszkę, no i więc nie wziąłem tego tylko wziąłem porządny. I później żeśmy to zawinęli w dywan i tak z tym dywanem żeśmy szli kościół tego, który teraz jest.  później uznaliśmy, że ten dywan jest nam już nie potrzebny. Wyrzuciliśmy ten dywan i już każdy miał. Nie każdy, bo było tych karabinów tylko parę na tych dwadzieścia osób. I tych dwadzieścia osób tak tyraliera przez, szła na Grochów, później. Ja wstąpiłem jeszcze do kościoła tak z tym karabinem nawet.<br /> No i tak i później żeśmy poszli kierunku na Grochów. Na szczęście, myśmy nie, nie próbowali zaatakować, idiotyczne byłby to. Taki oddział kozaków przechodził na koniach i żeśmy ich widzieli, ale byliśmy za tymi różnymi łopuchami tam, także nie byliśmy widoczni dla nich, więc jakoś żeśmy przeczekali to. Oni sobie pojechali. I dotarliśmy właśnie do tych pierwszych domów Grochowa, ale przed tym były te słoneczniki. I w tych słonecznikach nagle nas zobaczyli Niemcy i zaczęli w naszym kierunku iść strzelając z karabinów, znaczy nie z karabinów tylko z automatów, ale ponieważ byli stosunkowo daleko, więc te kule cięły po tych słonecznikach, a my leżeliśmy w słonecznikach, baliśmy się ruszyć. Ja wtedy wyciągnąłem ten karabin, śmieszne bo Janek, który już nie żyje, mówi: „Zabili mnie”. Ja mówię: „Janek nie wygłupiaj się, to ja strzeliłem”. Ten karabin, on leżał obok i ja prawie na nim, go położyłem i wystrzeliłem. <br />A później żeśmy, żeśmy wpadli do jakiegoś domu gdzie były sanitariuszki i te sanitariuszki dały nam opaski i w ogóle i dały nam amunicję. I okazało się, że ta amunicja jest amunicją dymną to znaczy zostawiała za sobą ślad, co było zupełnie bez sensu. Nie wiem, dlaczego tak było, ale tak było.<br /><br />Starałem się później odkryć, który to domek byle, ale trudno było mi. Żeśmy w takich paru domkach umieścili się. Jeden z tych domków był szkołą jakąś czy coś takiego. I w tej szkole, z tej szkoły cześć próbowała, bo później zresztą przyszedł rozkaz, że właściwie się możemy rozpełznąć. Ale w jakiś sposób widocznie może chłopcy, nie wiem jakoś za bardzo byli widoczni, a poza tym Niemcy początkowo trzymali się tylko Grochowskiej pewno. Nie, nie, mało tego myśmy wiedzieli o tym, że Rosjanie zbliżają się prawie do placu Szembeka, już na Grochowie. I wysłaliśmy do nich dwóch kolegów. Znaczy nie my tylko powiedzmy nasze jakby dowództwo.. bo tam już było powiedzmy większe zgrupowanie. Prawdopodobnie częściowo z Grochowa, a częściowo z Saskiej Kępy tylko. I jeden wrócił i mówi, tamtego zaaresztowali Rosjanie. No Rosjanie najwyraźniej, wycofali się zresztą, <br />Chyba koło dwudziestego nas wygarnęli Niemcy. Dwudziestego sierpnia, także nie tak strasznie dużo. Wyjrzałem przez okno, tego mieszkania, w którym byliśmy i patrzę, że Niemcy są w tyralierze uzbrojeni. Na ogół to byli esesmani, niedaleko przed budynkiem już. Po pewnym czasie wywalili bramę, bo brama była zamknięta jakoś – taka pół kratowa brama – no i weszli do, do budynku, a my nie mogliśmy się przecież bronić. Pamiętam jeszcze, żeśmy rozstawiali w ostatnim momencie, żeśmy granaty, które mieliśmy ze sobą postawiliśmy tak między kwiatkami na balkonie. Jakoś tak, że niby to, bo to tak jak Sidolówka wyglądała jak powiedzmy, no jak taki płyn do mycia naczyń. Tylko z metalowym. <br /><br />Jaka to jest ulica? To było między… Jak, jak ma pani Grochowską, tutaj jest gdzieś plac Szembeka, prawda i tutaj jest ta ulica od placu Szembeka, to, to było gdzieś w tym rejonie. Powiedzmy bliższym Saskiej Kępy. Tak.<br /><br />Nas Niemcy, jako tych polnische banditen, wzięli osobna grupą i wsadzili – tutaj na Pradze są koszary jeszcze do dzisiaj chyba, nie wiem czy koszary, może koszary, 36 Pułku. Wsadzili nas wtedy do takiego baraku, który przez te druty graniczył z całym  ogromnym obozem, tam było kilkadziesiąt tysięcy ludzi, których ewakuowali przez Pruszków później. I z tamtej strony przyszedł, skontaktował się z nami, z tamtej strony drutu, skontaktował się z nami taki młody lekarz, tutaj z Saskiej, z Czeskiej zresztą. Już nie żyjący na pewno, bo był starszy od nas. Lekarz już, prawda myśmy byli chłopcy i mówi: „Jak w nocy uda wam się pod tym drutami przejść do tego obozu to was nie znajdą już więcej, bo to jest bardzo szybka ewakuacja. I tak żeśmy zrobili. Nad ranem przyszliśmy, znaczy nad ranem, jeszcze było ciemno, prześlijmy pod drut, zrobiliśmy mały taki podkop, pewno łapami głównie i prześlijmy do, pod tymi drutami do tej, do tego obozu cywilnego. Nie mieliśmy oczywiście tych paszportów, które nam zabrali, tych kenkart niemieckich, ale to nie było ważne. Ten obóz szarówką był już wywożony dalej i myśmy byli pierwsi, żeby poje.., żeby zostać przewiezionym do Pruszkowa. No już wtedy wiadomo, że nie, że wsadzili nas w bydlęce wagony i zawieźli, przez tydzień  mniej więcej jechaliśmy do Zagłębia Ruhry.<br />Anna Mizikowska: Z obozu przejściowego w Pruszkowie Pan Stefan trafił jako robotnik przymusowy do Zagłębia Ruhry. Pracował w fabryce amunicji, potem przy kopaniu okopów. <br />Pod koniec 1945 roku wrócił do Polski. Idąc w ślady ojca został architektem. To on, z trzema kolegami: Witoldem Benedekiem, Stanisławem Niewiadomskim i Władysławem Strumiłłą (Strumiłło), zaprojektował istniejący do dziś gmach warszawskiej Akademii Muzycznej.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/46036540</guid><pubDate>Tue, 10 Aug 2021 14:15:14 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/46036540/praskie_audiohistorie_e33.mp3" length="11267448" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Wciąż przypominamy o Powstaniu Warszawskim. Stefan Siennicki miał szesnaście lat, gdy wstąpił do Armii Krajowej. 17 lat, gdy wybuchło Powstanie Warszawskie. Dostał rozkaz przedostania się z Saskiej Kępy, gdzie mieszkał, na Grochów....</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Wciąż przypominamy o Powstaniu Warszawskim. Stefan Siennicki miał szesnaście lat, gdy wstąpił do Armii Krajowej. 17 lat, gdy wybuchło Powstanie Warszawskie. Dostał rozkaz przedostania się z Saskiej Kępy, gdzie mieszkał, na Grochów. <br />Stefan Siennicki (AHM): Wydaje mi się, że byli ludzie, którzy o wiele bardziej, mogliby pani opowiedzieć o sprawach powstania i w ogóle. No, bo brali udział w tym… To była taka sprawa decyzji robionej często dosyć w ostatnim momencie. Jedna z grup Saskiej Kępy atakowała Przyczółek na moście i ja nie wiem, czy ktokolwiek z tego wyszedł. <br />A myśmy mieli za zadanie dostać się na Grochów. Całe szczęście, ze tam były dosyć, duża zieleń taka, burzany takie dziwne. Dlatego, że na przykład w pewnym momencie nas szła taka grupa no jednak pewno z dwadzieścia parę osób z Saskiej Kępy i z Saskiej Kępy na Grochów. <br /><br />Żeśmy się zeszli w części na rogu Obrońców i Poselskiej. Tak jest dom. Przebudowany w tej chwili zupełnie. W tym domu były umieszczone te karabiny, w ten sposób, że otwory wentylacyjne nie kominowe, wpuszczone były na drutach i wyciągaliśmy tak te druty i na końcu był karabin. Mosiny, zresztą takie rosyjskie, długie te karabiny. Strasznie, dłuższe ode mnie chyba w tym okresie I ponieważ ja brałem udział w tym rozkopywaniu tych, odkopywaniu tych karabinów, no, więc oczywiście sobie jeden wybrałem. I to jeden z nich pamiętam miał uszkodzoną muszkę, no i więc nie wziąłem tego tylko wziąłem porządny. I później żeśmy to zawinęli w dywan i tak z tym dywanem żeśmy szli kościół tego, który teraz jest.  później uznaliśmy, że ten dywan jest nam już nie potrzebny. Wyrzuciliśmy ten dywan i już każdy miał. Nie każdy, bo było tych karabinów tylko parę na tych dwadzieścia osób. I tych dwadzieścia osób tak tyraliera przez, szła na Grochów, później. Ja wstąpiłem jeszcze do kościoła tak z tym karabinem nawet.<br /> No i tak i później żeśmy poszli kierunku na Grochów. Na szczęście, myśmy nie, nie próbowali zaatakować, idiotyczne byłby to. Taki oddział kozaków przechodził na koniach i żeśmy ich widzieli, ale byliśmy za tymi różnymi łopuchami tam, także nie byliśmy widoczni dla nich, więc jakoś żeśmy przeczekali to. Oni sobie pojechali. I dotarliśmy właśnie do tych pierwszych domów Grochowa, ale przed tym były te słoneczniki. I w tych słonecznikach nagle nas zobaczyli Niemcy i zaczęli w naszym kierunku iść strzelając z karabinów, znaczy nie z karabinów tylko z automatów, ale ponieważ byli stosunkowo daleko, więc te kule cięły po tych słonecznikach, a my leżeliśmy w słonecznikach, baliśmy się ruszyć. Ja wtedy wyciągnąłem ten karabin, śmieszne bo Janek, który już nie żyje, mówi: „Zabili mnie”. Ja mówię: „Janek nie wygłupiaj się, to ja strzeliłem”. Ten karabin, on leżał obok i ja prawie na nim, go położyłem i wystrzeliłem. <br />A później żeśmy, żeśmy wpadli do jakiegoś domu gdzie były sanitariuszki i te sanitariuszki dały nam opaski i w ogóle i dały nam amunicję. I okazało się, że ta amunicja jest amunicją dymną to znaczy zostawiała za sobą ślad, co było zupełnie bez sensu. Nie wiem, dlaczego tak było, ale tak było.<br /><br />Starałem się później odkryć, który to domek byle, ale trudno było mi. Żeśmy w takich paru domkach umieścili się. Jeden z tych domków był szkołą jakąś czy coś takiego. I w tej szkole, z tej szkoły cześć próbowała, bo później zresztą przyszedł rozkaz, że właściwie się możemy rozpełznąć. Ale w jakiś sposób widocznie może chłopcy, nie wiem jakoś za bardzo byli widoczni, a poza tym Niemcy początkowo trzymali się tylko Grochowskiej pewno. Nie, nie, mało tego myśmy wiedzieli o tym, że Rosjanie zbliżają się prawie do placu Szembeka, już na Grochowie. I wysłaliśmy do nich dwóch kolegów. Znaczy nie my tylko powiedzmy nasze jakby dowództwo.. bo tam już było powiedzmy większe zgrupowanie. Prawdopodobnie częściowo z Grochowa, a częściowo z Saskiej Kępy tylko. I jeden wrócił i mówi, tamtego zaaresztowali Rosjanie. No Rosjanie najwyraźniej, wycofali się zresztą, <br />Chyba...]]></itunes:summary><itunes:duration>705</itunes:duration><itunes:keywords>1944,grochów,historiamówiona,muzeumwarszawskiejpragi,powstaniewarszawskie,saskakępa,stefansiennicki</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e32 Powstanie na Pradze</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e32-powstanie-na-pradze--45935723</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: 1 sierpnia 1944 roku, około 16.30, u zbiegu Markowskiej i Ząbkowskiej, oddział porucznika Michała Łazarskiego „Biebrzy” starł się z oddziałem Schutzpolizei. Na Pradze padły pierwsze strzały Powstania Warszawskiego. Porucznik „Biebrza” poległ, nie dotarł na punkt zborny. Zginęło kilku Powstańców, wróg też poniósł straty.<br />Okupant natychmiast wszczął alarm, poinformował swoje posterunki. Mimo to, o godzinie 17.  około ośmiuset Powstańców, zgodnie z wcześniejszymi rozkazami, ruszyło z Cmentarza Żydowskiego do szturmu na Koszary przy  11 Listopada.  Teren koszar był duży, ogrodzony zasiekami, chroniony przez silnie uzbrojone bunkry. Stacjonowało tam 1200 niemieckich żołnierzy. W dodatku na chwilę przed Godziną W pociąg przywiózł tu dodatkowo kilkadziesiąt Tygrysów, czyli czołgów z dywizji Hermann Göring. <br />Akcja nie miała szans. Bez elementu zaskoczenia, w biały dzień…<br /><br />Na prawym brzegu Warszawy walczył VI obwód AK Praga. 1 sierpnia udało się zmobilizować  sześć tysięcy trzystu walczących z ogólnej liczby ośmiu tysięcy żołnierzy Obwodu. Dowodził nimi Komendant Obwodu, podpułkownik Antoni Żurowski „Andrzej". <br />W swej książce napisał:<br />„Nasze uzbrojenie składało się z 272 karabinów, do których przygotowano 4800 szt. amunicji, 6 ciężkich karabinów maszynowych z 2600 szt. amunicji, 7 ręcznych karabinów maszynowych, 1 armatki przeciwpancernej z 80 pociskami, 10 pistoletów maszynowych z 900 szt. amunicji, 10 pistoletów Sten i innych, 100 granatów ręcznych polskich, około 500 granatów ręcznych własnej produkcji i około 600 butelek zapalających. Z takim uzbrojeniem mieliśmy uderzyć, aby zdobywać niemieckie umocnione budynki, bunkry i mosty, miejsca stacjonowania piechoty i sił pancernych. Zdawałem sobie sprawę, że czeka mnie przekazanie żołnierzom rozkazu o podjęciu przez obwód niewykonalnego zadania".<br /><br />A przecież powodzenie walk na prawym brzegu Warszawy miało niebagatelne znaczenie dla całego Powstania Warszawskiego. Przecież z tej strony, po tych drogach, torach i mostach miało przyjść wsparcie dla lewobrzeżnej stolicy. Spodziewano się, że Armia Czerwona wkroczy…<br /><br />W przededniu wybuchu Powstania prawobrzeżna Warszawa pełniła rolę zaplecza dla frontowych jednostek niemieckich walczących z ofensywą Armii Czerwonej. Byli tu i żołnierze wycofani z linii walk i oddziały właśnie kierowane na front. Niemcy wciąż dosyłali na Pragę broń, czołgi, ludzi…<br /><br />Powstańcy stanęli przeciw tej potędze. Walczyli m.in. o Dworzec Wschodni, o budynek Schutzpolitzai przy Targowej 15, centralę telefoniczną przy Ząbkowskiej. Walczyli o obiekty na Bródnie (ciężkie walki na terenie Cmentarza Bródnowskiego), Pelcowiźnie i na Golędzinowie…<br /><br />Jednym z głównych zadań praskich Powstańców było zdobyć i utrzymać mosty przez Wisłę. Z bardzo niewielkim uzbrojeniem zaatakowali silnie chroniony Most Poniatowskiego. Ponieśli ogromne i przewidywane jeszcze przed atakiem straty.<br />Podporucznik, który miał poprowadzić atak na Most Średnicowy, po oszacowaniu szans zrezygnował z akcji i wycofał oddział na Grochów. <br />Dowództwo odwołało też ataki na most Kierbedzia i most kolei obwodowej.<br /><br />Chyba najbardziej spektakularnym sukcesem Powstania na Pradze było zdobycie gmachu Dyrekcji PKP przy Targowej 74 przez oddział porucznika Bronisława Gontarczyka „Bolka”.<br />Przez kilka godzin Powstańcy z okien tego budynku, przy pomocy zdobycznej broni, ostrzeliwali skrzyżowanie Targowej z Zygmuntowską, celując w transporty wroga. Cywile zaczęli już budować barykady… gdy Powstańcom skończyła się amunicja i musieli opuścić gmach…<br /><br />Już 2 sierpnia Komendant Obwodu AK Praga wiedział z jego ludzi 300 poległo, kolejnych 300 jest rannych, broni i łączności prawie nie ma… Jako oficer z dużym doświadczeniem podjął bardzo trudną decyzję. We wspomnieniach zapisał: „Zdawałem sobie sprawę, że jestem odpowiedzialny nie tylko za los żołnierzy, ale także ludności cywilnej.” <br />4 sierpnia Pułkownik Żurowski rozkazał wstrzymanie walki i przejście w stan konspiracji. Sugerował, żeby próbować przedostać się na lewą stronę… Komenda Główna AK zatwierdziła tę decyzję 10 sierpnia.<br />Około 500 praskich powstańców przedostało się przez Wisłę i kontynuowało walkę zbrojną.<br /><br />Więcej o powstaniu na Pradze możecie przeczytać miedzy innymi w książce  Lesława Bartelskiego „Praga. Warszawskie Termopile 1944". Polecam też wspomnienia praskiego Komendanta, Antoniego Żurowskiego, pod tytułem „W walce z dwoma wrogami".]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45935723</guid><pubDate>Tue, 03 Aug 2021 13:40:19 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45935723/praskie_audiohistorie_e32.mp3" length="4843868" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: 1 sierpnia 1944 roku, około 16.30, u zbiegu Markowskiej i Ząbkowskiej, oddział porucznika Michała Łazarskiego „Biebrzy” starł się z oddziałem Schutzpolizei. Na Pradze padły pierwsze strzały Powstania Warszawskiego. Porucznik „Biebrza”...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: 1 sierpnia 1944 roku, około 16.30, u zbiegu Markowskiej i Ząbkowskiej, oddział porucznika Michała Łazarskiego „Biebrzy” starł się z oddziałem Schutzpolizei. Na Pradze padły pierwsze strzały Powstania Warszawskiego. Porucznik „Biebrza” poległ, nie dotarł na punkt zborny. Zginęło kilku Powstańców, wróg też poniósł straty.<br />Okupant natychmiast wszczął alarm, poinformował swoje posterunki. Mimo to, o godzinie 17.  około ośmiuset Powstańców, zgodnie z wcześniejszymi rozkazami, ruszyło z Cmentarza Żydowskiego do szturmu na Koszary przy  11 Listopada.  Teren koszar był duży, ogrodzony zasiekami, chroniony przez silnie uzbrojone bunkry. Stacjonowało tam 1200 niemieckich żołnierzy. W dodatku na chwilę przed Godziną W pociąg przywiózł tu dodatkowo kilkadziesiąt Tygrysów, czyli czołgów z dywizji Hermann Göring. <br />Akcja nie miała szans. Bez elementu zaskoczenia, w biały dzień…<br /><br />Na prawym brzegu Warszawy walczył VI obwód AK Praga. 1 sierpnia udało się zmobilizować  sześć tysięcy trzystu walczących z ogólnej liczby ośmiu tysięcy żołnierzy Obwodu. Dowodził nimi Komendant Obwodu, podpułkownik Antoni Żurowski „Andrzej". <br />W swej książce napisał:<br />„Nasze uzbrojenie składało się z 272 karabinów, do których przygotowano 4800 szt. amunicji, 6 ciężkich karabinów maszynowych z 2600 szt. amunicji, 7 ręcznych karabinów maszynowych, 1 armatki przeciwpancernej z 80 pociskami, 10 pistoletów maszynowych z 900 szt. amunicji, 10 pistoletów Sten i innych, 100 granatów ręcznych polskich, około 500 granatów ręcznych własnej produkcji i około 600 butelek zapalających. Z takim uzbrojeniem mieliśmy uderzyć, aby zdobywać niemieckie umocnione budynki, bunkry i mosty, miejsca stacjonowania piechoty i sił pancernych. Zdawałem sobie sprawę, że czeka mnie przekazanie żołnierzom rozkazu o podjęciu przez obwód niewykonalnego zadania".<br /><br />A przecież powodzenie walk na prawym brzegu Warszawy miało niebagatelne znaczenie dla całego Powstania Warszawskiego. Przecież z tej strony, po tych drogach, torach i mostach miało przyjść wsparcie dla lewobrzeżnej stolicy. Spodziewano się, że Armia Czerwona wkroczy…<br /><br />W przededniu wybuchu Powstania prawobrzeżna Warszawa pełniła rolę zaplecza dla frontowych jednostek niemieckich walczących z ofensywą Armii Czerwonej. Byli tu i żołnierze wycofani z linii walk i oddziały właśnie kierowane na front. Niemcy wciąż dosyłali na Pragę broń, czołgi, ludzi…<br /><br />Powstańcy stanęli przeciw tej potędze. Walczyli m.in. o Dworzec Wschodni, o budynek Schutzpolitzai przy Targowej 15, centralę telefoniczną przy Ząbkowskiej. Walczyli o obiekty na Bródnie (ciężkie walki na terenie Cmentarza Bródnowskiego), Pelcowiźnie i na Golędzinowie…<br /><br />Jednym z głównych zadań praskich Powstańców było zdobyć i utrzymać mosty przez Wisłę. Z bardzo niewielkim uzbrojeniem zaatakowali silnie chroniony Most Poniatowskiego. Ponieśli ogromne i przewidywane jeszcze przed atakiem straty.<br />Podporucznik, który miał poprowadzić atak na Most Średnicowy, po oszacowaniu szans zrezygnował z akcji i wycofał oddział na Grochów. <br />Dowództwo odwołało też ataki na most Kierbedzia i most kolei obwodowej.<br /><br />Chyba najbardziej spektakularnym sukcesem Powstania na Pradze było zdobycie gmachu Dyrekcji PKP przy Targowej 74 przez oddział porucznika Bronisława Gontarczyka „Bolka”.<br />Przez kilka godzin Powstańcy z okien tego budynku, przy pomocy zdobycznej broni, ostrzeliwali skrzyżowanie Targowej z Zygmuntowską, celując w transporty wroga. Cywile zaczęli już budować barykady… gdy Powstańcom skończyła się amunicja i musieli opuścić gmach…<br /><br />Już 2 sierpnia Komendant Obwodu AK Praga wiedział z jego ludzi 300 poległo, kolejnych 300 jest rannych, broni i łączności prawie nie ma… Jako oficer z dużym doświadczeniem podjął bardzo trudną decyzję. We wspomnieniach zapisał: „Zdawałem sobie sprawę, że jestem odpowiedzialny nie tylko za los żołnierzy, ale także ludności cywilnej.” <br />4 sierpnia Pułkownik...]]></itunes:summary><itunes:duration>303</itunes:duration><itunes:keywords>1944,1sierpnia,godzinaw,muzeumwarszawskiejpragi,powstanienapradze,powstaniewarszawskie,praga,żurowski</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e31 Praga w obiektywie Alberta Krystyniaka</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e31-praga-w-obiektywie-alberta-krystyniaka--45526712</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Muzeum zaprasza na wystawę „Praga Lat 70. Fotografie Alberta Krystyniaka”, a w „Praskich Audiohistoriach” twórcy tej wystawy: Adam Lisiecki i Anna Wigura opowiadają o wybranych zdjęciach. Które zrobiły największe wrażenie? Które najbardziej lubią? Jak na nie patrzą?<br />Adam Lisiecki: Ze zbioru zdjęć, które prezentujemy na wystawie i w ogóle ze zbioru zdjęć który trafił do Muzeum Warszawy autorstwa Alberta Krystyniaka no największe wrażenie chyba zrobiły te oczywiście z mieszkańcami, z prażanami, czy z ludźmi, którzy na terenie Pragi załatwiają jakieś swoje sprawunki, czy pracują. Są to osoby przyłapane na codzienności, tak bym to nazwał. I z tego całego zbioru chyba najciekawsze wydają się jedno związane z Bazarem Różyckiego. Jest na tym zdjęciu fragment bazaru od strony ulicy Brzeskiej, w tle widać jakieś fragmenty kamienicy, a na samym środku, centralnie ujęta jest taka scena z przekupkami, z paniami, które no wybitnie mają dobry humor, sprzedają zdaje się że koperek, albo pietruszkę. Tutaj pod nogami w gazetach i jakichś reklamówkach posiadają jeszcze jakiś towar i sprzedają właśnie zainteresowanym tutaj dwójce państwu ten swój towar, no i tak trwa codzienność ta handlowa. Zdaje się, że to już jest późne popołudnie, więc bazar ze względu na układ cieni, czyli słońce już mamy po drugiej stronie Wisły, także bazar już pewnie jest w godzinach takich no tuż przed zamknięciem. Jest to ostatnia możliwość nabycia właśnie tej zieleninki i tutaj panie dobijają interes. To ewidentnie jest jakaś cieplejsza pora roku. Prawdopodobnie albo jakaś wiosna, może późniejsza wiosna, ewentualnie no gdzieś tam wrzesień, raczej nie lato, bo tutaj dwójka państwa no jest ubrana, jedna pani w taki dłuższy płaszcz do kolan, ale co zabawne, jedna ze sprzedających ma ciemne okulary przeciwsłoneczne zdaje się, więc w ogóle dodaje tego jakiegoś surrealizmu tej scenie.<br />- Ale wszystkie trzy kobiety na zdjęciu mają chusteczki jeszcze wiązane pod brodą.<br />Adam Lisiecki:  O zgadza się, mają na głowach chusty zasłaniające włosy. Natomiast tam w tle przebiega jeszcze jakaś młoda dama, ale już z rozwianymi włosami, także z taką luźniejszą fryzurą. Zdjęcie jest czarnobiałe, tak jak wszystkie tutaj pokazywane na wystawie. Albert Krystyniak autor tego zdjęcia fotografował na kliszach czarnobiałych marki Orwo. Drugie zdjęcie to jest takie zdjęcie przypominające trochę dzieciństwo, te złote czasy wolności. Mamy na zdjęciu czwórkę dzieci, w wieku no przypuszczam no najmłodszy może mieć jakieś 3 lata, ale dokazuje i stoi z lalką. Plus trzech no chyba chłopaków, już w wieku, zdaje się że tak no mniej więcej 6 lat, 6-7 lat, może trochę starsi. Są na podwórku, ciasnym podwórku studni przy ulicy Środkowej. Na podwórku widać jeszcze kawałek drabiny, która leży, bardzo wysoka drabina, jest oparta o ścianę i materac, chyba z łóżka takiego sprężynowego, zlikwidowanego już, znaczy w sensie rozebranego, także jakieś resztki leżą tutaj na podwórzu. No i dzieci jak to dzieci no korzystają z tych atrakcji, jakie dostarcza im podwórze. <br />- A skąd wiesz, że to jest podwórze na Środkowej?<br />Adam Lisiecki: Ano właśnie, to parę ładnych miesięcy szukania, znaczy lokalizowania miejsc, gdzie były te zdjęcia wykonane. Tutaj akurat zadecydowały o tym ramy okien i kraty, które są w oknach. Oczywiście też jest pewna sekwencja ujęć. Żeby zlokalizować część zdjęć musiałem zrekonstruować całą taśmę filmową. <br />- Czyli przeszedłeś ścieżkę tę samą, którą szedł fotografik?<br />Adam Lisiecki: Tak, tak, czyli, bo ponieważ zdjęcia później zostały przez Alberta Krystyniaka pocięte na takie trzykadrowe fragmenty, były w albumie te wszystkie trzy… Znaczy wszystkie te fragmenty powyciągałem, wyciągnąłem i ułożyłem sobie na stole, a następnie za pomocą lupy i powiedzmy większej dawki czasu zacząłem składać i rekonstruować te klisze. Wyszło mi tam ponad 20 klisz. Były klisze kilkunastokadrowe. I już wiedziałem, że to jest gdzieś w okolicy, w okolicy Pałacu Konopackiego, czyli Środkowa, Strzelecka. A później no korzystałem raz, że z wizyt w tamtych miejscach, a dwa, z materiałów w sieci, z układu kamienicy, ze zdjęć lotniczych i tak doszedłem do tego, że jest to kamienica przy ulicy Środkowej, niedaleko 11 listopada. <br />- Da się ustalić konkretny adres?<br />Adam Lisiecki: Tak, to jest Środkowa 25. <br />- Czy wiadomo kim były te dzieci? Czy to są dzieci spotkane po prostu w trakcie robienia zdjęć?<br />Adam Lisiecki: To zdjęcie, to są dzieci jakby zastane, takie podwórzowe, podwórzowa ekipa, taka banda. Chciałem się dowiedzieć kto to jest. Dzisiaj to są dzieci mające około 50… znaczy dzieci, już dorośli mający pewnie jakieś 55-60 lat, także ludzie, którzy przeżyli już swoje i ciekawe byłoby zapytać się jak, jak te dzieciństwo na Pradze smakowało. I… po minach tych dzieci wpatrzonych w pana Krystyniaka, ewidentnie przerwał im zabawę, zaciekawił. No jest jakiś człowiek w okularach, zdaje się, że z brodą, stoi, robi im zdjęcia, więc dzieci były zaciekawione. Ale po minach widać też pewną radość. Widać, że chyba dobrze spędzają czas. Natomiast trzecie zdjęcie, które przyznam, że mi się podoba jest częścią serii zdjęć. Znaczy Robert Krystyniak na ulicy znowu Środkowej, tam spędził dość sporo czasu, na ulicy Środkowej 18, stał na podwórku i obserwował dość długo scenę, obserwował i dokumentował, rejestrował aparatem fotograficznym scenę wieszania prania. Zdaje się to rzecz tak codzienna, zwyczajna, że rzadko kiedy my w domu robimy zdjęcia, kiedy wieszamy pranie, czy w ogóle…<br />- Może dlatego że nie mamy podwórek ze sznurkiem.<br />Adam Lisiecki: Właśnie. Więc tutaj Krystyniak… Krystyniaka chyba skusiła ta zwyczajność, ta codzienność tej sceny. Mamy kilka zdjęć i możemy prześledzić cały proces wieszania prania na podwórzu, czyli jakiś fragment starego budynku, najpierw pani rozwieszała linę, zaczepiając je o jedno okno i o drugie okno, a następnie z wiadra wyjmowała poszczególne elementy garderoby tej mokrej i rozwieszała przypinając spinaczami poszczególne te części garderoby. Tutaj można rozpoznać jakieś spodnie, biustonosz, koszulę. Pani jest w wieku tak na oko jakieś 50 lat, ma kwiecistą sukienkę odkrywającą ramiona. Sukienka sięga do kolan, a towarzyszy jej jakieś malutkie dziecko, tak na oko jakieś dwuletnie. I ta scena została zarejestrowana chyba na kilkunastu zdjęciach, także ewidentnie ma to w sobie jakąś siłę taką, taki smak. Ludzie wieszali pranie na podwórkach ci którzy mogli. I takich zdjęć Alberta Krystyniaka jest więcej.  Dlaczego? Ponieważ nie było po pierwsze pralko-suszarek, czy suszarek. Jeśli chodzi o rozwieszanie prania, to też wiem z autopsji robiono to, gdzie się tylko dało, na przykład na strychu, na przykład w kuchni rozwieszając pod sufitem sznurki. Tam rzadko kto na Pradze w latach 70-tych miał łazienkę, żeby móc sobie tak rozwiesić pranie.<br />- Tak. Od razu myślę o tym jak ona prała te rzeczy, nie tylko o tym jak je suszy. <br />Adam Lisiecki:  No właśnie, to pewnie kolejna rzecz, taka dosyć trudna codzienność. Znaczy wtedy to była zwyczajna codzienność. Dzisiaj byśmy pewnie raczej uznali, że to jest jakieś duże wyzwanie, a jeszcze trzeba byłoby uprać pewnie rzeczy po dziecku…<br />- Pewnie i dziecko trzeba uprać, bo to zdaje się piasek to na dole. <br />Adam Lisiecki: Tak jest, więc to pokazuje duże wyzwania jakie stały przed mieszkańcami ówczesnej Pragi, ale też pewien… pewien sposób na to życie, no jakoś, jakoś dawali sobie radę. <br />- I dlaczego akurat te trzy zdjęcia wybrałeś?<br />Adam Lisiecki:  Wydaje mi się, że one mają ten smak codzienności, że one… one jakby tak trochę, trochę kradną taki, taką… taką zwyczajność. Pokazują zwyczajność, której często nie doceniamy. Gdzieś ona nam przemyka przez palce. Ogólnie  wszystko traktujemy to jako coś co… jest bo jest i musi być. Natomiast można pewne rzeczy też zacząć doceniać, ale dopiero wtedy jak je zaczniemy zauważyć. A najłatwiej jest zauważyć dopiero jak ktoś przyjdzie z zewnątrz i je udokumentuje, sfotografuje czy nam coś ciekawego powie. Dopiero wtedy zaczynamy zauważać te codzienności. <br />- Każdy z nas odbiera zdjęcia Alberta Krystyniaka inaczej. Inaczej czujemy Pragę, mamy różne doświadczenia i rozmaite wykształcenia. Ania Wigura spojrzała na te fotografie jako historyczka sztuki.<br />Ania Wigura: Wybrałam zdjęcia, które w mojej ocenie są najciekawsze. Pierwsze z nich można znaleźć w części otwierającej wystawę. Jest to jedna z czterech fotografii wprowadzających do ekspozycji. Jest to kadr, w którym widzimy zderzenie dwóch światów. Widzimy rozbierana kamienicę, w tle fragment bloku, a na ostatnim trzecim planie perspektywę ulicy Targowej, jeszcze z zabudową XIX-wieczną. Zwróciłam na niego uwagę z powodu tego, że przedstawia fragment Pragi, którą znam, a mianowicie na ostatnim planie można zauważyć charakterystyczne trzyschodkowe szczyty kamienicy Targowej 62. Dla Krystyniaka to niezwykle rzadkie, fotografowanie takich miejsc tak rozpoznawalnych jak skrzyżowanie Targowej i Ząbkowskiej ewidentnie nie było jego celem. W tej fotografii udało mu się udokumentować umieszczone na ścianie bocznej kamienicy mural z reklamą FSO, które automatycznie przenosi naszą uwagę na znajdujące się na drugim planie samochody. Wśród nich, w pełnej okazałości, a jakże, Fiat 125. Czy to właśnie nim przyjechała barwna postać w Dzwonach? Trudno powiedzieć. Czy to ktoś z widocznego po prawej stronie bloku? A może z rozpadającej się po lewej stronie kamienicy. Widoczna na pierwszym planie pusta, nie zagospodarowana przestrzeń, pozwala nam z dystansu podziwiać ten przedziwny krajobraz, w którym drewniane ogrodzenie kontrastuje z zimną konstrukcją trzepaków. Jasna, gładka elewacja bloków z chropowatą strukturą cegieł wyburzanej kamienicy, a sucha ziemia z wilgotnym praniem, które ktoś w tym miejscu rozwiesił. Druga fotografia to niecodzienne ujęcia nieba, uchwyconego z perspektywy zimnej, głębokiej studni. <br />Całość transkrypcji na <a href="https://muzeumpragi.pl/praskie-audiohistorie/" rel="noopener">https://muzeumpragi.pl/praskie-audiohistorie/</a>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45526712</guid><pubDate>Mon, 26 Jul 2021 22:10:03 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45526712/praskie_audiohistorie_e31_praga_w_obiektywie_krystyniaka.mp3" length="14849358" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Muzeum zaprasza na wystawę „Praga Lat 70. Fotografie Alberta Krystyniaka”, a w „Praskich Audiohistoriach” twórcy tej wystawy: Adam Lisiecki i Anna Wigura opowiadają o wybranych zdjęciach. Które zrobiły największe wrażenie? Które...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Muzeum zaprasza na wystawę „Praga Lat 70. Fotografie Alberta Krystyniaka”, a w „Praskich Audiohistoriach” twórcy tej wystawy: Adam Lisiecki i Anna Wigura opowiadają o wybranych zdjęciach. Które zrobiły największe wrażenie? Które najbardziej lubią? Jak na nie patrzą?<br />Adam Lisiecki: Ze zbioru zdjęć, które prezentujemy na wystawie i w ogóle ze zbioru zdjęć który trafił do Muzeum Warszawy autorstwa Alberta Krystyniaka no największe wrażenie chyba zrobiły te oczywiście z mieszkańcami, z prażanami, czy z ludźmi, którzy na terenie Pragi załatwiają jakieś swoje sprawunki, czy pracują. Są to osoby przyłapane na codzienności, tak bym to nazwał. I z tego całego zbioru chyba najciekawsze wydają się jedno związane z Bazarem Różyckiego. Jest na tym zdjęciu fragment bazaru od strony ulicy Brzeskiej, w tle widać jakieś fragmenty kamienicy, a na samym środku, centralnie ujęta jest taka scena z przekupkami, z paniami, które no wybitnie mają dobry humor, sprzedają zdaje się że koperek, albo pietruszkę. Tutaj pod nogami w gazetach i jakichś reklamówkach posiadają jeszcze jakiś towar i sprzedają właśnie zainteresowanym tutaj dwójce państwu ten swój towar, no i tak trwa codzienność ta handlowa. Zdaje się, że to już jest późne popołudnie, więc bazar ze względu na układ cieni, czyli słońce już mamy po drugiej stronie Wisły, także bazar już pewnie jest w godzinach takich no tuż przed zamknięciem. Jest to ostatnia możliwość nabycia właśnie tej zieleninki i tutaj panie dobijają interes. To ewidentnie jest jakaś cieplejsza pora roku. Prawdopodobnie albo jakaś wiosna, może późniejsza wiosna, ewentualnie no gdzieś tam wrzesień, raczej nie lato, bo tutaj dwójka państwa no jest ubrana, jedna pani w taki dłuższy płaszcz do kolan, ale co zabawne, jedna ze sprzedających ma ciemne okulary przeciwsłoneczne zdaje się, więc w ogóle dodaje tego jakiegoś surrealizmu tej scenie.<br />- Ale wszystkie trzy kobiety na zdjęciu mają chusteczki jeszcze wiązane pod brodą.<br />Adam Lisiecki:  O zgadza się, mają na głowach chusty zasłaniające włosy. Natomiast tam w tle przebiega jeszcze jakaś młoda dama, ale już z rozwianymi włosami, także z taką luźniejszą fryzurą. Zdjęcie jest czarnobiałe, tak jak wszystkie tutaj pokazywane na wystawie. Albert Krystyniak autor tego zdjęcia fotografował na kliszach czarnobiałych marki Orwo. Drugie zdjęcie to jest takie zdjęcie przypominające trochę dzieciństwo, te złote czasy wolności. Mamy na zdjęciu czwórkę dzieci, w wieku no przypuszczam no najmłodszy może mieć jakieś 3 lata, ale dokazuje i stoi z lalką. Plus trzech no chyba chłopaków, już w wieku, zdaje się że tak no mniej więcej 6 lat, 6-7 lat, może trochę starsi. Są na podwórku, ciasnym podwórku studni przy ulicy Środkowej. Na podwórku widać jeszcze kawałek drabiny, która leży, bardzo wysoka drabina, jest oparta o ścianę i materac, chyba z łóżka takiego sprężynowego, zlikwidowanego już, znaczy w sensie rozebranego, także jakieś resztki leżą tutaj na podwórzu. No i dzieci jak to dzieci no korzystają z tych atrakcji, jakie dostarcza im podwórze. <br />- A skąd wiesz, że to jest podwórze na Środkowej?<br />Adam Lisiecki: Ano właśnie, to parę ładnych miesięcy szukania, znaczy lokalizowania miejsc, gdzie były te zdjęcia wykonane. Tutaj akurat zadecydowały o tym ramy okien i kraty, które są w oknach. Oczywiście też jest pewna sekwencja ujęć. Żeby zlokalizować część zdjęć musiałem zrekonstruować całą taśmę filmową. <br />- Czyli przeszedłeś ścieżkę tę samą, którą szedł fotografik?<br />Adam Lisiecki: Tak, tak, czyli, bo ponieważ zdjęcia później zostały przez Alberta Krystyniaka pocięte na takie trzykadrowe fragmenty, były w albumie te wszystkie trzy… Znaczy wszystkie te fragmenty powyciągałem, wyciągnąłem i ułożyłem sobie na stole, a następnie za pomocą lupy i powiedzmy większej dawki czasu zacząłem składać i rekonstruować te klisze. Wyszło mi tam ponad 20 klisz. Były klisze kilkunastokadrowe. I już wiedziałem, że to jest gdzieś w okolicy, w okolicy Pałacu...]]></itunes:summary><itunes:duration>929</itunes:duration><itunes:keywords>albertkrystyniak,fotografia,historia,krystyniak,krystyniaka,lata70,muzeumwarszawskiejpragi,pragalat70,pragazdjęcia,warszawazdjęcia,wystawa</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e30 Plac Leńskiego</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e30-plac-lenskiego--45526664</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Jest już nowa książka o prawobrzeżnej Warszawie! „Plac Leńskiego” to powieść o dzieciństwie i dorastaniu w centrum Pragi II na przełomie lat 60. i 70.  Autora znacie: to Daniel Wyszogrodzki, dziennikarz muzyczny, tłumacz. Posłuchajcie naszej rozmowy o miejscach, ludziach, doświadczeniach i – oczywiście – o muzyce opisanej w książce. To przedsmak tego, co usłyszycie na spotkaniu autorskim z Danielem Wyszogrodzkim już w najbliższy czwartek, 22 lipca, w Muzeum Pragi.<br />Daniel Wyszogrodzki:<br />Daniel Wyszogrodzki: Pierwszą płytą jaką… którą opisuję w tej książce była płyta z „Błękitną rapsodią” i z „Amerykaninem w Paryżu” Gershwina. Kupił ją mój ojciec, który kojarzył te utwory, bo ja nie, w Empiku, w Juniorze. I to był taki trochę ewenement, dlatego że pierwsza płytą, jaką kupiłem, była płytą Polskich Nagrań, ale z licencji Columbia, amerykańskiej, bo były to nagrania Leona Bernsteina i filharmoników nowojorskich. I tak to jest z tymi pierwszymi płytami, zna się je na pamięć, bo się ich słucha tam tych pierwszych 500 razy. I ja właśnie mi się wydawało, że ja mogę zagrać już tą „Błękitną rapsodię”, bo pamiętałem wszystkie niuanse. A potem z jakiegoś powodu, o czym też wspominam w książce, mój ojciec zaczął kompletować symfonie Beethovena. On nie był ani koneserem, ani nie miał w sobie żadnej pasji do zbierania, kolekcjonowania płyt. Był zajętym lekarzem. Nie mieszkaliśmy zresztą razem, ja bywałem u niego w weekendy. I uzbierał tych dziesięć symfonii już w polskich wykonaniach. I ja… to były moje pierwsze nagrania.<br />- A ile pan miał lat?<br />Daniel Wyszogrodzki:  To była jakaś moja 6-7 klasa, mniej więcej podstawówki.<br />- No to podejrzewam, że koledzy słuchali wtedy czego innego. <br />Daniel Wyszogrodzki: Koledzy… ale ja też z kolegami słuchałem czego innego, tylko nie miałem do tego żadnego klucza. Ja opisuję w książce taką historię, kiedy zachowałem się w dwóch piosenkach. Nie wiedziałem kto gra, co gra, strasznie mi się podobały, to było na koloniach gdzieś. I puszczano je z pocztówek dźwiękowych. I ja w końcu dotarłem do źródła i zorientowałem się, że jest to zespół The Beatles, to mi nie wiele nie mówiło. A te piosenki to były „Girl” i „Michelle”, takie dwie liryczne bardzo, sentymentalne piosenki, które mnie wzruszały. I potem odbyłem, opisaną też w książce samodzielną, pierwszą, na Bazar Różyckiego, czyli tutaj. I muszę przyznać, że bardzo szybko się dogadałem ze sprzedającą panią, ona bardzo szybko się zorientowała, czego ja szukam. Zapamiętałem, że tak zabawnie wymawiała ten tytuł, bo mówiła „Gę”, „Gę”. Jest „Gę” dla kawalera zaraz poszukamy. I kupiłem tę pocztówkę tutaj. I dopiero jak wracałem tramwajem z Targowej, bo mieszkałem na Placu Leńskiego, tak jak w tytule książki. Jak wracałem tramwajem tutaj koło Czterech Śpiących i koło kościoła i tam do ZOO do mojego przystanku, to się zorientowałem, że nie mam jej na czym odtworzyć. No bo nie było tego w domu, tu ja mieszkałem z dziadkami na Placu Leńskiego. Ale kolega miał Bambino w domu i też posłuchaliśmy tej, tej pocztówki jakieś tam pierwsze 200 razy razem. A potem mój ojciec dostał, dostał w pracy jako jakąś nagrodę, gramofon Mr Hit. I ja słuchałem płyt, kiedy jeździłem do niego na Saską Kępę, bo ojciec mieszkał na Zwycięzców, na weekendy. Też nie wszystkie, bo miał czasami dyżury. I w końcu ojciec chyba po roku, tam trochę tych płyt przybyło, niezbyt wiele, był ten Gershwin, był Beethoven. Jedno z takich pierwszych, też dla mnie bardzo takich ważnych w kształtowaniu mojego gustu i wrażliwości muzycznych, była płyta, na której polscy aktorzy śpiewali piosenki Bułata Okudżawy. To była bardzo popularna płyta wtedy, Bułata Okudżawy. W świetnych przekładach. Tam śpiewał Młynarski, Edmund Fetting, tam było tłumaczenie Agnieszki Osieckiej. Sława Przybylska oczywiście, była jedna piosenka w oryginalnym wykonaniu. I chyba gdzieś po roku mój ojciec się poddał, powiedział weź sobie ten gramofon i te płyty, ja tutaj przywiozłem do dziadków. I już wtedy miałem ten gramofon.  I no a potem, już w ósmej klasie, kiedy byłem dużym chłopcem, wymyśliłem taki… sam wymyśliłem taki proceder poszerzania płytoteki, a w zasadzie wiedzy muzycznej, bo płytoteka mi się nie rozrastała, ale wiedza owszem, bo odkryłem na Mariensztacie giełdę płytową. To znaczy taki właściwie bazarek tam był, pchli targ na Mariensztacie, gdzie chodziłem na piechotę zawsze przez most, bardzo to lubiłem. I ponieważ te płyty były horrendalnie drogie, płyty zagraniczne mówię, […] kosztowały 400, 500, 600 zł, kiedy ja miałem stówę zaskórniaków miesięcznie na wszystko, z komunikacją włącznie. Więc to było nie osiągalne zupełnie. Ale jak już uzbierałem tam jakimś cudem, to jest w książce opisane, te pierwsze pieniądze, to stworzyłem taki system, w którym jechałem na Mariensztat, kupowałem płytę, słuchałem jej przez tydzień tak, że następny wykonawca by po prostu… następny…<br />- Odtwórca tak?<br />Daniel Wyszogrodzki: Odtwórca by zbladł, ale ona mi w głowie zostawała, po czym jechałem znowuż na Mariensztat i starałem się sprzedać przynajmniej za tyle, za ile kupiłem. Taką płytę miałem przez tydzień, do następnej niedzieli. I próbowałem ją wtedy sprzedać i natychmiast kupić za te pieniądze coś podobnego. Czasami trochę straciłem, czasami coś tam zyskałem i tak się poszerzała moja wiedza, nie poszerzając mojej płytoteki, bo na to nie było wtedy żadnych szans. Pamiętam, że chyba ojciec jako lekarz zarabiał około 2000 a te płyty kosztowały tak jak mówię po 500 złotych no. <br />- Książka nosi tytuł Plac Leńskiego, czyli tak naprawdę Plac Hellera?<br />Daniel Wyszogrodzki: Dzisiaj tak. Ja się wychowałem przy Placu Leńskiego, na Placu Leńskiego. My mieszkaliśmy na trzecim piętrze, dwa piętra nad Restauracją pod niedźwiedziem. Ona była czynna do północy, był tam dancing, po dancingu były różne hocki klocki od podwórka, bo tam były… wychodzili panowie załatwiać sprawy, po męsku, pojedynki, sola tak zwane, solówki tam się wyzywali…<br />- A taki dancing z muzyką na żywo?<br />Daniel Wyszogrodzki: Tak. Pod Niedźwiedziem była muzyka na żywo. I grał tam zespół. Czasami go z kolegami już później obserwowaliśmy przez kraty. Nigdy w życiu nie byłem w tej restauracji nad którą mieszkałem. Nigdy. Nigdy tam nie zjadłem niczego. <br />- Ale to była taka kategoria speluna, czy raczej…<br />Daniel Wyszogrodzki: To raczej był kategoria lokal. Lokal to był. Tam przyjeżdżali taksówkarze z całej Warszawy, tam dochodziło właśnie do bójek, bo tam były różne sprzeczki, tam przyjeżdżała okoliczna… nie powiem, że finansiera wtedy, ale nie. To był raczej lokal. Ona miała status restauracji eleganckiej, był ogromny neon Pod niedźwiedziem w naszym domu. Nie znalazłem śladu tego neonu na zdjęciach w sieci. Nie udało mi się. Był neon z misiem brązowym, który wchodził do góry po drzewie zielonym, na załamaniu tego domu. Ja mieszkałem pod tym neonem Pod Niedźwiedziem, więc się popisywałem przed koleżankami, że ten niedźwiedź to ja oczywiście, bo to jest pode mną. I ta restauracja była bardzo popularna. Kiedyś znajomy, który przyjechał do nas powiedział, że wszedł do taksówki i zapytał taksówkarza, czy wie pan gdzie jest restauracja Pod Niedźwiedziem, na co taksówkarz odpowiedział za dobrze proszę pana, za dobrze. Ale, kontynuując ten temat, za filarami była kawiarnia, nazywała się Filipinka i tam też się odbywały występy na żywo. Tam też przyjeżdżały zespoły. I my czasami już ich później słuchaliśmy siedząc na ławkach, bo było tak samo słychać na zewnątrz. Ale tam była kawiarnia, w której ja już później bywałem w liceum, bo tam się chodziło na kawę i na ciacho z kolegami, czy z koleżankami. Jak był brzydki dzień można było zamiast na spacer iść do Filipinki. W podstawówce nie chodziłem tam oczywiście sam, nie chodziłem sam do kawiarni wtedy jeszcze. Ale pomiędzy jedną, a drugą na rogu, tam oczywiście teraz są wszędzie Rossmanny i Biedronki. Ale, tam była cukiernia, ta cukiernia miała bardzo dobrą renomę, bardzo dobre wypieki. Tam się chodziło na pączka. Tam szczytem marzeń była…  pączki kosztowały 2 zł, wuzetka kosztowała 5,40. To było ciastko, to było ciastko dla bogatych. Ja pamiętam, jak babcia kupowała wuzetkę, zabieraliśmy do domu, jedliśmy na pół. Ten plac Leńskiego tak mi się… jest bardzo żywy w mojej pamięci. On się staje w tej książce… on jest właśnie bohaterem tej książki też. I dlatego uważam, że fajnie, że wydawnictwo zgodziło się na ten tytuł. Może nie jest on zbyt marketingowy, ale bardzo dobrze oddaje ducha tej książki, w którym, w której Plac Leńskiego jest taką troszeczkę metaforą świata i taką busolą moją. Ja ten świat rozszerzam w każdą stronę. Tam jest ZOO, tam jest więzienie kobiece, tam się idzie do kolegi Trojana, który mieszka w blokach na Pradze 3, tu się idzie na Bazar Różyckiego  i do Czterech śpiących w tą stronę. Ja byłem takim dzieckiem eksplorującym otoczenie. To znaczy babcia mnie krótko trzymała i bardzo się o mnie martwiła, była nadopiekuńcza, ale ja się wymykałem spod tej kontroli. Oczywiście, że to był plac, ławeczki, małe dzieci, rowerek i tak dalej. A potem już rowery, koledzy. My generalnie… i takie jest wrażenie też kilku osób, które przeczytały moją książkę. Moja przyjaciółka, znajoma pisarka powiedziała boże, ile wyście wtedy chodzili. Myśmy wszędzie chodzili na piechotę. I to o co pani pyta, to ten plac mi się najpierw rozciągał do ulicy Namysłowskiej i do ZOO. Z dziadkiem chodziliśmy dookoła ZOO, do Parku Praskiego oczywiście. Całość transkrypcji na <a href="https://muzeumpragi.pl/praskie-audiohistorie/" rel="noopener">https://muzeumpragi.pl/praskie-audiohistorie/</a>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45526664</guid><pubDate>Mon, 19 Jul 2021 22:10:05 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45526664/praskie_audiohistorie_e30_plac_le_skiego.mp3" length="15288216" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Jest już nowa książka o prawobrzeżnej Warszawie! „Plac Leńskiego” to powieść o dzieciństwie i dorastaniu w centrum Pragi II na przełomie lat 60. i 70.  Autora znacie: to Daniel Wyszogrodzki, dziennikarz muzyczny, tłumacz. Posłuchajcie...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Jest już nowa książka o prawobrzeżnej Warszawie! „Plac Leńskiego” to powieść o dzieciństwie i dorastaniu w centrum Pragi II na przełomie lat 60. i 70.  Autora znacie: to Daniel Wyszogrodzki, dziennikarz muzyczny, tłumacz. Posłuchajcie naszej rozmowy o miejscach, ludziach, doświadczeniach i – oczywiście – o muzyce opisanej w książce. To przedsmak tego, co usłyszycie na spotkaniu autorskim z Danielem Wyszogrodzkim już w najbliższy czwartek, 22 lipca, w Muzeum Pragi.<br />Daniel Wyszogrodzki:<br />Daniel Wyszogrodzki: Pierwszą płytą jaką… którą opisuję w tej książce była płyta z „Błękitną rapsodią” i z „Amerykaninem w Paryżu” Gershwina. Kupił ją mój ojciec, który kojarzył te utwory, bo ja nie, w Empiku, w Juniorze. I to był taki trochę ewenement, dlatego że pierwsza płytą, jaką kupiłem, była płytą Polskich Nagrań, ale z licencji Columbia, amerykańskiej, bo były to nagrania Leona Bernsteina i filharmoników nowojorskich. I tak to jest z tymi pierwszymi płytami, zna się je na pamięć, bo się ich słucha tam tych pierwszych 500 razy. I ja właśnie mi się wydawało, że ja mogę zagrać już tą „Błękitną rapsodię”, bo pamiętałem wszystkie niuanse. A potem z jakiegoś powodu, o czym też wspominam w książce, mój ojciec zaczął kompletować symfonie Beethovena. On nie był ani koneserem, ani nie miał w sobie żadnej pasji do zbierania, kolekcjonowania płyt. Był zajętym lekarzem. Nie mieszkaliśmy zresztą razem, ja bywałem u niego w weekendy. I uzbierał tych dziesięć symfonii już w polskich wykonaniach. I ja… to były moje pierwsze nagrania.<br />- A ile pan miał lat?<br />Daniel Wyszogrodzki:  To była jakaś moja 6-7 klasa, mniej więcej podstawówki.<br />- No to podejrzewam, że koledzy słuchali wtedy czego innego. <br />Daniel Wyszogrodzki: Koledzy… ale ja też z kolegami słuchałem czego innego, tylko nie miałem do tego żadnego klucza. Ja opisuję w książce taką historię, kiedy zachowałem się w dwóch piosenkach. Nie wiedziałem kto gra, co gra, strasznie mi się podobały, to było na koloniach gdzieś. I puszczano je z pocztówek dźwiękowych. I ja w końcu dotarłem do źródła i zorientowałem się, że jest to zespół The Beatles, to mi nie wiele nie mówiło. A te piosenki to były „Girl” i „Michelle”, takie dwie liryczne bardzo, sentymentalne piosenki, które mnie wzruszały. I potem odbyłem, opisaną też w książce samodzielną, pierwszą, na Bazar Różyckiego, czyli tutaj. I muszę przyznać, że bardzo szybko się dogadałem ze sprzedającą panią, ona bardzo szybko się zorientowała, czego ja szukam. Zapamiętałem, że tak zabawnie wymawiała ten tytuł, bo mówiła „Gę”, „Gę”. Jest „Gę” dla kawalera zaraz poszukamy. I kupiłem tę pocztówkę tutaj. I dopiero jak wracałem tramwajem z Targowej, bo mieszkałem na Placu Leńskiego, tak jak w tytule książki. Jak wracałem tramwajem tutaj koło Czterech Śpiących i koło kościoła i tam do ZOO do mojego przystanku, to się zorientowałem, że nie mam jej na czym odtworzyć. No bo nie było tego w domu, tu ja mieszkałem z dziadkami na Placu Leńskiego. Ale kolega miał Bambino w domu i też posłuchaliśmy tej, tej pocztówki jakieś tam pierwsze 200 razy razem. A potem mój ojciec dostał, dostał w pracy jako jakąś nagrodę, gramofon Mr Hit. I ja słuchałem płyt, kiedy jeździłem do niego na Saską Kępę, bo ojciec mieszkał na Zwycięzców, na weekendy. Też nie wszystkie, bo miał czasami dyżury. I w końcu ojciec chyba po roku, tam trochę tych płyt przybyło, niezbyt wiele, był ten Gershwin, był Beethoven. Jedno z takich pierwszych, też dla mnie bardzo takich ważnych w kształtowaniu mojego gustu i wrażliwości muzycznych, była płyta, na której polscy aktorzy śpiewali piosenki Bułata Okudżawy. To była bardzo popularna płyta wtedy, Bułata Okudżawy. W świetnych przekładach. Tam śpiewał Młynarski, Edmund Fetting, tam było tłumaczenie Agnieszki Osieckiej. Sława Przybylska oczywiście, była jedna piosenka w oryginalnym wykonaniu. I chyba gdzieś po roku mój ojciec się poddał, powiedział weź sobie ten gramofon i te płyty, ja tutaj przywiozłem do dziadków. I...]]></itunes:summary><itunes:duration>956</itunes:duration><itunes:keywords>danielwyszogrodzki,historia,książka,muzeumpragi,muzeumwarszawskiejpragi,plachallera,placlenskiego,placleńskiego,powieść,pragaii,premiera,prl,spotkanieautorskie,warszawa,wyszogrodzki</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e29 Nowa wystawa fotografii</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e29-nowa-wystawa-fotografii--45526605</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: - Muzeum Warszawskiej Pragi otwiera nową wystawę czasową. Praga lat 70-tych, fotografia Alberta Krystyniaka. O koncepcji wystawy i pracy nad tą ekspozycją opowiada jej kurator Adam Lisiecki. <br />Adam Lisiecki:  Serdecznie zapraszam na wystawę czarno-białych fotografii prosto z lat 70. Fotografie pokazują Pragę, Starą Pragę, ulice, kamienice, ciekawe sceny na podwórkach, samych Prażan, ludzi, którzy tutaj przyjeżdżają uczyć się, pracować, czy handlować, czyli bardzo ciekawy krajobraz praski. W okresie bardzo dużych zmian zachodzących w ogóle w krajobrazie Polski, jest to słynna dekada Gierka, a więc czas licznych inwestycji i przemysłowych, ale przede wszystkim mieszkaniowych. No i ten krajobraz miast polskich mocno się zmienia, widać to także w Warszawie. Nawet na zdjęciach, które przedstawiają Pragę, gdzieś tam w tle majaczą wyższe partie stawianych bloków, różnych osiedli mieszkaniowych. Gdzieś tam bardzo, bardzo daleko na horyzoncie widać Bródno, czy też Targówek mieszkaniowy, osiedle Szmulowizna. Natomiast przede wszystkim tematem tych zdjęć jest właśnie to co albo znika, albo ma wkrótce zniknąć, pod naporem właśnie tych dużych inwestycji, albo to co się ostało i świadczy o jakiejś tam ciągłości historycznej.<br />- A kiedy i od czego zacząłeś pracę nad tą wystawą? <br />Adam Lisiecki: No wiążę się to oczywiście z jedną taką fajną wizytą, którą złożył nam starszy pan, bardzo sympatyczny, pogodny. Przedstawił się jako Albert Krystyniak, przyniósł nam taki pęk starych fotografii i się zapytał, czy jesteśmy nimi zainteresowani jako Muzeum Warszawskiej Pragi. Pamiętam doskonale, to był okres letni, bardzo pięknie świeciło słońce w tamtym czasie i w takich pięknych okolicznościach przyrody przeglądając te zdjęcia nie mogłem się powstrzymać od zachwytu tak dobrego, tak skrupulatnie pokazującego rzeczywistość materiału dawno nie widziałem, więc naturalnym było to, że zapałaliśmy miłością do tego zbioru zdjęć i bardzo chcieliśmy go mieć w kolekcji Muzeum Warszawy i pokazać go na jakiejś wystawie. Działo się to, jeśli dobrze pamiętam, chyba już nawet z pięć lat temu. Od tamtego momentu pracowaliśmy nad po pierwsze, rozpoznaniem tych zdjęć, nad ich opisem, przygotowaliśmy scenariusz we współpracy z Anną Wigurą, która także się skupiła na programie towarzyszącym do tej wystawy, ale o tym to pewnie w osobnym odcinku. Ale skupialiśmy się nad tym jak pokazać ten materiał na wystawie. Czy go jakoś w specyficzny sposób pogrupować, czy nadać mu jakieś hasła, tematy. Tym bardziej, że ta wystawa w jakiś tam delikatny sposób nawiązuje do pozycji sprzed 40 lat, ponieważ pan Albert Krystyniak  w 79 roku pokazał kilkadziesiąt fotografii, chyba około 40 fotografii już na wystawie na ulicy Elektoralnej, ówczesne centrum kultury. I w sumie kariera tych zdjęć się na tym zakończyła niestety. One wylądowały gdzieś w prywatnym domowym archiwum i czekały przez 40 lat, aż trafiły do Muzeum Pragi. Więc mają szansę na drugie życie, może wejdą jako ciekawa ilustracja tego okresu. Myślę, że maja na to duże, duże szasnę.<br />- A jak byśmy mieli opowiedzieć o tej wystawie w liczbach?<br />Adam Lisiecki: Może zacznijmy od tego, ile osób pracowało, jesteśmy w trakcie teraz montażu, ostatnie… ostatnie teksty, korekty, składamy te teksty w jedno i niedawno przewinął mi się kolofon przez, przez…<br />- Powiedzmy, że kolofon to jest taka notka, kto pracował przy wystawie. <br />Adam Lisiecki:  Tak jest, czyli osoby odgrywające jakąś rolę w czasie powstawania wystawy. To teraz tak szybko ogarnę wzrokiem, myślę, że tu jest jakieś 40 nazwisk. To jest takie zaskakujące dla ludzi nie zorientowanych, że aż tak liczny sztab osób angażuje się w powstanie, w kreacje jakiejś ekspozycji. Są to osoby, które konsultują merytorycznie pewne zagadnienia, osoby, które projektują scenografię, samą grafikę, osoby, które produkują, realizują wystawę według jakiejś koncepcji, czy według już projektu wykonawczego. Są konserwatorzy, digitalizatorzy, osoby, które kontrolują przepływ materiałów takich wewnętrznych i zewnętrznych. Ale także osoby, które zajmują się komunikacją, marketingiem, pilnujące wystawy. No i oczywiście twórcy programu towarzyszącego, tego dydaktycznego, edukatorskiego, redaktorzy i tak dalej, tak dalej. Tych osób można wymienić a wymieniać i to bardzo ciekawie będzie wyglądało na tym kolofonie. Chcieliśmy… takim założeniem było, żeby nie pominąć ani jednej osoby, ciekawe czy nam się to udało.<br />- A ciekawa jestem jakbyś mógł powiedzieć ile kosztuje zrobienie takiej wystawy?<br />Adam Lisiecki: Zrobienie takiej wystawy to jest pewnie koszt do… nie wiem tak zależy od wielkości, pewnie 80 tys. do 100 tys. zł, na to składają się honoraria, na to składają się materiały, wydruki et cetera, et cetera, więc takich kosztów wielkich budowalnych pewnie nie jest aż tak dużo, ale za to gro budżetu pożerają właśnie różne drobniejsze sprawy. <br />- No i wiadomo, że kurator zajmuje się wyborem fotografii pod kątem merytorycznym, ale o czym jeszcze decydowałeś jakby w tej wystawie?<br />Adam Lisiecki: No całą taką przyjemnością było tworzenie scenariusza. Dlaczego przyjemnością? Bo to jest związane z kreowaniem jakiejś nowej rzeczywistości. To jest ten materiał, akurat w tym przypadku są to fotografie, które powstawały też z jakąś myślą. Autor ich, Albert Krystyniak szedł na Pragę po to, żeby zdokumentować to, co jeszcze zostało, to co broni się przed tym naporem, naporem zmian, a więc taką starą rzeczywistość. Pokazywał ten materiał na swój sposób. Staraliśmy się go odczytać po swojemu, trochę nawiązać także do współczesności. Otóż pewne, pewne rzeczy, zjawiska, sprawy, które miały być załatwione w latach 70-tych, nie zostały wtedy załatwione. I dyskusja, która wtedy się co prawda oficjalnie nie odbyła, no bo raczej nie dyskutowano na takich formach, jakich my dzisiaj dyskutujemy, czy internetowych, czy takich, wewnątrz jakichś instytucji, gdzie mogą zabrać głos tak zwani aktywiści miejscy, specjaliści, różni aktorzy biorący udział, chcąc nie chcąc w tych wydarzeniach zmieniających przestrzeń. Tak wtedy ta dyskusja się nie odbyła co chronić, a czego nie chronić. I ta dyskusja mamy nadzieję, że się odbędzie współcześnie. Dlaczego? Ponieważ znajdujemy się w bardzo podobnym momencie. Praga się zmienia, inwestorzy widzą tutaj przestrzeń do… nie chcę używać kolonizacja, ale po prostu do inwestycji, do tego, żeby stawiać tutaj swoje obiekty. Zmieniają rzeczywistość, tak jak w latach 70-tych te bloki zmieniały rzeczywistość.  I pojawia się to ważne pytanie, co, jaka ta przestrzeń powinna być. Jak ta przestrzeń powinna być chroniona, czy powinna być chroniona. Czy tak jak w latach 70-tych ludzie przeprowadzając się z tej takiej zniszczonej, bez odpowiednich warunków mieszkalnych, kamienicy, do bloku, do nowej rzeczywistości, która dawała im zupełnie inne pole do życia. Tak okazuje się, że mamy rok 2021, wciąż wiele osób mieszka w bardzo podobnych, a nawet w gorszych warunkach niż w latach 70-tych i co z tym należy zrobić? Więc te pewne pytania, które zostały otwarte w latach 70-tych one są do dziś obecne. I mam nadzieję, że ten materiał, nad którym się pochylano w latach 70-tych i współcześnie nas wszystkich sprowokuje do podjęcia tej dyskusji. <br />- A do kogo jest adresowana ta wystawa?<br />Adam Lisiecki: Jest na pewno kilka takich grup, które przychodzą mi od razu do głowy. Pierwsza, to są ci, którzy będą zawsze narzekali, że nic się nie zmieniło. Jest taka grupa, jakkolwiek spojrzą na te zdjęcia, powiedzą ojejciu, zobaczcie. W latach 70-tych było tak, teraz jest jeszcze gorzej, albo tak samo, albo jeszcze gorzej. Oczywiście jest grupa, która powie słuchajcie, zobaczcie, zrobiliśmy wielki krok na przód, więc te dwie grupy są moimi takimi ulubionymi. Ale poważnie mówiąc, to…<br />- Ja myślę, że będzie jeszcze jedna grupa, która będzie mówiła o… za mojego życia to było tak fajnie, teraz już tak fajnie nie jest. <br />Adam Lisiecki:  Tak, tak, no to oczywiście możemy ich nazwać trochę sentymentalistami, niektórzy mówią bumersi. Ale poważnie mówiąc to przede wszystkim tutaj my kierujemy tą wystawę do mieszkańców Pragi, do ludzi, którzy czują, czują, że mają jakiś związek z latami 70-tymi. To był czas naprawdę dużych zmian w Polce, w Warszawie, więc dla nich to może być jakaś okazja do tego, żeby powspominać tamte lata. Mam nadzieję, że też niektórzy się odnajdą na tych zdjęciach. Na wielu z nich widać podwórka i tych podwórkowych bywalców, mieszkańców, dzieci. Dzisiaj te dzieci mają po 50-55 lat, wychowywali się… znaczy wychowywały się te dzieci w takich warunkach można powiedzieć, z jednej strony pełnej wolności, korzystania z tych dobrodziejstw jakie dostarczały podwórka. Zawsze tam było coś do zrobienia. Dzisiaj wydaje się, że te dzieci maja zupełnie inne warunki, czasami dużo ograniczeń. Nie wolno wychodzić na dwór, bo czyha tak mnóstwo niebezpieczeństw i tak dalej. Niestety możemy sobie świetnie porównywać. Także te osoby, które mają związek z latami 70-tymi na pewno. I to też wynikało w trakcie pracy nad scenariuszem. Zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, czy ten materiał nie będzie miał takiego potężnego ładunku pozwalającego nam zrozumieć naszych rodziców. Ponieważ oni żyli, czy zakładali rodziny w tamtych czasach, właśnie w takich warunkach, jakie są pokazywane na tych zdjęciach, a zdjęcia pokazują jak już zaznaczyłem wcześniej, bardzo trudne warunki mieszkalne, to wreszcie możemy zrozumieć naszych rodziców, ich opowieści, bo doskonale one są za pomocą tych zdjęć zilustrowany.<br />- Czy sam autor przyjdzie na otwarcie wystawy?<br />Adam Lisiecki: No ja nie wyobrażam sobie inaczej. Pan Albert Krystyniak przynosił te zdjęcia także po to, żeby one ujrzały światło dzienne. Także miał marzenie o tym, żeby powstał album fotograficzny z tymi fotografiami. Jest na to bardzo duża szansa, prace są mocno zaawansowane. <br />Całość transkrycji na <a href="https://muzeumpragi.pl/praskie-audiohistorie/" rel="noopener">https://muzeumpragi.pl/praskie-audiohistorie/</a>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45526605</guid><pubDate>Mon, 12 Jul 2021 22:10:02 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45526605/praskie_audiohistorie_e29_nowa_wystawa_fotografii.mp3" length="13653159" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: - Muzeum Warszawskiej Pragi otwiera nową wystawę czasową. Praga lat 70-tych, fotografia Alberta Krystyniaka. O koncepcji wystawy i pracy nad tą ekspozycją opowiada jej kurator Adam Lisiecki. 
Adam Lisiecki:  Serdecznie zapraszam na...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: - Muzeum Warszawskiej Pragi otwiera nową wystawę czasową. Praga lat 70-tych, fotografia Alberta Krystyniaka. O koncepcji wystawy i pracy nad tą ekspozycją opowiada jej kurator Adam Lisiecki. <br />Adam Lisiecki:  Serdecznie zapraszam na wystawę czarno-białych fotografii prosto z lat 70. Fotografie pokazują Pragę, Starą Pragę, ulice, kamienice, ciekawe sceny na podwórkach, samych Prażan, ludzi, którzy tutaj przyjeżdżają uczyć się, pracować, czy handlować, czyli bardzo ciekawy krajobraz praski. W okresie bardzo dużych zmian zachodzących w ogóle w krajobrazie Polski, jest to słynna dekada Gierka, a więc czas licznych inwestycji i przemysłowych, ale przede wszystkim mieszkaniowych. No i ten krajobraz miast polskich mocno się zmienia, widać to także w Warszawie. Nawet na zdjęciach, które przedstawiają Pragę, gdzieś tam w tle majaczą wyższe partie stawianych bloków, różnych osiedli mieszkaniowych. Gdzieś tam bardzo, bardzo daleko na horyzoncie widać Bródno, czy też Targówek mieszkaniowy, osiedle Szmulowizna. Natomiast przede wszystkim tematem tych zdjęć jest właśnie to co albo znika, albo ma wkrótce zniknąć, pod naporem właśnie tych dużych inwestycji, albo to co się ostało i świadczy o jakiejś tam ciągłości historycznej.<br />- A kiedy i od czego zacząłeś pracę nad tą wystawą? <br />Adam Lisiecki: No wiążę się to oczywiście z jedną taką fajną wizytą, którą złożył nam starszy pan, bardzo sympatyczny, pogodny. Przedstawił się jako Albert Krystyniak, przyniósł nam taki pęk starych fotografii i się zapytał, czy jesteśmy nimi zainteresowani jako Muzeum Warszawskiej Pragi. Pamiętam doskonale, to był okres letni, bardzo pięknie świeciło słońce w tamtym czasie i w takich pięknych okolicznościach przyrody przeglądając te zdjęcia nie mogłem się powstrzymać od zachwytu tak dobrego, tak skrupulatnie pokazującego rzeczywistość materiału dawno nie widziałem, więc naturalnym było to, że zapałaliśmy miłością do tego zbioru zdjęć i bardzo chcieliśmy go mieć w kolekcji Muzeum Warszawy i pokazać go na jakiejś wystawie. Działo się to, jeśli dobrze pamiętam, chyba już nawet z pięć lat temu. Od tamtego momentu pracowaliśmy nad po pierwsze, rozpoznaniem tych zdjęć, nad ich opisem, przygotowaliśmy scenariusz we współpracy z Anną Wigurą, która także się skupiła na programie towarzyszącym do tej wystawy, ale o tym to pewnie w osobnym odcinku. Ale skupialiśmy się nad tym jak pokazać ten materiał na wystawie. Czy go jakoś w specyficzny sposób pogrupować, czy nadać mu jakieś hasła, tematy. Tym bardziej, że ta wystawa w jakiś tam delikatny sposób nawiązuje do pozycji sprzed 40 lat, ponieważ pan Albert Krystyniak  w 79 roku pokazał kilkadziesiąt fotografii, chyba około 40 fotografii już na wystawie na ulicy Elektoralnej, ówczesne centrum kultury. I w sumie kariera tych zdjęć się na tym zakończyła niestety. One wylądowały gdzieś w prywatnym domowym archiwum i czekały przez 40 lat, aż trafiły do Muzeum Pragi. Więc mają szansę na drugie życie, może wejdą jako ciekawa ilustracja tego okresu. Myślę, że maja na to duże, duże szasnę.<br />- A jak byśmy mieli opowiedzieć o tej wystawie w liczbach?<br />Adam Lisiecki: Może zacznijmy od tego, ile osób pracowało, jesteśmy w trakcie teraz montażu, ostatnie… ostatnie teksty, korekty, składamy te teksty w jedno i niedawno przewinął mi się kolofon przez, przez…<br />- Powiedzmy, że kolofon to jest taka notka, kto pracował przy wystawie. <br />Adam Lisiecki:  Tak jest, czyli osoby odgrywające jakąś rolę w czasie powstawania wystawy. To teraz tak szybko ogarnę wzrokiem, myślę, że tu jest jakieś 40 nazwisk. To jest takie zaskakujące dla ludzi nie zorientowanych, że aż tak liczny sztab osób angażuje się w powstanie, w kreacje jakiejś ekspozycji. Są to osoby, które konsultują merytorycznie pewne zagadnienia, osoby, które projektują scenografię, samą grafikę, osoby, które produkują, realizują wystawę według jakiejś koncepcji, czy według już projektu wykonawczego. Są konserwatorzy, digitalizatorzy, osoby, które...]]></itunes:summary><itunes:duration>854</itunes:duration><itunes:keywords>adamlisiecki,albertkrystyniak,fotografie,fotografiepragi,krystyniak,krystyniaka,lata70napradze,muzeum,muzeumwarszawskiejpragi,pragalat70,pragazdjęcia,warszawa,warszawazdjęcia,wystawa</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>PraskieAudiohistorie e28 Wojna na Różycu</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskieaudiohistorie-e28-wojna-na-rozycu--45540591</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Przypominamy o naszym słuchowisku „Bazar Różyckiego. Tam było wszystko”! W muzeum można posłuchać wielogłosowej opowieści o tym słynnym targowisku. Opowiadamy historię przez pryzmat zwykłych ludzi i codziennych spraw.<br />W tym odcinku prezentujemy fragment słuchowiska, dotyczący okupacji i Powstania Warszawskiego z perspektywy kupców i kupujących na Różycu.<br />Ryszarda Zielińska: - Nawet jak już nic nie było, jak już było wszystko w ruinach, nie było sklepów, nic. Na Bazarze Różyckiego nie wiem, spod ziemi wykopywali, czy coś. Zawsze coś się znalazło i zawsze coś tam można było z tego uszyć.<br />Olga Charkiewicz: - Dopiero w czasie okupacji to były jesionki były takie… no… szyte jak to chałupniczo bym powiedziała i w tym, na bazarze można było kupić. Mama w czasie okupacji to szydełkiem robiła kapcie, taki sznurek papierowy był kolorowy. Z tego sznurka papierowego. One nie były trwałe, bardzo ładnie wyglądały, bo były tam zielone, czerwone i jeszcze obszywała to futerkiem, takie skrawki dostawała tam od swojej ciotki, czy kuzynki, która z kolei jakieś dziecięce rzeczy tam szyła. Na Bazar Różyckiego właśnie takie futerka, takie nosiły dzieci takie futerka z królika białe, z pomponami, zawiązane, no tak. No już nie te czasy, ale to było coś, że każde dziecko ma takie zdjęcie, bo to były jakiś dowód, że to dziecko jest dobrze ubrane. <br />Teresa Szejwian: - Mama trochę poszła do handlu pracować, bo było ciężko, bo wszytko było doszczętnie spalone i nic nie zostało wyratowane, ale mamie nie szło. Bo to trzeba mieć też smykałkę do wszystkiego. I do handlu też. Także mój starszy właśnie mój brat pomagał mamie przy handlu i była łapanka na bazarze Różyckiego. A mój brat przerażony i mówi: „mamo i co teraz z nami będzie? Co z nami będzie?” A moja mama nie myślała długo i mówi: „masz medalik? Weź ten medaliczek - mówi - trzymaj się, ja też, i Pan Bóg nas przeprowadzi”. On mówi: „Mamo naprawdę to się uda? - No tak synku, trzymaj się”. No i mama tak wzięła tą chustkę sobie tak bardziej nasunęła, to była skóra i kości, no była bardzo mizerna, wychudzona. No i w końcu przechodząc, po niemiecku tam Niemiec coś krzyczał, żeby przepuścić ich.  A potem jak oni już przeszli, to on odetchnął: „Mamo udało się. Naprawdę.” <br />Tadeusz Kosiński: - Były łapanki. Niemcy otaczali Bazar Różyckiego od strony ulicy Targowej z Łukowskiej i od Brzeskiej. Zamykali, zabierali wszystko, co im się podobało z tego bazaru. Brali tam kilkudziesięciu, czy więcej niż kilkudziesięciu mężczyzn, wywozili nie wiadomo gdzie. <br />Teresa Szejwian: - Mama była tak zapracowana na tym Bazarze Różyckiego. Ona nie wiedziała, że powstanie wybuchło. I tak się cieszyła, że tak ludzie jej rzucają te pieniądze. I znikają. I tak się cieszyła pamiętam, że dzisiaj nam dobry obiad ugotuje, jedzie do sklepu, a tu w sklepach nic nie ma. Ona nie wiedziała, że tak ludzie wszystko wykupowali prawda, rzucali jej pieniądze. Nawet reszty nieraz nie chcieli zabrać.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45540591</guid><pubDate>Mon, 05 Jul 2021 22:10:11 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45540591/praskieaudiohistorie_e28_wojna_na_r_ycu.mp3" length="4304666" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Przypominamy o naszym słuchowisku „Bazar Różyckiego. Tam było wszystko”! W muzeum można posłuchać wielogłosowej opowieści o tym słynnym targowisku. Opowiadamy historię przez pryzmat zwykłych ludzi i codziennych spraw.
W tym odcinku...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Przypominamy o naszym słuchowisku „Bazar Różyckiego. Tam było wszystko”! W muzeum można posłuchać wielogłosowej opowieści o tym słynnym targowisku. Opowiadamy historię przez pryzmat zwykłych ludzi i codziennych spraw.<br />W tym odcinku prezentujemy fragment słuchowiska, dotyczący okupacji i Powstania Warszawskiego z perspektywy kupców i kupujących na Różycu.<br />Ryszarda Zielińska: - Nawet jak już nic nie było, jak już było wszystko w ruinach, nie było sklepów, nic. Na Bazarze Różyckiego nie wiem, spod ziemi wykopywali, czy coś. Zawsze coś się znalazło i zawsze coś tam można było z tego uszyć.<br />Olga Charkiewicz: - Dopiero w czasie okupacji to były jesionki były takie… no… szyte jak to chałupniczo bym powiedziała i w tym, na bazarze można było kupić. Mama w czasie okupacji to szydełkiem robiła kapcie, taki sznurek papierowy był kolorowy. Z tego sznurka papierowego. One nie były trwałe, bardzo ładnie wyglądały, bo były tam zielone, czerwone i jeszcze obszywała to futerkiem, takie skrawki dostawała tam od swojej ciotki, czy kuzynki, która z kolei jakieś dziecięce rzeczy tam szyła. Na Bazar Różyckiego właśnie takie futerka, takie nosiły dzieci takie futerka z królika białe, z pomponami, zawiązane, no tak. No już nie te czasy, ale to było coś, że każde dziecko ma takie zdjęcie, bo to były jakiś dowód, że to dziecko jest dobrze ubrane. <br />Teresa Szejwian: - Mama trochę poszła do handlu pracować, bo było ciężko, bo wszytko było doszczętnie spalone i nic nie zostało wyratowane, ale mamie nie szło. Bo to trzeba mieć też smykałkę do wszystkiego. I do handlu też. Także mój starszy właśnie mój brat pomagał mamie przy handlu i była łapanka na bazarze Różyckiego. A mój brat przerażony i mówi: „mamo i co teraz z nami będzie? Co z nami będzie?” A moja mama nie myślała długo i mówi: „masz medalik? Weź ten medaliczek - mówi - trzymaj się, ja też, i Pan Bóg nas przeprowadzi”. On mówi: „Mamo naprawdę to się uda? - No tak synku, trzymaj się”. No i mama tak wzięła tą chustkę sobie tak bardziej nasunęła, to była skóra i kości, no była bardzo mizerna, wychudzona. No i w końcu przechodząc, po niemiecku tam Niemiec coś krzyczał, żeby przepuścić ich.  A potem jak oni już przeszli, to on odetchnął: „Mamo udało się. Naprawdę.” <br />Tadeusz Kosiński: - Były łapanki. Niemcy otaczali Bazar Różyckiego od strony ulicy Targowej z Łukowskiej i od Brzeskiej. Zamykali, zabierali wszystko, co im się podobało z tego bazaru. Brali tam kilkudziesięciu, czy więcej niż kilkudziesięciu mężczyzn, wywozili nie wiadomo gdzie. <br />Teresa Szejwian: - Mama była tak zapracowana na tym Bazarze Różyckiego. Ona nie wiedziała, że powstanie wybuchło. I tak się cieszyła, że tak ludzie jej rzucają te pieniądze. I znikają. I tak się cieszyła pamiętam, że dzisiaj nam dobry obiad ugotuje, jedzie do sklepu, a tu w sklepach nic nie ma. Ona nie wiedziała, że tak ludzie wszystko wykupowali prawda, rzucali jej pieniądze. Nawet reszty nieraz nie chcieli zabrać.]]></itunes:summary><itunes:duration>270</itunes:duration><itunes:keywords>bazarróżyckiego,bazarróżyckiegotambyłowszystko,historiamówiona,iiwojna,muzeumpragi,powstaniewarszawskie,różyc,słuchowisko</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e27 Nowy Mural na Targowej</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e27-nowy-mural-na-targowej--45494131</link><description><![CDATA[Transkrypcja e28 Nowy Mural na Targowej<br /><br />Materiał do odcinka dostarczył Totalizator Sportowy<br /><br />Anna Mizikowska: Czy wiecie, że Totalizator Sportowy, który od wielu lat ma swoją główną siedzibę przy Targowej 25, obchodzi w tym roku Jubileusz 65-lecia działalności? Spółka powstała, aby odbudować zniszczoną przez wojnę polską infrastrukturę sportową. Kontynuuje tę misję od 65 lat, wspierając – prócz budowy obiektów - wydarzenia, organizacje i kluby sportowe. Współpracuje także z indywidualnymi sportowcami: Ambasadorem Jubileuszu 65-lecia firmy jest Robert Lewandowski!<br />Totalizator Sportowy jest również mecenasem kultury narodowej. Wiedzieliście, że uczestniczył w odbudowie Zamku Królewskiego w Warszawie? A o tym, że pomógł zabezpieczyć ekspozycję jedynego w Polsce obrazu El Greco w Muzeum w Siedlcach? Od 1994 roku Totalizator przeznaczył na wsparcie sportu i kultury łącznie ponad 16,6 mld złotych*.<br />Ciekawa jestem, czy zauważyliście mural, który powstał z okazji Jubileuszu, przy Targowej 26/30? Vis a vis siedziby Totalizatora, oznaczonej wielką neonową kulą na dachu?  <br />Ja widzę go codziennie w drodze do pracy, ze skrzyżowania Targowej z Kijowską, patrząc w stronę Dworca Wileńskiego. Trzeba patrzeć wysoko! <br />Fundując Warszawie – i sobie – taki urodzinowy prezent, Totalizator Sportowy zadbał o ekologię: ogromną szarą ścianę zagruntowano i pomalowano specjalnie dobranymi materiałami. Ponad 280 litrów użytej farby i grunt malarski neutralizują teraz tlenki azotu i zmniejszają ilość formaldehydu w powietrzu. Totalizator podaje, że Mural ma moc oczyszczania powietrza taką, jak 650 drzew!<br />Wartościowych artystycznie murali w Polsce przybywa – ten wpisuje się od niedawna w krajobraz warszawskiej Pragi. Miałam przyjemność porozmawiać z autorem dzieła, Tytusem Brzozowskim. Posłuchajcie:<br /><br />* Na podstawie danych od Totalizatora Sportowego.<br /><br />Tytus Brzozowski: Mural ma być upamiętnieniem 65lecia Totalizatora Sportowego. Totalizator jest znanym mecenasem kultury i sportu, jak również od lat jest związany z Pragą… I wydało mi się to bardzo naturalne, że osadzony na Pradze mecenas kultury chciałby celebrować swój ważny jubileusz podarowując swoim sąsiadom potężny kolorowy obraz.<br />Chciałem tak, jak zawsze, żeby na muralu pojawiły się budynki z najbliższego otoczenia muralu. Żeby opisać charakter tej dzielnicy, znaleźć jej esencję. Bo znajdujemy się na skrzyżowaniu ulicy Targowej i Kijowskiej, czyli to jest tak bardzo prasko, jak tylko można. <br />I do stworzenia takiego kolażu miejsc i wrażeń wykorzystałem budynki, które uznałem za wartościowe w pejzażu Pragi. Znajdziemy tutaj liceum Władysława IV z Alei “Solidarności”, bardzo praską, bardzo charakterystyczną kamienicę z narożnika Ząbkowskiej i Targowej z tą wieżyczką ze strzelistym hełmem. Pojawia się Stadion Narodowy, a także dwie wielkie świątynie, czyli kościół świętego Floriana oraz cerkiew praska.<br />I teraz: zatopione w zieleni budynki są połączone ze sobą mostkami, po których toczą się żółte kule. I tutaj chciałem, żeby pojawił się symbol łączący mural z Totalizatorem Sportowym i z jego 65leciem.<br />A.M.: To są te kule, w których „zwalniana jest blokada maszyny losującej”?<br />T.B.: Tak. I ja uznałem, że te kule są dobrym motywem, bo one pozwalają przekazać te treści bez słów. Znaczy, każdy w Polsce wie, co to jest. To jest rzeczywiście taki nasz kod kulturowy, każdy to rozumie. I teraz, jak patrzę na odbiór tego muralu, to okazuje się, że wszyscy ciepło wspominają te kule. <br />A.M. Tak, to był mój ulubiony program w dzieciństwie…<br />T.B.: Totalizator to nie jest taka zwykła firma, która ma zarabiać. Oni rzeczywiście przeznaczają te pieniądze na kulturę i sport. Ale poza tym każdy pamięta z dzieciństwa, jak oglądaliśmy, jak te kule są losowane…<br />A.M.: -  Pomyślałam, jak spojrzałam na ten mural, że on wręcz brzmi tym “zwolnieniem blokady”, tymi przetaczającymi się kulkami, tą taką melodyjką z dawnych czasów… więc właśnie taka bardzo charakterystyczna… Brzmienie obrazu, coś dziwnego… A jest tam mnóstwo ludzi na tym muralu. Malutkie postaci, ale charakterystyczne?<br />T.B.: Tak, pomiędzy, na mostkach, oprócz kul znajdują się również ludzie. Tak jest zawsze na moich obrazach, ponieważ ja uwielbiam miasta żywe, gwarne, pełne miejskich aktywności. I ci ludzie, u mnie są nie tylko na ulicach, ale na dachach, kominach, łącznikach między budynkami, czasem lewitują gdzieś w chmurach właśnie po to, żeby pokazać, że miasto powinno tętnić życiem, motywować do spotykania się i spędzania czasu. <br />A tym razem oprócz zwykłych spacerowiczów znajdziemy tam ludzi, których profesje są wspierane przez Totalizator Sportowy. Mamy tam sportowców, bo jest tam wioślarz, koszykarz, badmintonista - to dla mnie ważne, bo ja od lat trenuję badmintona - oraz piłkarz z charakterystyczną dziewiątką na koszulce. Oprócz tego jest pianista, ponieważ Totalizator Sportowy wspiera organizację Konkursu Chopinowskiego, jest gitarzysta, a także ludzie grający na trąbce i saksofonie.<br />A.M.: Spojrzałam na ten mural i to, co jest w nim niewiarygodne, to jego rozmiar…<br />T.B. No, mural ma 60 metrów wysokości i w sumie 690 metrów kwadratowych, czyli jest olbrzymi. To jest najwyższy mural w Warszawie. I rzeczywiście to jest zupełnie nowa jakość w przestrzeni. Bo ponad dachy kamienic wyrasta olbrzymi 60metrowy obraz. Czegoś takiego w Warszawie nie było. A jeszcze budynek, na którym on jest zrealizowany, jest tak usytuowany, że widać mural naprawdę z wielu, wielu perspektyw. I również z bardzo daleka. I mimo tego, że jest przy Targowej, zrobiłem zdjęcie, na którym dobrze widać mural z ronda Waszyngtona. Także on, no, jest jakimś wydarzeniem dla kolorytu Pragi.<br />A.M.: A jak Pan wymyślał ten mural, to na jakim formacie Pan malował? Pan pewnie malował akwarelami ten pierwszy…?<br />T.B.: Tak, ja swoje projekty zawsze tak przygotowuję: zaczynam od szkiców, przygotowuję czarno-biały rysunek, a potem, gdy już jestem zdecydowany na wszystkie rozwiązania, przystępuję do malowania obrazu. To jest akwarela na papierze i ona miała 130 cm wysokości. <br />A.M.: Jak się przekłada później ten obrazek na taką wielką ścianę? Jak to – technicznie – się robi?<br />T.B.: Moje murale, moje projekty są reprodukowane na ścianę przez zespół specjalistów od kopiowania wiernie treści. Oni potrafią zreprodukować dowolne zdjęcie lub styl artysty. Moje zadanie polega na tym, żeby robić korekty, żeby robić poprawki, żeby zwracać uwagę na pewne rzeczy. Akwarela jest w ogóle trudna do przenoszenia farbami kryjącymi, bo to jest nieco inna technika. Stąd ja zawsze z zespołem najpierw pracuję, pokazuję, jak robię pewne rzeczy. Żeby oni też wykonywali podobne sekwencje, żeby to krok po kroku powstawało w ten sam sposób. A zaczynamy od przygotowania wielkiego szablonu: to jest taki wydruk, gdzie zamiast kresek są dziurki. I gdy przykleimy takie 690 metrów kwadratowych szablonu do ściany, to potem, jeżdżąc wałkiem z farbą po tych dziurkach, zostawiamy te kropki na ścianie. I gdy zdejmiemy szablon, to wystarczy te kropki połączyć, to już jest bardzo dokładny podrys. Czyli to, co ja narysowałem na papierze. I wtedy można, kawałek po kawałku, wypełniać kolorami.<br />A.M.: Jak się przykleja, jak się maluje na wysokich piętrach? Tam na samej górze musiało być trudno.<br /> T.B.: W ogóle praca nad tym muralem to był duży trud, ponieważ na tej wysokości wieje bardzo silny wiatr. Z tych tacek na farbę wiatr nam farbę wywiewał. I to jest kłopotliwe. Nic nie może upaść, bo przecież dojdzie do tragedii… To nie są łatwe rzeczy. Wchodzenie na górę z tymi wiadrami, z tą farbą, i bieganie góra-dół, góra-dół, to jest fizycznie męczące, to jest duży wysiłek. Zresztą, z tych 60 m naprawdę widać calutką Warszawę, to jest naprawdę już duża wysokość.<br />A.M.: A czy Pan, jako architekt, też pracował na takich wysokościach? Chodził po tych wszystkich rusztowaniach?<br />T.B.: Ja chodziłem po rusztowaniach przy okazji praktyk budowlanych i w ogóle bywałem na budowach, więc jestem z tym obyty. Ale tutaj artyści pracują na tych rusztowaniach przez cały dzień. Nie jest to robota dla każdego, bo nie każdy dobrze się czuję na takich wysokościach przez dłuższy czas<br />A.M.: Właśnie tak sobie myślę, że jako architekt, ma Pan na tym muralu, i na innych swoich muralach, bardzo wiele budowli… Czy to jest pański sposób na realizację tego swojego pierwszego, wyuczonego zawodu?<br />T.B.: Niewątpliwie widać w moim malarstwie to, że jestem architektem. I miasto: i architektura i to jak miasto funkcjonuje, i to, co się w nim dzieje, jest dla mnie bardzo ważne. I różne procesy, które w mieście zachodzą, jego historia, przeobrażenia, to takie nawarstwienie tego wszystkiego, co się wydarzyło w szczególnym mieście, jakim jest Warszawa… Ale też obecność ludzi i ich relacje, i to jak oni się w tym mieście zachowują jest dla mnie bardzo istotne. A same murale, jako dla architekta, mają dla mnie wielkie znaczenie, ponieważ, no, jest to dla mnie szansa zaistnienia w przestrzeni miejskiej tak fizycznie. Raczej nie zbuduję już swoich biurowców w centrum Warszawy ale okazuje się, że mogę pojawić w mieście na swój własny sposób.<br />A.M.:  Zrobił Pan już 6 murali, z czego 3 są na prawym brzegu. W związku z tym mamy równowagę. Ma Pan jakieś następne plany?<br />T.B. No rzeczywiście, jest 3:3. Natomiast lewa strona Wisły szykuje tutaj szybką kontrę i niedługo powstanie kolejny mural na Woli.<br />A.M.: Możemy opowiedzieć o tych pozostałych praskich muralach?<br />T.B.: Przy ulicy Grochowskiej znajduje się mural przedstawiający esencję z charakteru Pragi-Południe. I tutaj bazą dla całej sceny są filary mostu Poniatowskiego, bo to właśnie budowa Poniatowszczaka stała się impulsem dla rozwoju tej części Pragi czyli dla Saskiej Kępy, Kamionka, Grochowa, od tego się wszystko zaczęło.  I na tym, na tym filarze znajduje się wieżyca mostu Poniatowskiego, taki trochę symbol, oprócz tego kościół z placu Szembeka czyli taka strzelista dominanta, bardzo charakterystyczna dla tego rejonu. I znajduje się Stadion Narodowy, Całość transkrypcji na stronie Muzeum Warszawskiej Pragi.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45494131</guid><pubDate>Tue, 29 Jun 2021 14:51:19 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45494131/praskie_audiohistorie_e28_nowy_mural_na_targowej.mp3" length="15105088" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Transkrypcja e28 Nowy Mural na Targowej&#13;
&#13;
Materiał do odcinka dostarczył Totalizator Sportowy&#13;
&#13;
Anna Mizikowska: Czy wiecie, że Totalizator Sportowy, który od wielu lat ma swoją główną siedzibę przy Targowej 25, obchodzi w tym roku Jubileusz...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Transkrypcja e28 Nowy Mural na Targowej<br /><br />Materiał do odcinka dostarczył Totalizator Sportowy<br /><br />Anna Mizikowska: Czy wiecie, że Totalizator Sportowy, który od wielu lat ma swoją główną siedzibę przy Targowej 25, obchodzi w tym roku Jubileusz 65-lecia działalności? Spółka powstała, aby odbudować zniszczoną przez wojnę polską infrastrukturę sportową. Kontynuuje tę misję od 65 lat, wspierając – prócz budowy obiektów - wydarzenia, organizacje i kluby sportowe. Współpracuje także z indywidualnymi sportowcami: Ambasadorem Jubileuszu 65-lecia firmy jest Robert Lewandowski!<br />Totalizator Sportowy jest również mecenasem kultury narodowej. Wiedzieliście, że uczestniczył w odbudowie Zamku Królewskiego w Warszawie? A o tym, że pomógł zabezpieczyć ekspozycję jedynego w Polsce obrazu El Greco w Muzeum w Siedlcach? Od 1994 roku Totalizator przeznaczył na wsparcie sportu i kultury łącznie ponad 16,6 mld złotych*.<br />Ciekawa jestem, czy zauważyliście mural, który powstał z okazji Jubileuszu, przy Targowej 26/30? Vis a vis siedziby Totalizatora, oznaczonej wielką neonową kulą na dachu?  <br />Ja widzę go codziennie w drodze do pracy, ze skrzyżowania Targowej z Kijowską, patrząc w stronę Dworca Wileńskiego. Trzeba patrzeć wysoko! <br />Fundując Warszawie – i sobie – taki urodzinowy prezent, Totalizator Sportowy zadbał o ekologię: ogromną szarą ścianę zagruntowano i pomalowano specjalnie dobranymi materiałami. Ponad 280 litrów użytej farby i grunt malarski neutralizują teraz tlenki azotu i zmniejszają ilość formaldehydu w powietrzu. Totalizator podaje, że Mural ma moc oczyszczania powietrza taką, jak 650 drzew!<br />Wartościowych artystycznie murali w Polsce przybywa – ten wpisuje się od niedawna w krajobraz warszawskiej Pragi. Miałam przyjemność porozmawiać z autorem dzieła, Tytusem Brzozowskim. Posłuchajcie:<br /><br />* Na podstawie danych od Totalizatora Sportowego.<br /><br />Tytus Brzozowski: Mural ma być upamiętnieniem 65lecia Totalizatora Sportowego. Totalizator jest znanym mecenasem kultury i sportu, jak również od lat jest związany z Pragą… I wydało mi się to bardzo naturalne, że osadzony na Pradze mecenas kultury chciałby celebrować swój ważny jubileusz podarowując swoim sąsiadom potężny kolorowy obraz.<br />Chciałem tak, jak zawsze, żeby na muralu pojawiły się budynki z najbliższego otoczenia muralu. Żeby opisać charakter tej dzielnicy, znaleźć jej esencję. Bo znajdujemy się na skrzyżowaniu ulicy Targowej i Kijowskiej, czyli to jest tak bardzo prasko, jak tylko można. <br />I do stworzenia takiego kolażu miejsc i wrażeń wykorzystałem budynki, które uznałem za wartościowe w pejzażu Pragi. Znajdziemy tutaj liceum Władysława IV z Alei “Solidarności”, bardzo praską, bardzo charakterystyczną kamienicę z narożnika Ząbkowskiej i Targowej z tą wieżyczką ze strzelistym hełmem. Pojawia się Stadion Narodowy, a także dwie wielkie świątynie, czyli kościół świętego Floriana oraz cerkiew praska.<br />I teraz: zatopione w zieleni budynki są połączone ze sobą mostkami, po których toczą się żółte kule. I tutaj chciałem, żeby pojawił się symbol łączący mural z Totalizatorem Sportowym i z jego 65leciem.<br />A.M.: To są te kule, w których „zwalniana jest blokada maszyny losującej”?<br />T.B.: Tak. I ja uznałem, że te kule są dobrym motywem, bo one pozwalają przekazać te treści bez słów. Znaczy, każdy w Polsce wie, co to jest. To jest rzeczywiście taki nasz kod kulturowy, każdy to rozumie. I teraz, jak patrzę na odbiór tego muralu, to okazuje się, że wszyscy ciepło wspominają te kule. <br />A.M. Tak, to był mój ulubiony program w dzieciństwie…<br />T.B.: Totalizator to nie jest taka zwykła firma, która ma zarabiać. Oni rzeczywiście przeznaczają te pieniądze na kulturę i sport. Ale poza tym każdy pamięta z dzieciństwa, jak oglądaliśmy, jak te kule są losowane…<br />A.M.: -  Pomyślałam, jak spojrzałam na ten mural, że on wręcz brzmi tym “zwolnieniem blokady”, tymi przetaczającymi się kulkami, tą taką melodyjką z dawnych czasów…...]]></itunes:summary><itunes:duration>945</itunes:duration><itunes:keywords>65lattotalizatorasportowego,brzozowski,mural,murale,muzeumpragi,praga,totalizatorsportowy,tytusbrzozowski</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e26 Papierosiarze</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e26-papierosiarze--45399769</link><description><![CDATA[„Pewnego razu, gdy leżeli skuleni na strychu narożnego domu przy ulicy Saskiej i Alei Waszyngtona, ktoś z lokatorów, słysząc szmery dochodzące z góry, zawiadomił dozorcę. Ten chwycił latarkę i pobiegł na strych. Zaświecił śpiącym chłopcom prosto w twarz. Przestraszeni zerwali się na równe nogi.<br />-Co wy tu robicie? <br />-My jesteśmy z Polusa (nazwa schroniska dla bezdomnych) spóźniliśmy się - wyjąkał Zenek.<br />-Pewnie przyszliście tu kraść bieliznę. Znamy takich! - Dozorca zaczął ich okładać trzymanym w ręku kijem. Zenek nie namyślając się długo wyskoczył ze strychu i zsunął się po poręczy schodów na dół. Paweł poszedł w jego ślady. Uciekli na podwórko, dobiegli do bramy. Niestety była zamknięta. Dozorca gonił ich. Doskoczyli do drewnianego parkanu, Zenek pomagał chorowitemu Pawłowi. <br />-Wy złodziejaszki! Popamiętacie mnie! - krzyczał dozorca. Ale bracia przeskoczyli już przez parkan i ukryli się w pobliskim zbożu. Przesiedzieli tam, podsypiając, do rana. O świcie zamierzali wydostać się niepostrzeżenie na ulicę, ale jak gdyby na złość, w pobliżu robotnicy naprawiali jezdnię Chłopcy bali się wpaść w zasadzkę, w każdym pzechodniu podejrzewali szpicla, gotowego ich złapać i oddać. <br />-Rozdzielmy się - zaproponował Paweł. - Ty będziesz uciekał w stronę Saskiej Kępy, ja w stronę Grochowa. Może choć jeden z nas się uratuje.”<br />Józef Ziemian, Papierosiarze z Placu Trzech Krzyży, Łódź 1995<br /><br />Anna Mizikowska:  Słyszeliście kiedyś o Papierosiarzach z placu Trzech Krzyży, z czasów II wojny światowej? A wiecie, że ta historia ma wątki praskie?<br />Do Muzeum Warszawskiej Pragi przyszło dwoje ludzi, wchodzących w skład większej grupy, która dąży do upamiętnienia tychże Papierosiarzy w przestrzeni miejskiej. Trwa zbiórka funduszy na tablicę pamiątkową i specjalną stronę internetową.<br />Posłuchajcie naszej rozmowy.<br /><br />Kim byli Papierosiarze z placu Trzech Krzyży? I co ich łączy z prawobrzeżną Warszawą?<br />-Anna Cukierman-Podgórska: Były to dzieci i młodzież z Getta Warszawskiego, którzy już wcześniej jako mali szmuglerzy wydostawali się z getta na stronę aryjską po Powstaniu w getcie, po śmierci swoich najbliższych, znaleźli się już na stałe, po stronie aryjskiej. I wspierali się wzajemnie, opiekowali się sobą, pomagali sobie, stworzyli taki rodzaj dziecięcej komuny.<br /><br />-Tomek Jędrczak:  Ja naliczyłem około 20 Pappierosiarzy z tej grupy, z Placu Trzech Krzyży było znacznie znacznie więcej tego typu dzieci w samej Warszawie. Najmłodszy miał 6 lat i to był Boluś czyli Ben Zion Hadar Fiks, a najstarszy miał chyba 17 lat... Handlowały na Placu Trzech Krzyży, gdzie albo były koszary SS, Dom żołnierza niemieckiego, jeszcze były koszary węgierskie, zaraz była dzielnica niemiecka… Więc w zasadzie to było tak, że one były na samej linii styczności pomiędzy tym światem polskim i niemieckim wtedy, prawda, i to było takie dość trudne, jak to można określić, ekosystem.<br />Czwórka z Pragi, bo było czterech takich chłopców z tej grupy, którzy kręcili się głównie po Pradze na samym początku: Paweł i Zenek Hochmanowie, Jankiel “Ząbal” Klajman i Zbyszek, nazwisko nieznane. Zenek i Paweł byli grochowiakami, pilnowali ogródków działkowych na Grochowie. <br />W parku Skaryszewskim, w jakiejś jamie, ukrywał się Ahmowiec, Aleksander Celnikier. Ahmowiec, czyli Żyd, swój. Wyszedł z getta po powstaniu. On nie miał jedzenia, w zasadzie był na skraju śmierci głodowej. I te dzieciaki skombinowały mu bochenek chleba, przynosiły codziennie i w zasadzie codziennie go dokarmiały, co jest niestandardowym obrazem, bo to na ogół jest to, że dorośli ratują dzieci, a tutaj była sytuacja odwrotna, chłopcy ratują innego dorosłego. Później bracia Hochmanowie wzięli udział w Powstaniu warszawskim, są na kilku powstańczych zdjęciach.<br />Na Grochowie mieszkał nauczyciel Idzikowski, który pomógł przynajmniej dwójce Papierosiarzy. Jednym z nich był Ignacy “Byczek” Milchberg, któremu nauczyciel załatwił legitymację szkolną, legalizacyjne dokumenty, które były bardzo ważne. A drugim Papierosiarzem, któremu pomógł, był Boluś, którego po prostu przygarnął, ponieważ w pewnym momencie chłopcy doszli do wniosku, że przebywanie Bolusia z nimi jest zbyt niebezpieczne dla niego samego, Żydowski Komitet Narodowy znalazł mu schronienie właśnie na Grochowie u tego nauczyciela.<br />A.C.-P.:  -Miał syna, rówieśnika Bolusia, razem się uczyli…<br />Anna Mizikowska: Niełatwo jest słuchać o losach małych dzieci w strasznych czasach wojny. Ale trzeba o tym wiedzieć, trzeba mówić. Choć to wstrząsające relacje.<br />T.J.: - Dla mnie taką przejmującą historią jest historia Bolusia. W wieku sześciu lat znalazł się bez rodziny i to… Jak się potem okazało, jedna z jego sióstr przeżyła. Pojechali w 1942/43 roku do Krakowa. Pewnego dnia siostra musiała zostać dłużej w pracy, Boluś pomyślał, że została aresztowana, więc wsiadł w pociąg - 1943 rok - odbył podróż z Krakowa do Warszawy.<br />A.C.-P.: Wstrząsająca dla mnie historia to historia chłopca, który się nazywał Kazik Walbaum i który wychowywał się w Paryżu. I on spotkał Niemca, oficera, który znał jego rodzinę. Ten Niemiec go przyjął posiłkiem, kolacją, zabrał go do kina i potem wydał na śmierć…<br />Anna Mizikowska: Najwięcej dowiemy się o Papierosiarzach z  wydanych wspomnień Józefa Ziemiana, który z ramienia żydowskiej organizacji podziemnej wspierał te dzieci w czasie okupacji… przeczytałam fragment na początku odcinka.<br />Ta książka to niemal gotowy scenariusz na film podobny choćby do „Pianisty”… Ale jest słabo znana w Polsce.<br />T.J.: Sama książka po raz pierwszy ukazała się jako gazetowiec, w odcinkach w gazecie, to było zaraz po wojnie w Łodzi, to się chyba nazywa ta gazeta: Nowy Świat. Publikował sam Ziemian. Następne wydanie było dopiero w Izraelu w 62 roku, a natomiast w Polsce pierwsze nielegalne wydanie to był czyli były 2 nielegalne wydania, jedno było w Łodzi, drugie był w 1989 w oficynie Nova. <br />Pierwsze legalne polskie wydanie to jest 1995. <br />Zapraszamy na nasz fanpage na Facebooku Papierosiarze z Placu Trzech Krzyży, który prowadzę, staram się dotrzeć do innych historii poza książkowych o Papierosiarzach, prezentuję też zdjęcia z różnych źródeł, <br />Anna Mizikowska: Muszę jeszcze zapytać, jak potoczyły się powojenne losy Papierosirzy. Z ponad 20 osób przeżyło co najmniej 17?<br />A.C-P.: Ta młodzież, te dzieci później w większości wyjechały z Polski, wyjechały do Izraela, budowały, tworzymy Izrael. Złożyły rodzinę. Mamy kontakt z córką jednego z Papierosiarzy…<br />AM.: Żaden nie dożył do dziś? <br />T.J. Żaden chyba. Żaden. Ostatni zmarł dwa lata temu… Część z nich napisała autobiografie wojenne, dotarłem do trzech takich relacji.<br />AM: I teraz chciałbym żeby znaleźć na miał to wiedzieli o tej inicjatywie utrwalenia w historii utrwalenia w Warszawie historii Papierosiarzy…<br />A.C-P.: Tahistoria w Warszawie jest prawie nieznana, nawet w środowiskach żydowskich jest nieznana. Jest natomiast bardzo znana w Izraelu. Książka jest lekturą, Izraelczycy często wiedzą, kiedy się wspomina o tej historii, wiedzą, pamiętają właśnie choćby jako lekturę szkolną. To, co spowodowało, że najpierw inne osoby, o których za chwilę powiem, potem my chcieliśmy właśnie ich upamiętnić pośród tylu innych dzieci Getta, to jest to, że jest to historia,<br /><br /> która jest która kończy się dobrze i dla wszystkich dla ogromnej większości to historia która pokazuje jak solidarność jak opiekowanie się sobą wzajemnie jak poczucie wspólnoty pozwala zarówno fizycznie jak jak psychicznie przetrwać jest to jest ta historia o takim niesamowitym przesłaniu Pierwszymi osobami które pierwszymi przynajmniej o których wiemy, które tą historię chciały upamiętnić była pani Joanna Brańska z Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej osoba związana z Cafe Ejlat . Był pierwszy pomysł, żeby upamiętnić zarówno tablicą taki był pomysł żeby wtopiony w roku były gazety papierosa to ładne projekty z nią współpracowała Pani Aleksandra Fafjus. Ten pomysł projekt właściwie prawdopodobnie też dlatego upadł że pani Joanna zmarła i inicjatywę przyjęli przejęła Ela Magenheim członkini zarządu Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie i kilka osób stworzyło taki, można powiedzieć na wpół oficjalny komitet realizowania tego pomysłu. Jest tam jeszcze Agata Żurawska, jest Sebastian Tkacz, jest Tomek…<br />T.J.:  przepraszam Żurowska.<br />A.C.-P: Żurowska. To jest przez to, że ambasadorem projektu jest „król, który został ambasadorem”, czyli Michał Żurawski…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45399769</guid><pubDate>Tue, 22 Jun 2021 16:56:39 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45399769/praskie_audiohistorie_e26_papierosiarze.mp3" length="11705052" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>„Pewnego razu, gdy leżeli skuleni na strychu narożnego domu przy ulicy Saskiej i Alei Waszyngtona, ktoś z lokatorów, słysząc szmery dochodzące z góry, zawiadomił dozorcę. Ten chwycił latarkę i pobiegł na strych. Zaświecił śpiącym chłopcom prosto w...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[„Pewnego razu, gdy leżeli skuleni na strychu narożnego domu przy ulicy Saskiej i Alei Waszyngtona, ktoś z lokatorów, słysząc szmery dochodzące z góry, zawiadomił dozorcę. Ten chwycił latarkę i pobiegł na strych. Zaświecił śpiącym chłopcom prosto w twarz. Przestraszeni zerwali się na równe nogi.<br />-Co wy tu robicie? <br />-My jesteśmy z Polusa (nazwa schroniska dla bezdomnych) spóźniliśmy się - wyjąkał Zenek.<br />-Pewnie przyszliście tu kraść bieliznę. Znamy takich! - Dozorca zaczął ich okładać trzymanym w ręku kijem. Zenek nie namyślając się długo wyskoczył ze strychu i zsunął się po poręczy schodów na dół. Paweł poszedł w jego ślady. Uciekli na podwórko, dobiegli do bramy. Niestety była zamknięta. Dozorca gonił ich. Doskoczyli do drewnianego parkanu, Zenek pomagał chorowitemu Pawłowi. <br />-Wy złodziejaszki! Popamiętacie mnie! - krzyczał dozorca. Ale bracia przeskoczyli już przez parkan i ukryli się w pobliskim zbożu. Przesiedzieli tam, podsypiając, do rana. O świcie zamierzali wydostać się niepostrzeżenie na ulicę, ale jak gdyby na złość, w pobliżu robotnicy naprawiali jezdnię Chłopcy bali się wpaść w zasadzkę, w każdym pzechodniu podejrzewali szpicla, gotowego ich złapać i oddać. <br />-Rozdzielmy się - zaproponował Paweł. - Ty będziesz uciekał w stronę Saskiej Kępy, ja w stronę Grochowa. Może choć jeden z nas się uratuje.”<br />Józef Ziemian, Papierosiarze z Placu Trzech Krzyży, Łódź 1995<br /><br />Anna Mizikowska:  Słyszeliście kiedyś o Papierosiarzach z placu Trzech Krzyży, z czasów II wojny światowej? A wiecie, że ta historia ma wątki praskie?<br />Do Muzeum Warszawskiej Pragi przyszło dwoje ludzi, wchodzących w skład większej grupy, która dąży do upamiętnienia tychże Papierosiarzy w przestrzeni miejskiej. Trwa zbiórka funduszy na tablicę pamiątkową i specjalną stronę internetową.<br />Posłuchajcie naszej rozmowy.<br /><br />Kim byli Papierosiarze z placu Trzech Krzyży? I co ich łączy z prawobrzeżną Warszawą?<br />-Anna Cukierman-Podgórska: Były to dzieci i młodzież z Getta Warszawskiego, którzy już wcześniej jako mali szmuglerzy wydostawali się z getta na stronę aryjską po Powstaniu w getcie, po śmierci swoich najbliższych, znaleźli się już na stałe, po stronie aryjskiej. I wspierali się wzajemnie, opiekowali się sobą, pomagali sobie, stworzyli taki rodzaj dziecięcej komuny.<br /><br />-Tomek Jędrczak:  Ja naliczyłem około 20 Pappierosiarzy z tej grupy, z Placu Trzech Krzyży było znacznie znacznie więcej tego typu dzieci w samej Warszawie. Najmłodszy miał 6 lat i to był Boluś czyli Ben Zion Hadar Fiks, a najstarszy miał chyba 17 lat... Handlowały na Placu Trzech Krzyży, gdzie albo były koszary SS, Dom żołnierza niemieckiego, jeszcze były koszary węgierskie, zaraz była dzielnica niemiecka… Więc w zasadzie to było tak, że one były na samej linii styczności pomiędzy tym światem polskim i niemieckim wtedy, prawda, i to było takie dość trudne, jak to można określić, ekosystem.<br />Czwórka z Pragi, bo było czterech takich chłopców z tej grupy, którzy kręcili się głównie po Pradze na samym początku: Paweł i Zenek Hochmanowie, Jankiel “Ząbal” Klajman i Zbyszek, nazwisko nieznane. Zenek i Paweł byli grochowiakami, pilnowali ogródków działkowych na Grochowie. <br />W parku Skaryszewskim, w jakiejś jamie, ukrywał się Ahmowiec, Aleksander Celnikier. Ahmowiec, czyli Żyd, swój. Wyszedł z getta po powstaniu. On nie miał jedzenia, w zasadzie był na skraju śmierci głodowej. I te dzieciaki skombinowały mu bochenek chleba, przynosiły codziennie i w zasadzie codziennie go dokarmiały, co jest niestandardowym obrazem, bo to na ogół jest to, że dorośli ratują dzieci, a tutaj była sytuacja odwrotna, chłopcy ratują innego dorosłego. Później bracia Hochmanowie wzięli udział w Powstaniu warszawskim, są na kilku powstańczych zdjęciach.<br />Na Grochowie mieszkał nauczyciel Idzikowski, który pomógł przynajmniej dwójce Papierosiarzy. Jednym z nich był Ignacy “Byczek” Milchberg, któremu nauczyciel załatwił legitymację szkolną,...]]></itunes:summary><itunes:duration>732</itunes:duration><itunes:keywords>historia,muzeumpragi,okupacja,papierosiarze,papierosiarzezplacutrzechkrzyż,żydzi</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e25 Sensorycznie</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e25-sensorycznie--45309290</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Od czasu do czasu w Muzeum Pragi proponujemy Państwu poznawanie prawobrzeżnej Warszawy poprzez zmysły: słuchu, dotyku, wzroku i węchu.<br />W 2019 roku Karolina Jusińska zaprosiła Państwa na swoją wystawę „Praga sensorycznie” adresowaną głównie do rodzin z dziećmi i życzliwie przyjętą…<br />Dziś Karolina opowie Państwu o jednym z symboli Pragi i zaproponuje kilka ćwiczeń z sensoryki, do wykonania  - przez dzieci, ale i przez dorosłych - w konkretnym miejscu. Na przykład w czasie spaceru.<br /><br />Karolina Jusińska: Ta praska audiohistoria to próba opowiedzenia o mieście w sposób uważny, bez pośpiechu. Kiedy ostatnio mogliście sobie na coś takiego pozwolić?<br />Bosą stopą, gołym okiem, wyostrzcie słuch, węch i na własną rękę zwiedzajcie sensorycznie warszawską Pragę. <br />Zacznę od mojego ulubionego miejsca na Pradze, które budziło mój podziw kiedy byłam dzieckiem.  <br />Miejsce, o którym Wam dzisiaj opowiem, jest bardzo charakterystyczne, to miejsce z historią. <br />Warszawska Katedra Metropolitalna św. Marii Magdaleny, czyli po prostu Cerkiew Św. Marii Magdaleny - perła architektury prawosławnej. <br />Zbudowano ją kiedy Warszawa znajdowała się pod zaborem rosyjskim, w drugiej połowie XIX wieku, , wg projektu Mikołaja Syczewa, u zbiegu głównych ulic Pragi – dawnej Aleksandrowskiej (nazwanej na cześć cara Aleksandra II Romanowa i ul. Targowej. Jaka Aleksandrowska wiele i wielu z Was zapyta? Chodzi o dzisiejszą al. Solidarności. Zbiegiem lat zmieniała nazwę na Zygmuntowską, al. gen. K. Świerczewskiego, by na początku lat 90. przyjąć już dobrze Wam znaną nazwę al. Solidarności. Upamiętnia ona NSZZ „Solidarność”, stąd nazwa alei pisana jest w cudzysłowie. <br />Wracając do cerkwi. Bliskość legendarnego Dworca Petersburskiego końcowej stacji Kolei Warszawsko-Petersburskiej i stacjonującego tutaj wojska rosyjskiego sprawiła, iż cerkiew stała się centrum życia religijnego społeczności prawosławnej w tej części miasta. <br />Cerkiew założona została na planie krzyża greckiego orientowanego ołtarzem na wschód. Była pierwszą samodzielnie stojącą prawosławną świątynią Warszawy. Odwiedzający Warszawę w 1876 r. Fritz Wernicki napisał: „Do najpiękniejszych należy tylko jedyny oryginalny Kościół grecki, który znajduje się na Pradze pośród zieleni parkowej prawobrzeżnej Warszawy. W nim dopiero możemy nasycić oko najczystszym, najprawdziwszym, najpiękniejszym stylem bizantyjsko-rosyjskim”.<br />Jeśli macie ochotę zobaczyć cerkiew, lub znajdziecie chwilę, by się obok niej zatrzymać, to mam dla Was małe ćwiczenie. <br />Proszę Was o wysłuchanie zasad ćwiczenia, które dla Was przygotowaliśmy. Jeśli jesteście w pobliżu świątyni zadbajcie o swoje bezpieczeństwo i upewnijcie się, że nie stoicie na ścieżce rowerowej lub w zbyt bliskiej odległości od przystanku autobusowego. <br />Stojąc frontalnie do wejścia głównego świątyni spróbujcie objąć wzrokiem cały budynek. W takiej pozycji w tym właśnie miejscu zamknijcie oczy i wsłuchajcie się w dźwięki miasta, które otaczają budowlę aurą miejskiego pośpiechu. <br />Poczujcie ciężar swojego ciała i skierujcie go w dół. Zakotwiczcie się w tym miejscu tak mocno jak od niemal 150 lat trwa tutaj praska cierkiew. <br />Odpowiedzcie sobie wewnętrznie na pytania. Co w tej chwili słyszycie? Czy potraficie odróżnić i nazwać dźwięki dochodzące do Was? Dajcie sobie czas na takie działania. Spróbujcie odszukać dźwięki, które wydają drzewa otaczające świątynię. Skupcie się tylko na tym. Czy jesteście w stanie wyłączyć inne odgłosy dochodzące z zewnątrz Was? <br />Poświęćcie temu zadaniu chwilę czasu.<br />Otwórzcie oczy. Jak się czuliście podczas tego ćwiczenia? <br />Stojąc w tym samym miejscu, skierujcie oczy na wejście główne cerkwi. Rysujcie wzrokiem (od dołu ku górze) linie, tak jakbyście chcieli odrysować ręką każdy detal tego miejsca. Proste kreski, łuki, wzory. Czy kiedykolwiek patrzyliście na ten budynek tak szczegółowo? <br /><br />Teraz pokierujcie wzrok na szczyt budynku, wybierzcie jeden z położonych w najwyższym miejscu greckich krzyży, które wieńczą każdą z pięciu kopuły cerkwi. Kopuły te, zwane są cebulami.  Kopuły są symbolem nieba, Boga i świętych. Pięć kopuł praskiej świątyni oznacza Chrystusa i czterech ewangelistów. <br />Skierujcie swój wzrok z krzyży na najbliższy przedmiot czy detal umieszczony w pobliżu wejścia do soboru. <br />Ciekawa jestem co wybraliście?<br />Możecie powtórzyć to ćwiczenie kilka razy. Za każdym razem zmieńcie obiekt, na który patrzycie, pamiętając o zasadzie: raz patrzycie na punkt będący daleko lub wysoko, by później spojrzeć na coś, co jest bliżej Was. To świetne ćwiczenie dla oczu i doskonały sposób, by uważniej przyjrzeć się temu niememu świadkowi historii.<br />Dostrzegliście dzwony? Z pierwszym dzwonami wiąże się ciekawa historia. Pod koniec II wojny światowej Niemcy postanowili je wykorzystać do produkcji pocisków. Dzwony okazały się tak duże i ciężkie, że aby je zdjąć, pocięto je na mniejsze fragmenty. Jednak surowiec z jakiego zostały odlane dzwony nie spełnił oczekiwań Niemców. Po wojnie zostały pospawane i postawiono je przed cerkwią. <br />Jeśli nie będziecie mieć okazji, by zobaczyć wnętrze cerkwi to mam dla Was bardzo dobrą wiadomość. Na stronie Parafii <a href="http://www.katedra.org.pl" rel="noopener">www.katedra.org.pl</a> można odbyć wirtualny spacer po świątyni. Bardzo, bardzo polecam.<br />Budynek dzieli się na górną i dolną kaplicę. W tej dolnej części znajduje się wyposażenie z Soboru Aleksandra Newskiego, który mieścił się od 1912 r. na placu Saskich. Został rozebrany w latach dwudziestych XX wieku. <br />Główną ikoną tej kaplicy jest podarowana przez mnichów z Athos kopia Iwerskiej Ikony Matki Bożej. To jedna z najbardziej znanych i czczonych ikon w Kościele prawosławnym.<br />Na uwagę zasługuje wystrój wnętrza cerkwi, szczególnie trzyrzędowy, pozłacany ikonostas, czyli ozdobna, pokryta ikonami ściana, znajdująca się między miejscem ołtarzowym a nawą. Zachował się on niemal w niezmienionej formie. Uwagę zwracają również freski autorstwa Siergieja Winogronowa<br />I to już wszystko na dziś…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45309290</guid><pubDate>Tue, 15 Jun 2021 12:27:24 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45309290/praskie_audiohistorie_e25_sensorycznie.mp3" length="8864601" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Od czasu do czasu w Muzeum Pragi proponujemy Państwu poznawanie prawobrzeżnej Warszawy poprzez zmysły: słuchu, dotyku, wzroku i węchu.
W 2019 roku Karolina Jusińska zaprosiła Państwa na swoją wystawę „Praga sensorycznie” adresowaną...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Od czasu do czasu w Muzeum Pragi proponujemy Państwu poznawanie prawobrzeżnej Warszawy poprzez zmysły: słuchu, dotyku, wzroku i węchu.<br />W 2019 roku Karolina Jusińska zaprosiła Państwa na swoją wystawę „Praga sensorycznie” adresowaną głównie do rodzin z dziećmi i życzliwie przyjętą…<br />Dziś Karolina opowie Państwu o jednym z symboli Pragi i zaproponuje kilka ćwiczeń z sensoryki, do wykonania  - przez dzieci, ale i przez dorosłych - w konkretnym miejscu. Na przykład w czasie spaceru.<br /><br />Karolina Jusińska: Ta praska audiohistoria to próba opowiedzenia o mieście w sposób uważny, bez pośpiechu. Kiedy ostatnio mogliście sobie na coś takiego pozwolić?<br />Bosą stopą, gołym okiem, wyostrzcie słuch, węch i na własną rękę zwiedzajcie sensorycznie warszawską Pragę. <br />Zacznę od mojego ulubionego miejsca na Pradze, które budziło mój podziw kiedy byłam dzieckiem.  <br />Miejsce, o którym Wam dzisiaj opowiem, jest bardzo charakterystyczne, to miejsce z historią. <br />Warszawska Katedra Metropolitalna św. Marii Magdaleny, czyli po prostu Cerkiew Św. Marii Magdaleny - perła architektury prawosławnej. <br />Zbudowano ją kiedy Warszawa znajdowała się pod zaborem rosyjskim, w drugiej połowie XIX wieku, , wg projektu Mikołaja Syczewa, u zbiegu głównych ulic Pragi – dawnej Aleksandrowskiej (nazwanej na cześć cara Aleksandra II Romanowa i ul. Targowej. Jaka Aleksandrowska wiele i wielu z Was zapyta? Chodzi o dzisiejszą al. Solidarności. Zbiegiem lat zmieniała nazwę na Zygmuntowską, al. gen. K. Świerczewskiego, by na początku lat 90. przyjąć już dobrze Wam znaną nazwę al. Solidarności. Upamiętnia ona NSZZ „Solidarność”, stąd nazwa alei pisana jest w cudzysłowie. <br />Wracając do cerkwi. Bliskość legendarnego Dworca Petersburskiego końcowej stacji Kolei Warszawsko-Petersburskiej i stacjonującego tutaj wojska rosyjskiego sprawiła, iż cerkiew stała się centrum życia religijnego społeczności prawosławnej w tej części miasta. <br />Cerkiew założona została na planie krzyża greckiego orientowanego ołtarzem na wschód. Była pierwszą samodzielnie stojącą prawosławną świątynią Warszawy. Odwiedzający Warszawę w 1876 r. Fritz Wernicki napisał: „Do najpiękniejszych należy tylko jedyny oryginalny Kościół grecki, który znajduje się na Pradze pośród zieleni parkowej prawobrzeżnej Warszawy. W nim dopiero możemy nasycić oko najczystszym, najprawdziwszym, najpiękniejszym stylem bizantyjsko-rosyjskim”.<br />Jeśli macie ochotę zobaczyć cerkiew, lub znajdziecie chwilę, by się obok niej zatrzymać, to mam dla Was małe ćwiczenie. <br />Proszę Was o wysłuchanie zasad ćwiczenia, które dla Was przygotowaliśmy. Jeśli jesteście w pobliżu świątyni zadbajcie o swoje bezpieczeństwo i upewnijcie się, że nie stoicie na ścieżce rowerowej lub w zbyt bliskiej odległości od przystanku autobusowego. <br />Stojąc frontalnie do wejścia głównego świątyni spróbujcie objąć wzrokiem cały budynek. W takiej pozycji w tym właśnie miejscu zamknijcie oczy i wsłuchajcie się w dźwięki miasta, które otaczają budowlę aurą miejskiego pośpiechu. <br />Poczujcie ciężar swojego ciała i skierujcie go w dół. Zakotwiczcie się w tym miejscu tak mocno jak od niemal 150 lat trwa tutaj praska cierkiew. <br />Odpowiedzcie sobie wewnętrznie na pytania. Co w tej chwili słyszycie? Czy potraficie odróżnić i nazwać dźwięki dochodzące do Was? Dajcie sobie czas na takie działania. Spróbujcie odszukać dźwięki, które wydają drzewa otaczające świątynię. Skupcie się tylko na tym. Czy jesteście w stanie wyłączyć inne odgłosy dochodzące z zewnątrz Was? <br />Poświęćcie temu zadaniu chwilę czasu.<br />Otwórzcie oczy. Jak się czuliście podczas tego ćwiczenia? <br />Stojąc w tym samym miejscu, skierujcie oczy na wejście główne cerkwi. Rysujcie wzrokiem (od dołu ku górze) linie, tak jakbyście chcieli odrysować ręką każdy detal tego miejsca. Proste kreski, łuki, wzory. Czy kiedykolwiek patrzyliście na ten budynek tak szczegółowo? <br /><br />Teraz pokierujcie wzrok na szczyt budynku,...]]></itunes:summary><itunes:duration>554</itunes:duration><itunes:keywords>cerkiew,ćwiczenia,miasto,muzeumpragi,sensorycznie,spacersensoryczny</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e24 Bazar</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e24-bazar--45213789</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Dziś zapraszam Państwa do siedziby Muzeum Pragi na nowe słuchowisko ze zbiorów Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi. „Bazar Różyckiego Tam było wszystko”!<br />[muzyka], [okrzyki przekupek], [szum bazaru]<br />Małgorzata Majewska: - Wszystko można było dostać na Różyckim. I na kila i na metry, i na wagę, i na na łokcie, na wszystko. Nawet dziadka z babcią można było kupić…  <br />Joanna Mazurek: - Mówiło się Bazar Różyckiego na Pradze się mówiło, Dworzec Wileński wiadomo, że na Pradze, ZOO na Pradze, Kościół św. Floriana na Pradze, Szpital Przemienia na… znaczy tak się łączyło, jak ludzie…<br />Magdalena Michalska: - Życie toczyło się na Pradze, Bazar Różyckiego, ten słynny, to było w ogóle miejsce marzeń, gdzie wszystko mogło dostać, wszystko można było zjeść, gdzie byli ludzie życzliwi, jedni drugim pomagali. A co to właściwie to był bazar, to jest właściwie centrum Pragi mieściło się na Bazarze Różyckiego. Tam wszystko było. I charakter miał specjalny ten bazar. <br />Elżbieta Strzemińska: - To było okno na świat Pragi. Tam było wszystko. <br />Kunegunda Sanir: - Naprawdę był magnesem przyciągającym tu wszystkich. Przez dziesiątki lat z powodu tego bazaru ludzie tu przyjeżdżali.<br />Anna Mizikowska: 60 minut nagranych wspomnień prażan, godzinna wizyta na bazarze w czasach jego świetności… W ulicznym hałasie, przerywanym okrzykami przekupek, w gwarze targujących się klientów można usłyszeć niejedną historię.<br />Na przykład tę:<br />Andrzej Nowakowski: Były różne epizody takie, powiedzmy... Jak naloty organizowane przez Milicję na Bazar Różyckiego. Pamiętam jeden z takich, przychodziłem akurat tą ulicą Brzeską. To to, to co jedni milicjanci zabierali ze straganu - wtedy były te owoce cytrusowe na przykład - przenosili na samochody ciężarowe, żeby to niby do domu dziecka czy coś… To głównie widać było, jak z tych różnych skrzynek ci pozostali kradli, co mogli, po kieszeniach upychali sobie pomarańcze, banany, cytryny… I tak wyglądała, że tak powiem,  rzeczywistość likwidowania spekulacji, bo tak to się nazywało wtedy…<br />Prażanie i ich bazar… Pani kryjąca się pod pseudonimem Kunegunda Sanir zapamiętała stoisko:<br />Kunegunda Sanir: Tam były wiklinowe rzeczy i tam też, pamiętam, ci właściciele to przez wiele, wiele lat mieli te stoiska z wikliną, z koszykami różnymi, z donicami, na kwiaty, ceramiczne takie rzeczy, do domu i na działki, i konewki były i szlaufy…<br />Okazuje się, że w naszych zbiorach mamy nagranie Pani Ryszardy Zielińskiej, której babcia była właścicielką tego lub takiego samego stoiska:<br />Ryszarda Zielińska: Babcia była przedsiębiorczą, handlową osobą… Miała różne interesy, rozliczne. Właśnie mówię, na bazarze Różyckiego, z tą wikliną, to było olbrzymie stoisko. Miała trzech synów, musiała jakoś ich trzymać w ryzach, bo to byli chuligani nie z tej ziemi…<br />Mamy nawet bardzo zniszczone zdjęcie, na którym widać babcię pani Ryszardy w jej królestwie…<br />Kunegunda Sanir wspomina też inną kupcową:<br />Kunegunda Sanir:  Chodziłam do tej pani od bardzo wielu lat. Bliżej Brzeskiej to było. Miała taką skrzynię wielką. I najpierw ona miała to tą skrzynię i swoje to stoisko tutaj, w okolicy właśnie jak drób i warzywa, od tej strony. gdzie teraz toaleta jest… To ona miała tą skrzynię i stare książki kupowała, sprzedawała… Pani Zosia. I bardzo ją z wielkim sentymentem wspominam. Przez wiele dziesiątków lat u niej kupowałam.. Najpierw, jak w szkole, no, jak znalazłam to, po prostu przechodząc natknęłam się, że stare książki... No i zaczęłam tak tam do niej chodzić. I właśnie w języku…, w innych językach obcych też miała, stare książki miała, jakieś o sztuce, i literaturę, i lektury, historyczne, mnóstwo miała we wszelkich rodzajach i gatunkach…. A potem miała w innym miejscu to ten swój punkt właśnie bliżej tam bramy przy Brzeskiej. Już w latach 1996... chyba, jak też no chodziłam, co pewien czas tam -  też bardzo często do niej chodziłam oglądać, kupić coś -  i potem pytałam… Skrzynia stała, ale ona już chyba nie żyła… Bo ona nie mieszkała tu, jeździła gdzieś chyba autobusem do domu... Już była w starszym wieku. Zawsze zadbana, elegancka starsza pani, siwa już...<br />Zdradzę państwu, że tych akurat wspomnień w słuchowisku nie ma. Nie zmieściły się. Jest 60 minut innych opowieści: o pyzach, alejce złodziei, śledziach…<br />W każdy czwartek wstęp wolny!]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45213789</guid><pubDate>Tue, 08 Jun 2021 14:15:12 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45213789/praskie_audiohistorie_e24_bazar.mp3" length="6485516" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Dziś zapraszam Państwa do siedziby Muzeum Pragi na nowe słuchowisko ze zbiorów Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi. „Bazar Różyckiego Tam było wszystko”!
[muzyka], [okrzyki przekupek], [szum bazaru]
Małgorzata...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Dziś zapraszam Państwa do siedziby Muzeum Pragi na nowe słuchowisko ze zbiorów Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi. „Bazar Różyckiego Tam było wszystko”!<br />[muzyka], [okrzyki przekupek], [szum bazaru]<br />Małgorzata Majewska: - Wszystko można było dostać na Różyckim. I na kila i na metry, i na wagę, i na na łokcie, na wszystko. Nawet dziadka z babcią można było kupić…  <br />Joanna Mazurek: - Mówiło się Bazar Różyckiego na Pradze się mówiło, Dworzec Wileński wiadomo, że na Pradze, ZOO na Pradze, Kościół św. Floriana na Pradze, Szpital Przemienia na… znaczy tak się łączyło, jak ludzie…<br />Magdalena Michalska: - Życie toczyło się na Pradze, Bazar Różyckiego, ten słynny, to było w ogóle miejsce marzeń, gdzie wszystko mogło dostać, wszystko można było zjeść, gdzie byli ludzie życzliwi, jedni drugim pomagali. A co to właściwie to był bazar, to jest właściwie centrum Pragi mieściło się na Bazarze Różyckiego. Tam wszystko było. I charakter miał specjalny ten bazar. <br />Elżbieta Strzemińska: - To było okno na świat Pragi. Tam było wszystko. <br />Kunegunda Sanir: - Naprawdę był magnesem przyciągającym tu wszystkich. Przez dziesiątki lat z powodu tego bazaru ludzie tu przyjeżdżali.<br />Anna Mizikowska: 60 minut nagranych wspomnień prażan, godzinna wizyta na bazarze w czasach jego świetności… W ulicznym hałasie, przerywanym okrzykami przekupek, w gwarze targujących się klientów można usłyszeć niejedną historię.<br />Na przykład tę:<br />Andrzej Nowakowski: Były różne epizody takie, powiedzmy... Jak naloty organizowane przez Milicję na Bazar Różyckiego. Pamiętam jeden z takich, przychodziłem akurat tą ulicą Brzeską. To to, to co jedni milicjanci zabierali ze straganu - wtedy były te owoce cytrusowe na przykład - przenosili na samochody ciężarowe, żeby to niby do domu dziecka czy coś… To głównie widać było, jak z tych różnych skrzynek ci pozostali kradli, co mogli, po kieszeniach upychali sobie pomarańcze, banany, cytryny… I tak wyglądała, że tak powiem,  rzeczywistość likwidowania spekulacji, bo tak to się nazywało wtedy…<br />Prażanie i ich bazar… Pani kryjąca się pod pseudonimem Kunegunda Sanir zapamiętała stoisko:<br />Kunegunda Sanir: Tam były wiklinowe rzeczy i tam też, pamiętam, ci właściciele to przez wiele, wiele lat mieli te stoiska z wikliną, z koszykami różnymi, z donicami, na kwiaty, ceramiczne takie rzeczy, do domu i na działki, i konewki były i szlaufy…<br />Okazuje się, że w naszych zbiorach mamy nagranie Pani Ryszardy Zielińskiej, której babcia była właścicielką tego lub takiego samego stoiska:<br />Ryszarda Zielińska: Babcia była przedsiębiorczą, handlową osobą… Miała różne interesy, rozliczne. Właśnie mówię, na bazarze Różyckiego, z tą wikliną, to było olbrzymie stoisko. Miała trzech synów, musiała jakoś ich trzymać w ryzach, bo to byli chuligani nie z tej ziemi…<br />Mamy nawet bardzo zniszczone zdjęcie, na którym widać babcię pani Ryszardy w jej królestwie…<br />Kunegunda Sanir wspomina też inną kupcową:<br />Kunegunda Sanir:  Chodziłam do tej pani od bardzo wielu lat. Bliżej Brzeskiej to było. Miała taką skrzynię wielką. I najpierw ona miała to tą skrzynię i swoje to stoisko tutaj, w okolicy właśnie jak drób i warzywa, od tej strony. gdzie teraz toaleta jest… To ona miała tą skrzynię i stare książki kupowała, sprzedawała… Pani Zosia. I bardzo ją z wielkim sentymentem wspominam. Przez wiele dziesiątków lat u niej kupowałam.. Najpierw, jak w szkole, no, jak znalazłam to, po prostu przechodząc natknęłam się, że stare książki... No i zaczęłam tak tam do niej chodzić. I właśnie w języku…, w innych językach obcych też miała, stare książki miała, jakieś o sztuce, i literaturę, i lektury, historyczne, mnóstwo miała we wszelkich rodzajach i gatunkach…. A potem miała w innym miejscu to ten swój punkt właśnie bliżej tam bramy przy Brzeskiej. Już w latach 1996... chyba, jak też no chodziłam, co pewien czas tam -  też bardzo często do niej chodziłam oglądać, kupić coś -  i potem...]]></itunes:summary><itunes:duration>406</itunes:duration><itunes:keywords>bazarróżyckiego,bazarróżyckiego.tambyłowszystk,historiamówiona,muzeumpragi,różyc</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e23 Fantasy na starej Pradze</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e23-fantasy-na-starej-pradze--45109028</link><description><![CDATA[Co jakiś czas w Praskich Audiohistoriach polecam książkę o Pradze. Tym razem polecam zbiór opowiadań urban fantasy, fantazja miejska, science-fiction “Praskie opowieści” Tomasza Bocheńskiego, zlokalizowane w centrum starej Pragi, w okolicach Ząbkowskiej, Brzeskiej, bo stąd pochodzi autor…<br />Książka ukazała się we wrześniu 2012 roku. Jeżeli kogoś z państwa zainteresuje, to jeden egzemplarz mamy u siebie w czytelni na Pradze, zapraszamy państwa, zawsze można wpaść, umówić się, przeczytać tę książkę. <br />Natomiast ja państwu dzisiaj przeczytam kawałeczek jednego opowiadania. Mam nadzieję że państwa wciągnie i będziecie chcieli wiedzieć, co jest dalej…<br />Cytat: No dobra, opowiem... Tego dnia, szanowna publiko, nie byłem w najlepszym nastroju. No wiecie, jak to jest, gdy was ukochana kopnie w dupę. Nie, miłe panie, ja niczego nie sugeruję... Opowiadać? Się robi. Właściwie standardowo po takim zdarzeniu powinienem się upić w trupa, a potem powtarzać zabieg aż do całkowitego zaniku sieci neuronów odpowiedzialnych za uczucia wyższe. Zyskałbym na dzielnicy wierne grono przyjaciół, trwały alkoholizm i wszystko byłoby git, czyli normalnie. Ja jednak postanowiłem być oryginalny. Taak... Kategorycznie odmówiłem chlania, budząc niepomierne zdumienie kolesiów; tacy byli współczujący, że chcieli stawiać, sądząc, że groszem nie śmierdzę, i ze zgrozą przyjęli odmowę. Ostatnio jeden kumpel zaniechał picia, a rano znaleźli nieboraka wiszącego na żyrandolu. Ząbkowska i nawet część Brzeskiej przypuszczały, że zmierzam w ślady wisielca. Cóż, ludzie na Szmulkach są w porządku, czasem jednak zbyt konserwatywnie podchodzą do świata. Jesteś nieszczęśliwy – napij się wódki. Szczęście cię rozpiera – stawiaj gołdę. Nie wiesz, czy jest tak, czy siak – walnij setę, rzecz się wyjaśni. A Maryjka zamieniła mnie na jednego palanta w garniturze: „Bo on nie pije tak jak ty”. Pewnie nie, a oprócz tego miał brykę i prowadził prywatny biznes. Jak mogłem z nim rywalizować? Powiedzcie. Ale postanowiłem zmienić coś w życiu. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to wyremontować chałupę. Umęczę się, myśli zajmę, a efekt pozytywny będzie. I postąpiłem jak w starym dowcipie o kupowaniu samochodów; pamiętacie: facet nabył dziurkowane rękawiczki i do nich dobierał limuzynę. Tak i ja, zwiedziwszy targ staroci na Kole, powróciłem z łupem. Dźwigałem dumny i prawie szczęśliwy aparat telefoniczny, gdzieś tak na oko z lat dwudziestych. Ździwko widzę w oczach przepięknych. Że telefon? Miła, jak go odczyściłem i ustawiłem w przedpokoju, to całe pomieszczenie aż blasku nabrało. Wysoki, srebrny, ze słuchawką wykładaną szlachetnym drewnem – jedyny sprzęt z klasą w całym zapuszczonym mieszkaniu. Komórki? No nie, bracie – wtedy, w połowie lat dziewięćdziesiątych, występowały rzadziej niż śnieg w maju. A drogie tak, że nawet nowy men Maryjki – Tadek w Garniturze, mocno się w łeb pusty drapał, czy zabawkę nabyć. Napatrzywszy się na telefon, ruszyłem do przesuwania gratów. Komody przepchnąć nie mogłem, trzeba było wybebeszyć ciężkiego grzmota. Skończyło się na tym, że zasiadłem na podłodze pośrodku pokoju, obłożony skarbami i pamiątkami rodzinnymi. A w lodówce znalazłem dwa browary. Piwo do sześciu sztuk to przecież nie alkohol. Nieprawdaż? I tak jakoś zrobiło mi się trochę lepiej. Z zapałem wertowałem albumy ze zdjęciami, coraz bardziej zagłębiając się w przeszłość. Nie rozpoznawałem twarzy, ale szczęściem fotografie opisano, i to dość skrupulatnie. Jedna fotka zaciekawiła mnie niezmiernie, aż wyjąłem sepiowy kartonik, by obejrzeć go dokładnie. Przodek w tużurku i sztuczkowych spodniach, gładko uczesany z przedziałkiem, siedział na krześle z powagą wpatrzony w obiektyw. Zdjęcie solidne, podklejone grubym kartonem, na plecach miało wyraźną pieczątkę: nazwisko fotografa, adres i numer telefonu. A nawet ręcznie wypisaną datę. Obracałem zdjęćko w palcach, nadsłuchując. Niestety, piękny aparat telefoniczny milczał przez cały wieczór. A ja, nie ukrywam, czekałem w napięciu. Może Maryjka zadzwoni? Nie ma mądrych w takiej sytuacji. Nic jednak poza wrzaskami dzieci na podwórku nie przerywało ciszy. Szarańcza gówniarzy ryła trawnik przed kapliczką, skąd całkiem niedawno ekshumowano szczątki pozostałe po powstańczym cmentarzyku. Każdy znaleziony guzik czy drobna moneta wywoływały nowy przypływ entuzjazmu. Skoro tak, ja zadzwonię, pomyślałem. Jednak gdy zimna słuchawka dotknęła ucha, stchórzyłem. Ale żeby ukryć to przed sobą samym, wykręciłem pięć cyfr zapisanych na zdjęciu. I czekałem na głos panienki kwitujący wybranie dawno nieistniejącej centrali drętwym tekstem: „Nie ma takiego numeru, nie ma takiego...”.<br />– Allo? – świeży dziewczęcy sopran przyprawił mnie o opadnięcie szczęki i wytrzeszcz oczu. Lustro przy wieszaku ukazało obraz zdumionego kretyna. – A... allo? – sopranik mimo zniekształceń i „blaszanego” przydźwięku wyraźnie oddał niepewność dziewczęcia. Odchrząknąłem i wykrztusiłem: – Czy to zakład fotograficzny? – Taak... – śpiewnie przeciągnęła dziewczyna. – Niestety, już nieczynne. Nikogo nie ma. – Z duchem rozmawiam? Panno słodka! – zyskałem nieco na pewności, wchodząc w rolę klienta. – Ach nie – głos rozjaśnił uśmiech. – Z krwi i kości jestem. Jednak – dodała rzeczowo – zakład pracuje do siódmej wieczór. A teraz już... – Późno – wpadłem w słowo. – Przepraszam... – Taak. Ale nie tak bardzo... – Uśmiech ciągle trwał. – Cóż. Zadzwonię innym razem. – Proszę. Bo ja tu tylko mieszkam. – Dobrej nocy życzę. – Ja też. Stałem ze słuchawką przy uchu, urywany sygnał brzęczał bez końca. Zaciekawiła mnie „fotograficzna” panienka. Rozmawiając, czekała na odpowiedź, skupiona, nie drażnił jej natręt; nie spoglądała jednym okiem w telewizor czy gazetę. Takie rzeczy wyczuwa się przecież. A ja przez całe dwie minuty nie myślałem o Maryjce. Wykręciłem ponownie numer fotografa. – Allo? – Miła panno... Przepraszam... To znowu ja. – Tak? – głos zabrzmiał łagodnym zdziwieniem. – Chciałem zapytać... Czy mogę kiedyś zadzwonić? Zdziwienie urosło. – Przecież... – Do pani, madame – wyjaśniłem szybko. Cisza zupełna zaległa w słuchawce. – Proszę, błagam, do stópek przepięknych upadam – rzuciłem rymem „częstochowskim”. – A skąd wie, że przepiękne...? – Śmiech czaił się tuż pod powierzchnią słów. – Wie, wie. Inaczej być nie może, milady. – Ale pan śmiesznie mówi... – Więc zgoda? – Doobrze. Bywam tu wieczorami... – Pięknych snów życzę – powiedziałem. – Dziękuję – głosik zabrzmiał cienko, dziewczynkowato. I już jej nie było. Spałem jak dziecko. […] Rano, jak mówiłem, humor jakiś miałem lepszy. Do południa nieźle szarpnąłem robotą. Meble stanęły w ordynku pośrodku pokoi. Nawet zacząłem zmywać ściany. Wreszcie uznałem, że czas na obiad. Jak stałem, tak i wypadłem na dwór w poplamionym podkoszulku i porwanych sztanach. Kogo to obchodziło na Ząbkowskiej. Wracałem z zakupami przez podwórko, gdy wpadłem na Desanta. To kumpel jeszcze z podstawówki. Wojo odpękał w „Czerwonych Beretach”, stąd ksywa. Obaj mieliśmy kiepsko u dzielnicowego. Niejedną wspólną partaninę zrobiliśmy. A obalonych razem flaszek nie podejmuję się policzyć. Przybił piątkę, ale widzę, gościu coś niewyraźny. W oczy nie patrzy, z nogi na nogę przestępuje. – Co jest, Desant? – zagaiłem, bo pomiędzy nami tajemnic nie było. – Trouble Dżej Dżej – wyangielszczył się, miał ten zwyczaj. Jeden temat wirował mi we łbie, więc rzuciłem: – Kobita? Westchnął ciężko i przytaknął. Głupio zabrzmi, ale lepiej mi się zrobiło. Desant był twardy, skoro jego wzięło, i ja nie miałem powodu do wstydu.<br />– Słuchaj – powiedziałem. – Wczoraj miałem taki przypadek. Nakręciłem numer 401-81 i... Wyobraź sobie, uzyskałem połączenie. Kumasz coś z tego? […] Coś musiało przeskoczyć i połączyło cię z zupełnie innym numerem. Te centrale to rzęchy. Dobra, muszę lecieć. Jak sprawę wyjaśnię, większą wódkę zrobimy – rzucił, już odchodząc. Nie kupiłem teorii Desanta. Dwa razy centralka się pomyliła? No i przecież dziewczyna mówiła, że to zakład fotograficzny. Ale niepewność pozostała. Toteż w domu natychmiast wybrałem numer fotografa. W słuchawce trwała głucha cisza, a potem rozbrzmiało bełkotliwe: „Nie ma takiego numeru”. Przestałem kręcić dopiero, gdy rozbolał mnie palec. Przez resztę dnia mimo intensywnego arbajtu czułem się nieswojo. Jakbym coś wartościowego stracił... I wiecie co? Wcale nie chodziło o Maryjkę. Mało razy rozmawiałeś z kimś omyłkowo, frajerze? – mówiłem do siebie, szpachlując dziury w ścianach, ale nie pomagało. Durne uczucie. Udało mi się przestać o tym myśleć, ale wtedy przed oczyma ujrzałem jak żywą Maryjkę – nagą w objęciach Tadka, który nawet przy tej okazji nie zdjął Garnituru. Tobie odpierdala, koleś, pomyślałem i o zmierzchu pobiegłem po flaszkę. Nie ma co się krzywić. Tak było. Nie ze wszystkim jeszcze uległem pokusie. Postawiłem flachę na szafce. Obok musztardówkę. W końcu ma się klasę – nie pijam z gwinta. Jednak zanim zerwałem nakrętkę, wziąłem metalowy kosz i wrzuciłem do niego wszystkie pamiątki po mojej kobicie: zdjęcia, pluszowego misia, jakieś listy, a nawet zaplątany w pościeli biustonosz. Potem całość polałem benzyną i rzuciłem zapałkę. Flacha błysnęła zachęcająco, odbijając płomienie. By odwlec chwilę upadku, wykręciłem znany mi już na pamięć numer. Po ostatniej cyfrze – rozbrzmiała szmerem zakłóceń cisza. Butelka wyszczerzyła się do mnie ironicznie. Nagle rozbrzmiał normalny sygnał, a potem usłyszałem srebrzysty sopran: – Allo? Flaszka łypnęła złowrogo niebieską etykietą. Ja zaś, pełen ulgi, przycisnąłem słuchawkę ramieniem i posłałem „Bałtyckiej” gest Kozakiewicza. – Witam i do nóżek upadam, przepraszam, jeżeli głupstwa gadam – rzuciłem z marszu. „Pomyłka” nie rozchichotała się, jakby to uczyniła moja była. – Aaa, to pan... – rzekła jakimś nieobecnym tonem. – Przeszkadzam? – Tak. To znaczy nie! Byłam zajęta, lecz już skończyłam. – Dzwoniłem w dzień... – Siedziałam na wykładach, potem w kawiarni... Bywam w zakładzie dopiero po zamknięciu... Ale – dodała – pan Janowski nic nie wspominał... – Nie mogłem się dodzwonić. – To woda na młyn pana Bronka, zawsze mówi,]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45109028</guid><pubDate>Mon, 31 May 2021 22:10:09 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45109028/praskie_audiohistorie_e23.mp3" length="12225887" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Co jakiś czas w Praskich Audiohistoriach polecam książkę o Pradze. Tym razem polecam zbiór opowiadań urban fantasy, fantazja miejska, science-fiction “Praskie opowieści” Tomasza Bocheńskiego, zlokalizowane w centrum starej Pragi, w okolicach...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Co jakiś czas w Praskich Audiohistoriach polecam książkę o Pradze. Tym razem polecam zbiór opowiadań urban fantasy, fantazja miejska, science-fiction “Praskie opowieści” Tomasza Bocheńskiego, zlokalizowane w centrum starej Pragi, w okolicach Ząbkowskiej, Brzeskiej, bo stąd pochodzi autor…<br />Książka ukazała się we wrześniu 2012 roku. Jeżeli kogoś z państwa zainteresuje, to jeden egzemplarz mamy u siebie w czytelni na Pradze, zapraszamy państwa, zawsze można wpaść, umówić się, przeczytać tę książkę. <br />Natomiast ja państwu dzisiaj przeczytam kawałeczek jednego opowiadania. Mam nadzieję że państwa wciągnie i będziecie chcieli wiedzieć, co jest dalej…<br />Cytat: No dobra, opowiem... Tego dnia, szanowna publiko, nie byłem w najlepszym nastroju. No wiecie, jak to jest, gdy was ukochana kopnie w dupę. Nie, miłe panie, ja niczego nie sugeruję... Opowiadać? Się robi. Właściwie standardowo po takim zdarzeniu powinienem się upić w trupa, a potem powtarzać zabieg aż do całkowitego zaniku sieci neuronów odpowiedzialnych za uczucia wyższe. Zyskałbym na dzielnicy wierne grono przyjaciół, trwały alkoholizm i wszystko byłoby git, czyli normalnie. Ja jednak postanowiłem być oryginalny. Taak... Kategorycznie odmówiłem chlania, budząc niepomierne zdumienie kolesiów; tacy byli współczujący, że chcieli stawiać, sądząc, że groszem nie śmierdzę, i ze zgrozą przyjęli odmowę. Ostatnio jeden kumpel zaniechał picia, a rano znaleźli nieboraka wiszącego na żyrandolu. Ząbkowska i nawet część Brzeskiej przypuszczały, że zmierzam w ślady wisielca. Cóż, ludzie na Szmulkach są w porządku, czasem jednak zbyt konserwatywnie podchodzą do świata. Jesteś nieszczęśliwy – napij się wódki. Szczęście cię rozpiera – stawiaj gołdę. Nie wiesz, czy jest tak, czy siak – walnij setę, rzecz się wyjaśni. A Maryjka zamieniła mnie na jednego palanta w garniturze: „Bo on nie pije tak jak ty”. Pewnie nie, a oprócz tego miał brykę i prowadził prywatny biznes. Jak mogłem z nim rywalizować? Powiedzcie. Ale postanowiłem zmienić coś w życiu. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to wyremontować chałupę. Umęczę się, myśli zajmę, a efekt pozytywny będzie. I postąpiłem jak w starym dowcipie o kupowaniu samochodów; pamiętacie: facet nabył dziurkowane rękawiczki i do nich dobierał limuzynę. Tak i ja, zwiedziwszy targ staroci na Kole, powróciłem z łupem. Dźwigałem dumny i prawie szczęśliwy aparat telefoniczny, gdzieś tak na oko z lat dwudziestych. Ździwko widzę w oczach przepięknych. Że telefon? Miła, jak go odczyściłem i ustawiłem w przedpokoju, to całe pomieszczenie aż blasku nabrało. Wysoki, srebrny, ze słuchawką wykładaną szlachetnym drewnem – jedyny sprzęt z klasą w całym zapuszczonym mieszkaniu. Komórki? No nie, bracie – wtedy, w połowie lat dziewięćdziesiątych, występowały rzadziej niż śnieg w maju. A drogie tak, że nawet nowy men Maryjki – Tadek w Garniturze, mocno się w łeb pusty drapał, czy zabawkę nabyć. Napatrzywszy się na telefon, ruszyłem do przesuwania gratów. Komody przepchnąć nie mogłem, trzeba było wybebeszyć ciężkiego grzmota. Skończyło się na tym, że zasiadłem na podłodze pośrodku pokoju, obłożony skarbami i pamiątkami rodzinnymi. A w lodówce znalazłem dwa browary. Piwo do sześciu sztuk to przecież nie alkohol. Nieprawdaż? I tak jakoś zrobiło mi się trochę lepiej. Z zapałem wertowałem albumy ze zdjęciami, coraz bardziej zagłębiając się w przeszłość. Nie rozpoznawałem twarzy, ale szczęściem fotografie opisano, i to dość skrupulatnie. Jedna fotka zaciekawiła mnie niezmiernie, aż wyjąłem sepiowy kartonik, by obejrzeć go dokładnie. Przodek w tużurku i sztuczkowych spodniach, gładko uczesany z przedziałkiem, siedział na krześle z powagą wpatrzony w obiektyw. Zdjęcie solidne, podklejone grubym kartonem, na plecach miało wyraźną pieczątkę: nazwisko fotografa, adres i numer telefonu. A nawet ręcznie wypisaną datę. Obracałem zdjęćko w palcach, nadsłuchując. Niestety, piękny aparat telefoniczny milczał przez cały wieczór. A ja, nie ukrywam, czekałem w napięciu. Może Maryjka...]]></itunes:summary><itunes:duration>765</itunes:duration><itunes:keywords>fantasy,praga,praskieopowieści,sf,tomaszbochiński"</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e22 Obozy harcerskie</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e22-obozy-harcerskie--45004213</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Nie wiem, jak Państwo, ale ja coraz częściej myślę o wakacjach. Ciekawe, w ilu domach na Pradze dzieci przekonują właśnie rodziców, żeby je puścić na obóz harcerski?  A może dziś to rodzice przekonują „pojedź!”?<br />Kilkoro harcerzy z praskich drużyn podzieliło się z naszym Archiwum Historii Mówionej wspomnieniami ze swoich pierwszych obozów. <br />Stefan Romanowski i Bogumiła Sajkowska opowiadają o czasach tuż po II wojnie światowej:<br />Stefan Romanowski, AHM: Na 1 obozie, który tak wspomniałem, to też było ciekawe. To były inne czasy. Było nas 40, podjechała ciężarówka, tylko taka, jak dawniej była, to już jej nie ujrzycie, takie radzieckie. Ładowaliśmy sprzęt, ile można, nie było namiotów, mieliśmy jeden malutki namiot. Pytanie, jak pojechaliśmy na obóz, to za chwilę. Ileś tam tego sprzętu załadowaliśmy, swoje plecaki, swoje osobiste wyposażenie, 40 wsiadło potem i tak jak to na filmach możecie to oglądać wojennych, tak się jechało. Dzisiaj to by pozabijali, policja by pozabijała, i kierowcę i nas wszystkich. Na obóz pod Piaseczno. A pod Piasecznem mieliśmy w takim ośrodku, w gospodarstwie prowadzonym przez zakonnice, a naszym lokum była potężna stodoła i myśmy w tej stodole. A tak pokazowy mieliśmy taki maleńki namiocik z pałatek zorganizowany, stół był wykopany ziemny. Z tym, że ja tam byłem tylko oboźnym. A komendantem moim obozu, bo ja miałem wtedy, nie miałem 18 lat, miałem 17,5. Był phm. Jan Cichosz, ksiądz. Obóz trwał 2 tygodnie, ale ksiądz, i komendant i ksiądz Cichosz był 1 dzień na obozie, a ja pozostałych 13 prowadziłem samodzielnie. Co ciekawego stamtąd. Przeżycia różne, jak to harcerskie, zajęcia. Ale mieliśmy taką jedną bardzo ciekawą noc. Nie wiem, czy państwo wiecie, był taki okres zaraz po wojnie, jak nasi wyzwoliciele pędzili całe stada krów z zachodu aż do Związku Radzieckiego. Przyszła taka jedna noc, że 250 krów, zatrzymali się w tym folwarku, gospodarstwie. Wtedy nas nawet z tej stodoły powyrzucali, musieliśmy iść gdzie indziej, bo oni musieli zabezpieczyć. Taka przygoda była, charakterystyczna na ówczesne czasy.<br /><br />Bogumiła Sajkowska, AHM:  Wstyd mi jest, ale nie pamiętam, jaka to była drużyna. Od pani Rzeszotarskiej byłyśmy na obozie w Jaszczurówkach, to było zaraz po wojnie, to było bardzo siermiężnie, niektóre namioty były z Unry, a te polówki były takie fajne rozkładane, takie z drewnianymi, takie naciągane drewniane. Też były z Unry. Oczywiście odrębnie były drużyny żeńskie i drużyny męskie i obozy były też odrębne i ja byłam dzieckiem obozu.<br />Ja spałam w odrębnym namiocie, w takim namiocie, niby tym PCK i czerwony krzyż był na wierzchu, ale nikogo nie było w nim. Ja tam spałam, jako dziecko tego obozu. I te cholerne chłopaki mnie ukradli razem z tym łóżkiem. No i moi mili, ja się w ogóle nie obudziłam. No tak. Zanieśli mnie do obozu do siebie, jak ja otworzyłam oczy, to ja byłam zupełnie nie tam, gdzie powinnam być. Ale nasze dziewczyny się postarały, podkradły chłopakom, ukradły raz to totem poszedł, a drugi raz nie wiem, coś tam jeszcze i była uroczysta wymiana. Ja była ta uroczysta wymiana pamiętam, takimi, za co leśniczy strasznie się gniewał, bo mu połamali gałęzie w jakimś świerku czy coś, taką linię demarkacyjną zrobili no i oni mnie z jednej strony nieśli na tym łóżku, ja musiałam leżeć w tym łóżku oczywiście, a tutaj z drugiej strony tej strony tej elegancko i taka była wymiana. To jest nie do zapomnienia. To się będzie pamiętało zawsze. A widzicie, jaka była drużyna nie pamiętam.<br /><br />Anna Mizikowska: Na porządnym obozie musi być chłopak, do którego się wzdycha… I trzeba się czegoś nauczyć…<br />Barbara Prószyńska wspomina obóz harcerski z 1956 roku:<br />Moja przyjaciółka już się zapisała i ja też. I pojechałyśmy już w sierpniu na obóz harcerski. To było zgrupowanie hufca Grochów nad jeziorem Nidzkim prowadzone przez dh. Szypowskiego Mirosława, który został nazwany w takim echu obozowym „syn hrabiego Monte Christo”. To było charakterystyczne, bo się wszyscy w nim podkochiwali. W przeciwieństwie do dh. Romanowskiego, którego nazywano „Iwan Groźny”. <br />To był wspaniały obóz, chociaż gdybym miała go oceniać jako komendant chorągwi to bym go bardzo krytycznie oceniła. Ale to były, myśmy się wszystkiego wtedy uczyły, a komendantką naszego obozu, obecnie emerytowany profesor etnografii, Hanna Szyfer.<br />Bardzo mądra kobieta, której myśmy się podśmiewały troszeczkę wtedy, bo uważałyśmy się za najmądrzejsze w całej wsi. I ona tak naprawdę zainteresowała mnie Warmią i Mazurami. Ona, myśmy tam się uczyły piosenek, myśmy szły na zwiady czy na prace społeczne. Naprawdę ona nauczyła nas rozumieć problemy Mazurów i Warmiaków. Mi by się nie zdarzyło, żebym szukała osadników wojskowych na Mazurach.<br />Później doceniałam to, że wszystkie te rajdy czy programy ognisk były naprawdę mądrze przemyślane. Obóz to były prymitywne strasznie warunki, mi się nie chciało rolować 2 kocy, więc miałam jeden, można sobie wyobrazić w sierpniu na obozie na mazurach pod 1 kocem, bez śpiwora, bez niczego. Po co taki ciężki plecak brać, prawda. Mamy nie było, jak się pakowałam, bo wyjechała z bratem na wakacje. Więc ja się sama pakowałam i chodziło o to, żebym miała lekki plecak.<br /><br />Anna Mizikowska: Grzegorz Nowik, był w 1966 roku nad jeziorem Szeląg Wielki. Nie dość, że jego zastęp nosił wiele mówiącą nazwę „Komary” to jeszcze obóz zaczął się od niemiłej niespodzianki. Ale ostatecznie, liczą się wspomnienia!<br />Grzegorz Nowik, AHM: Polana, na której mieliśmy mieć rozbity obóz, został zajęty przez jakichś turystów. Próba wojny z nadleśnictwem, żeby oni się zwinęli, no żeby gdzieś pojechali, okazała się, że to w czasie urlopu nadleśniczego, inny tam, podleśniczy, wydał zgodę dla tych turystów na obozowanie. Tutaj turyści, prawda, radia tranzystorowe, psy szczekające, ganiające, tu multi dzieci, to się nie dało pogodzić. W związku z tym, myśmy się musieli przenieść w inne miejsce. Najpierw rozbiliśmy namioty na polanie, licząc, ze oni zostaną stamtąd usunięci, trzeba było zwinąć, te przygotowane żerdzie poprzenosić w inne miejsce, przyjechaliśmy rano, to do wieczora nie byliśmy gotowi. A ja mam taką przypadłość, że cierpię na migreny. I tego dnia miałem migrenę, jako mały chłopak. I padłem. Pamiętam, przyszedł oboźny, Marek Młynarski, do dzisiaj utrzymuję też z nim kontakt. Patrzy i mówi: o, z tego to już nic nie będzie. Chłopcy mówili: no jak to, on leży, a my mamy namiot rozstawiać, coś trzeba z tym zrobić. No więc dali mi jakiś proszek od bólu głowy, i zostawili w spokoju. Ja pamiętam, że chłopcy poszli do wsi napychać sienniki, bo to się jeszcze wtedy sienniki słomą napychało. No i wieczorem ktoś mnie przeniósł, ja nie pamiętam kto, bo ja usnąłem, w mundurze, po tym proszku, na tym sienniku i przespałem tak pierwszą noc. Dopiero następnego dnia rehabilitowałem się i budowałem prycze, bo oni też nie zdążyli tych pryczy zbudować, i półkę według własnej konstrukcji tam zaplanowałem, jak zrobimy na plecaki. Także jedni budowali prycze, a ja z 2 kolegami budowaliśmy półkę. Przy czym stwierdziliśmy, że lepiej, jak ją będziemy budować na takiej dużej pryzmie żerdzi, która była zrzucona. Rzeczywiście tam wybieraliśmy se żerdki i zbudowaliśmy półkę, tylko potem trzeba było ją podnieść i przenieść. Bo to była niewkopywana, tylko przenoszona, nasz patent. Szliśmy i obijaliśmy se piszczele, bo ciężko to było podnieść do góry. W każdym razie, pamiętam ten obóz. I wspaniale było.<br />Pamiętam, że była kucharka na tym obozie. Ale też, pierwsza służba w kuchni, pierwsza warta, dzięcioł stukał, walił w taki kawałek kory, która dawała pogłos, jakby ktoś szedł po tym lesie. No też przeżycie, każdy to musi przeżyć mając 12 lat i te wrażenia potem do końca zostają.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/45004213</guid><pubDate>Mon, 24 May 2021 22:10:11 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/45004213/praskie_audiohistorie_e22_obozy_harcerskie.mp3" length="9591490" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Nie wiem, jak Państwo, ale ja coraz częściej myślę o wakacjach. Ciekawe, w ilu domach na Pradze dzieci przekonują właśnie rodziców, żeby je puścić na obóz harcerski?  A może dziś to rodzice przekonują „pojedź!”?
Kilkoro harcerzy z...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Nie wiem, jak Państwo, ale ja coraz częściej myślę o wakacjach. Ciekawe, w ilu domach na Pradze dzieci przekonują właśnie rodziców, żeby je puścić na obóz harcerski?  A może dziś to rodzice przekonują „pojedź!”?<br />Kilkoro harcerzy z praskich drużyn podzieliło się z naszym Archiwum Historii Mówionej wspomnieniami ze swoich pierwszych obozów. <br />Stefan Romanowski i Bogumiła Sajkowska opowiadają o czasach tuż po II wojnie światowej:<br />Stefan Romanowski, AHM: Na 1 obozie, który tak wspomniałem, to też było ciekawe. To były inne czasy. Było nas 40, podjechała ciężarówka, tylko taka, jak dawniej była, to już jej nie ujrzycie, takie radzieckie. Ładowaliśmy sprzęt, ile można, nie było namiotów, mieliśmy jeden malutki namiot. Pytanie, jak pojechaliśmy na obóz, to za chwilę. Ileś tam tego sprzętu załadowaliśmy, swoje plecaki, swoje osobiste wyposażenie, 40 wsiadło potem i tak jak to na filmach możecie to oglądać wojennych, tak się jechało. Dzisiaj to by pozabijali, policja by pozabijała, i kierowcę i nas wszystkich. Na obóz pod Piaseczno. A pod Piasecznem mieliśmy w takim ośrodku, w gospodarstwie prowadzonym przez zakonnice, a naszym lokum była potężna stodoła i myśmy w tej stodole. A tak pokazowy mieliśmy taki maleńki namiocik z pałatek zorganizowany, stół był wykopany ziemny. Z tym, że ja tam byłem tylko oboźnym. A komendantem moim obozu, bo ja miałem wtedy, nie miałem 18 lat, miałem 17,5. Był phm. Jan Cichosz, ksiądz. Obóz trwał 2 tygodnie, ale ksiądz, i komendant i ksiądz Cichosz był 1 dzień na obozie, a ja pozostałych 13 prowadziłem samodzielnie. Co ciekawego stamtąd. Przeżycia różne, jak to harcerskie, zajęcia. Ale mieliśmy taką jedną bardzo ciekawą noc. Nie wiem, czy państwo wiecie, był taki okres zaraz po wojnie, jak nasi wyzwoliciele pędzili całe stada krów z zachodu aż do Związku Radzieckiego. Przyszła taka jedna noc, że 250 krów, zatrzymali się w tym folwarku, gospodarstwie. Wtedy nas nawet z tej stodoły powyrzucali, musieliśmy iść gdzie indziej, bo oni musieli zabezpieczyć. Taka przygoda była, charakterystyczna na ówczesne czasy.<br /><br />Bogumiła Sajkowska, AHM:  Wstyd mi jest, ale nie pamiętam, jaka to była drużyna. Od pani Rzeszotarskiej byłyśmy na obozie w Jaszczurówkach, to było zaraz po wojnie, to było bardzo siermiężnie, niektóre namioty były z Unry, a te polówki były takie fajne rozkładane, takie z drewnianymi, takie naciągane drewniane. Też były z Unry. Oczywiście odrębnie były drużyny żeńskie i drużyny męskie i obozy były też odrębne i ja byłam dzieckiem obozu.<br />Ja spałam w odrębnym namiocie, w takim namiocie, niby tym PCK i czerwony krzyż był na wierzchu, ale nikogo nie było w nim. Ja tam spałam, jako dziecko tego obozu. I te cholerne chłopaki mnie ukradli razem z tym łóżkiem. No i moi mili, ja się w ogóle nie obudziłam. No tak. Zanieśli mnie do obozu do siebie, jak ja otworzyłam oczy, to ja byłam zupełnie nie tam, gdzie powinnam być. Ale nasze dziewczyny się postarały, podkradły chłopakom, ukradły raz to totem poszedł, a drugi raz nie wiem, coś tam jeszcze i była uroczysta wymiana. Ja była ta uroczysta wymiana pamiętam, takimi, za co leśniczy strasznie się gniewał, bo mu połamali gałęzie w jakimś świerku czy coś, taką linię demarkacyjną zrobili no i oni mnie z jednej strony nieśli na tym łóżku, ja musiałam leżeć w tym łóżku oczywiście, a tutaj z drugiej strony tej strony tej elegancko i taka była wymiana. To jest nie do zapomnienia. To się będzie pamiętało zawsze. A widzicie, jaka była drużyna nie pamiętam.<br /><br />Anna Mizikowska: Na porządnym obozie musi być chłopak, do którego się wzdycha… I trzeba się czegoś nauczyć…<br />Barbara Prószyńska wspomina obóz harcerski z 1956 roku:<br />Moja przyjaciółka już się zapisała i ja też. I pojechałyśmy już w sierpniu na obóz harcerski. To było zgrupowanie hufca Grochów nad jeziorem Nidzkim prowadzone przez dh. Szypowskiego Mirosława, który został nazwany w takim echu obozowym „syn hrabiego Monte Christo”. To było charakterystyczne,...]]></itunes:summary><itunes:duration>600</itunes:duration><itunes:keywords>harcerstwo,historiamówiona,muzeumpragi,obozyharcerskie,wakacje</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e21 O pracy z dźwiękiem</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e21-o-pracy-z-dzwiekiem--44872307</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: 18 maja to Światowy Dzień Muzealnika. Z tej okazji zdradzę  Państwu trochę muzealnej „kuchni”, związanej z pracą z dźwiękiem. <br />W tym podcaście korzystam z nagranych wspomnień prażan.  Gromadzimy takie relacje od 2008 roku w Archiwum Historii Mówionej. To około 500 godzin nagrań, bo każda taka rozmowa trwa od 2 do nawet 20 godzin.<br />Z tego bogatego zbioru wybieramy kilkuminutowe fragmenty. Część z nich znajdziecie na stałej wystawie Muzeum Pragi. Inne trafiają na wystawy czasowe, dopełniają opowieść albo są samodzielnym eksponatem.<br />Czasem praska opowieść jest tak barwna, że wystarczy słuchać, a wyobraźnia sama maluje obrazy. Jak we wspomnieniu Pana Jacka Natorffa:<br />Jacek Natorff, AHM: Na Targowej było sporo knajp. Były kawiarnie. Była taka mordownia, proszę Pani. Mordownie, to się nazywało takie, takie, wie pani, knajpki takie, gdzie tam na stojący wypijało się setę i dyżurnego śledzia podawali, prawda - bo przymus był taki, że trzeba było do sety zakąskę wziąć. No, to pani bufetowa zawsze pytała, prawda - no, to już są późniejsze lata, prawda, lata siedemdziesiąte - pani bufetowa pytała: - Śledź do zjedzenia, czy dyżurny? - No, dyżurny, no. No, to spod lady wyciągała talerzyk z nadgryzionym śledziem, prawda, stawiało się to obok siebie, wypijało się setę, i oddawało się śledzia z powrotem.<br />Anna Mizikowska: Zawsze staramy się nagrywać relacje historii mówionej w ciszy, żeby zapewnić im jak najlepszą jakość. A jeśli już ujawniam kulisy tej pracy: montowanie rozmowy z tłem dźwiękowym trwa dłużej i jest trudniejsze…<br />Czasem jednak dźwięki, które towarzyszą nagraniu i które trudno wyeliminować – są same w sobie wartością. Ubarwiają przekaz.<br />Pan Marek Drzażdżyński opowiadał nam o swoim życiu zegarmistrza w swoim miejscu pracy, na Saskiej Kępie. Posłuchajcie, jak pięknie grały zegary w tle tej rozmowy…<br />Marek Drzażdzyński, AHM: Ja od najmłodszych lat miałem do czynienia z zegarkami, ponieważ przychodziłem, przynosiłem ojcu obiad, nawet taki nawet jako taki młody człowiek mieszkający jeszcze na Grochowie i widziałem, jak ojciec pracuje, tam sobie grzebałem w kółkach, trybikach. Przyszedł moment, że zaczął mi dawać budziki do naprawy. Więc ja je rozkładałem, składałem, czyli od najmłodszych lat miałem do czynienia z taką mechaniką precyzyjną. Do Szkoły Rzemiosł Artystycznych uczęszczałem, do której trzeba było zdać egzamin nawet. Pomimo, że była to szkoła zawodowa, ale trzeba było zdać do niej egzamin. Ponieważ to była szkoła, która zrzeszała zegarmistrzów, grawerów, złotników, tapicerów, kowali artystycznych. To były takie zawody artystyczne. No i do klasy zegarmistrzowskiej zdawałem. <br />St.K.: Gdzie ta szkoła była?<br />M.D.: To było na Sandomierskiej. Już w tej chwili jest zlikwidowana, jej nie ma. Przeniosła się z czasem na Włościańską, ale ja jeszcze jestem tym rocznikiem tym przedostatnim z ulicy Sandomierskiej. Nie bardzo nawet chciałem iść do tej szkoły, ale pod presją ojca, że tak powiem, poszedłem, ponieważ on ten zawód wykonywał i miał aspiracje, żebym ja również, żebym ten zawód się nauczył. <br />Pojedyncze są zakłady zegarmistrzowskie, które pokuszą się i są w stanie wykonywać naprawy jakiś zegarów antycznych. Ja mówię jeśli chodzi o naprawę zegara antycznego, to taki zegarmistrz to nie jest tylko zegarmistrzem. Bo to jest tak – ślusarz, kowal, stolarz, historyk sztuki i na końcu zegarmistrz, do tego wszystkiego. Żeby taki zegar naprawić poddać jakieś konserwacji, renowacji, no to żeby to było zgodne ze sztuką zegarmistrzowską starą, aczkolwiek przychodzą do mnie klienci, którzy chcą w stary zegar wstawić zegar kwarcowy. Zrobić taką hybrydę. Co w moim przypadku to jest bolesne bardzo, ale no też robię.<br />Muzeum Pragi: To ze względów finansowych, podejrzewam.<br />Marek Drzażdżyński, AHM: No tak, bo te naprawy są nie tanie, ale za to jak uratujemy to pięknie bije, pokazuje nam czas. Poza tym pokoleniowo możemy przekazać taki zegar. Dbając o niego, przekażemy go pokoleniowo.<br />Anna Mizikowska: Niekiedy sama dodaję tło do relacji historii mówionej. W 2016 roku Muzeum Pragi prezentowało Państwu wystawę „Prawobrzeżni. Biografie niecodzienne”. Rodzinnym pamiątkom towarzyszyły wspomnienia.<br />Między innymi, Pani Halina Geber opowiadała o rodzinnej firmie – pralni chemicznej i farbiarni na Kamionku  przy Lubelskiej 15/17.  Chciałam przenieść Państwa do tego miejsca. <br />Zmiksowałam szum pralki Frani z chlupotem tkaniny zanurzanej w misce, zarejestrowanym w muzealnej łazience… Razem brzmią tak, jak mogła brzmieć pralnia i farbiarnia z początku 20 wieku…<br />Halina Geber, AHM: Nazwisko Geber łączy się z historią zakładu. To się określało jako przemysł włókienniczy – to była pierwsza w okolicach Warszawy farbiarnia parowa i pralnia chemiczna. I właśnie.. tego typu zakłady powstawały gdzieś w połowie XIX wieku. Założyła ją rodzina z Francji.<br />Było 5 rodzeństwa, i z tych pięciorga troje przyjechało do Polski. Pionierką była Babette Judlin, Babette z Geberów, Potem cały ten zakład przekazała młodszemu bratu.<br />Wiemy tyle, że powiazania tej rodziny Geberów z Judlinami były takie, że rodzina Judlinów w Miluzie miała firmę tekstylną, gdzie mój pradziadek, Charles Emil Geber zdobywał swoje uprawnienia zawodowe.<br />W pierwszej połowie XIX w. Fryderyk Bittner, dzierżawca zajazdu czy karczmy na Grochowie ożenił się z Augusta z domu Kazimirus. I ona miała dwie córki, z tymi córkami – Emilią i Anną – pojechała pewnego razu na kurację do Francji, z dwiema panienkami, które tam poznały chłopców. Jedna, Emilia, Charlesa Emila, a druga, Anna, nie znam imienia – Francuza Haffę, nazwisko Haffa. Charles Emil, po odbyciu służby wojskowej, przyjechał do Warszawy i tutaj ożenił się z Emilią Leubner z domu, i to była moja prababcia i pradziadek oczywiście. I przejęli firmę po siostrze, po tych Judlin […] Mój pradziadek i prababcia prowadzili i rozwijali firmę. I Charles Emil przejmując firmę od siostry nadał jej już swoje imię i nazwisko. I tak, w brzmieniu francuskim, firma przetrwała właściwie do końca, do 1950 roku.<br />Anna Mizikowska: W 2018 roku przygotowywałam dla Państwa wystawę „Co słychać na Pradze?”. Dzięki uprzejmości warszawskiego ZOO mogłam do niej nagrać kilka zwierząt. Nie wszystkie chciały „dać głos”…<br />W trzaskający mróz, wieczorami, ja i moje koleżanki chodziłyśmy z mikrofonem do fok. W bramie przy Ratuszowej było słychać, jak krzyczą! Ale gdy podchodziłyśmy do ich basenu zapadała cisza… Aż w końcu…<br />Nagranie Foki<br />Zależało mi także na nagraniu lwów. Tylko jak to zrobić, gdy człowieka w ZOO dzieli od lwów fosa i cały wybieg? ZOO zaprosiło więc mnie i mikrofon w porze karmienia. Stałam pół metra od kraty, za którą biegały trzy głodne lwy. Za mną stał ich opiekun z przygotowanym obiadem - płatem mięsa. Adrenalina sprawiła, że trzęsły mi się ręce i nogi… Ale nagranie wyszło super!<br />Nagranie Lwy<br />Na zakończenie tego odcinka zapraszam Państwa na najnowsze słuchowisko w Muzeum Warszawskiej Pragi. Już w czerwcu będziecie mogli posłuchać, jak prażanie zapamiętali Bazar Różyckiego. Ze zmontowanych przeze mnie wspomnień widać, że to będzie bardzo nostalgiczna podróż…. <br />Nagranie Szum targowiska z nagrania Narodowego Archiwum Cyfrowego]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/44872307</guid><pubDate>Mon, 17 May 2021 22:10:08 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/44872307/praskie_audiohistorie_e21_dzie_muzealnika.mp3" length="10508492" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: 18 maja to Światowy Dzień Muzealnika. Z tej okazji zdradzę  Państwu trochę muzealnej „kuchni”, związanej z pracą z dźwiękiem. 
W tym podcaście korzystam z nagranych wspomnień prażan.  Gromadzimy takie relacje od 2008 roku w Archiwum...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: 18 maja to Światowy Dzień Muzealnika. Z tej okazji zdradzę  Państwu trochę muzealnej „kuchni”, związanej z pracą z dźwiękiem. <br />W tym podcaście korzystam z nagranych wspomnień prażan.  Gromadzimy takie relacje od 2008 roku w Archiwum Historii Mówionej. To około 500 godzin nagrań, bo każda taka rozmowa trwa od 2 do nawet 20 godzin.<br />Z tego bogatego zbioru wybieramy kilkuminutowe fragmenty. Część z nich znajdziecie na stałej wystawie Muzeum Pragi. Inne trafiają na wystawy czasowe, dopełniają opowieść albo są samodzielnym eksponatem.<br />Czasem praska opowieść jest tak barwna, że wystarczy słuchać, a wyobraźnia sama maluje obrazy. Jak we wspomnieniu Pana Jacka Natorffa:<br />Jacek Natorff, AHM: Na Targowej było sporo knajp. Były kawiarnie. Była taka mordownia, proszę Pani. Mordownie, to się nazywało takie, takie, wie pani, knajpki takie, gdzie tam na stojący wypijało się setę i dyżurnego śledzia podawali, prawda - bo przymus był taki, że trzeba było do sety zakąskę wziąć. No, to pani bufetowa zawsze pytała, prawda - no, to już są późniejsze lata, prawda, lata siedemdziesiąte - pani bufetowa pytała: - Śledź do zjedzenia, czy dyżurny? - No, dyżurny, no. No, to spod lady wyciągała talerzyk z nadgryzionym śledziem, prawda, stawiało się to obok siebie, wypijało się setę, i oddawało się śledzia z powrotem.<br />Anna Mizikowska: Zawsze staramy się nagrywać relacje historii mówionej w ciszy, żeby zapewnić im jak najlepszą jakość. A jeśli już ujawniam kulisy tej pracy: montowanie rozmowy z tłem dźwiękowym trwa dłużej i jest trudniejsze…<br />Czasem jednak dźwięki, które towarzyszą nagraniu i które trudno wyeliminować – są same w sobie wartością. Ubarwiają przekaz.<br />Pan Marek Drzażdżyński opowiadał nam o swoim życiu zegarmistrza w swoim miejscu pracy, na Saskiej Kępie. Posłuchajcie, jak pięknie grały zegary w tle tej rozmowy…<br />Marek Drzażdzyński, AHM: Ja od najmłodszych lat miałem do czynienia z zegarkami, ponieważ przychodziłem, przynosiłem ojcu obiad, nawet taki nawet jako taki młody człowiek mieszkający jeszcze na Grochowie i widziałem, jak ojciec pracuje, tam sobie grzebałem w kółkach, trybikach. Przyszedł moment, że zaczął mi dawać budziki do naprawy. Więc ja je rozkładałem, składałem, czyli od najmłodszych lat miałem do czynienia z taką mechaniką precyzyjną. Do Szkoły Rzemiosł Artystycznych uczęszczałem, do której trzeba było zdać egzamin nawet. Pomimo, że była to szkoła zawodowa, ale trzeba było zdać do niej egzamin. Ponieważ to była szkoła, która zrzeszała zegarmistrzów, grawerów, złotników, tapicerów, kowali artystycznych. To były takie zawody artystyczne. No i do klasy zegarmistrzowskiej zdawałem. <br />St.K.: Gdzie ta szkoła była?<br />M.D.: To było na Sandomierskiej. Już w tej chwili jest zlikwidowana, jej nie ma. Przeniosła się z czasem na Włościańską, ale ja jeszcze jestem tym rocznikiem tym przedostatnim z ulicy Sandomierskiej. Nie bardzo nawet chciałem iść do tej szkoły, ale pod presją ojca, że tak powiem, poszedłem, ponieważ on ten zawód wykonywał i miał aspiracje, żebym ja również, żebym ten zawód się nauczył. <br />Pojedyncze są zakłady zegarmistrzowskie, które pokuszą się i są w stanie wykonywać naprawy jakiś zegarów antycznych. Ja mówię jeśli chodzi o naprawę zegara antycznego, to taki zegarmistrz to nie jest tylko zegarmistrzem. Bo to jest tak – ślusarz, kowal, stolarz, historyk sztuki i na końcu zegarmistrz, do tego wszystkiego. Żeby taki zegar naprawić poddać jakieś konserwacji, renowacji, no to żeby to było zgodne ze sztuką zegarmistrzowską starą, aczkolwiek przychodzą do mnie klienci, którzy chcą w stary zegar wstawić zegar kwarcowy. Zrobić taką hybrydę. Co w moim przypadku to jest bolesne bardzo, ale no też robię.<br />Muzeum Pragi: To ze względów finansowych, podejrzewam.<br />Marek Drzażdżyński, AHM: No tak, bo te naprawy są nie tanie, ale za to jak uratujemy to pięknie bije, pokazuje nam czas. Poza tym pokoleniowo możemy przekazać taki zegar. Dbając o niego, przekażemy go...]]></itunes:summary><itunes:duration>657</itunes:duration><itunes:keywords>audiosfera,drzażdżyński,dzieńmuzealnika,dźwięki,geber,historiamówiona,montaż,muzeumpragi,natorff,praga,zoo</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e20 Życie w ZOO na Pradze</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e20-zycie-w-zoo-na-pradze--44736381</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Wiedzą już Państwo, że 12 maja rusza w Muzeum Warszawy nowa wystawa? „Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji” o obecności zwierząt w historii miasta i o relacjach ludzie-zwierzęta.<br />Dla Pragi takim miejscem obopólnych relacji jest m.in. ZOO. <br />W 2010 roku Maria Szymańska nagrała dla naszego Archiwum Historii Mówionej wspomnienia Ryszarda Żabińskiego o przedwojennym spokojnym życiu w rodzinie dyrektora Ogrodu Zoologicznego, w willi na terenie tegoż ogrodu. I  o wojennych losach rodziny. Oto fragmenty tej rozmowy.<br />Ryszard Zieliński, AHM: Rodzina jest w ogóle warszawska. To znaczy na Pradze mieszkaliśmy... znaczy ojciec zaczął mieszkać jak został dyrektorem Ogrodu Zoologicznego. Ja się tam urodziłem, no nie dosłownie w Ogrodzie, ale w każdym razie, w każdym razie mieszkałem już od niemowlęcych lat w Ogrodzie. Ojciec został w 1929 roku dyrektorem Ogrodu, no i zaraz potem ja się urodziłem, to znaczy zaraz potem. Jak zaraz potem. W każdym razie w 1932 roku się urodziłem. No i przez wiele lat mieszkałem w Ogrodzie. To znaczy z rodzicami. Do 1953 roku. W tym momencie ojciec przestał być, to znaczy dokładnie to w 1952 roku chyba przestał być dyrektorem Ogrodu.<br />Stoi ten dom, to jest pierwsza rzecz. W Ogrodzie. To jest willa, to jest piętrowy budynek dosyć duży. Pomieszczenia no... tradycyjne kuchnia, salon, gabinet ojca, takie pomieszczenie do zebrań powiedzmy administracyjnych, tego typu no... no i na piętrze właściwie dwa czy trzy pokoje, sypialnia rodziców, mój pokój. Była piwnica tak trochę przystosowana częściowo do trzymania zwierząt. Ojciec miał powiedzmy, swoje miejsce takie, znaczy nie gabinet, ale taką pracownię, w której miał też jakieś tam swoje przyrodnicze badania, i mikroskop i powiedzmy jakieś tam typowe przyrządy, którymi się posługują zoo…, nie tyle zoolodzy ale w ogóle badacze, no bo w końcu był naukowcem przy tym wszystkim. <br />Trzeba powiedzieć jedną rzecz, że nasz dom, powiedzmy, z racji tego, że, no to była po pierwsze inteligencja powiedzmy... ojciec miał dużo znajomych artystów, którzy też przychodzili do Ogrodu i ... była pani Magdalena Gross rzeźbiarka, która rzeźbiła. Się zaprzyjaźniła z domem, zresztą ona była też jedną z osób, które żeśmy ukrywali w okresie okupacji. Znał malarza Henryka Stażewskiego, tego co tutaj stoi rysunek jego... także to był taki dom trochę artystyczno-, wie pani, na różne kierunki... naukowo- artystyczno-, powiedzmy,  normalny. No i jeszcze dodatkowo właśnie w tym otoczeniu zwierząt. Pawie ryczały zresztą tak jak i w Łazienkach, ale, albo tam lew zaryczał, albo jakiś tam hipopotam coś tam sobie hih...<br />Co tam robiłem? Nic nie robiłem, bawiłem się zajęciem się jakimś stworzonkiem będącym… czy wyjściem z nim na spacer, jeżeli to trzeba było zrobić, czy dać mu jeść... To takie, takie no powszechne, powiedzmy to, działania.. Było bardzo fajnie, no bo... w takich warunkach miejskich mieszkać w takim z kolei, z kolei miejscu jak Ogród no to bardzo fajna zabawa. Właściwie prawie jak na wsi. No jeździłem tam na kucach, na... bawiłem się... miałem taką przyjaciółkę szympansicę, która się ze mną bawiła. No  i tak wyglądało powiedzmy moje życie do 1939 roku.<br />W trakcie wojny to w ogóle było trochę inaczej. Bardziej ruchliwie. Z tej racji, że, że my żeśmy, ja mówię, my żeśmy... to głównie rodzice. W każdym razie żeśmy, ja w części też.... opiekowali się Żydami. Także, że przez... w okresie okupacji to przez do się przewijało sporo osób. I z racji i żydowskich... pochodzenia żydowskiego i nie tylko bo... no bo też byli… ukrywani po niektórych akcjach Akowcy. To znaczy... znaczy się po jakiejś dywersyjnej akcji żołnierze... znaczy żołnierze... no AK. Znaczy to, to okres okupacji, to bardzo już jest taki specyficzny zresztą, no na ten temat to z kolei już matka napisała książkę pod tytułem „Ludzie i zwierzęta”.<br />Maria Szymańska: A jak pan odbierał tę sytuację, bo pan przecież jeszcze był zupełnie młodym chłopcem, prawda?  Czy pan był wtajemniczony w te wszystkie sprawy?<br />Ryszard Żabiński, AHM: Tak, tak. Znaczy ja nie wiem dokładnie czy szczególnie... w szczegółach. No pewnie były jakieś sprawy, które, które... ale nie... ale to w tym bezwzględnie uczestniczyłem na zasadzie, że to są ludzie, którzy, których trzeba... są to Żydzi, o których nie wolno nikomu nic mówić. Trzeba im pomóc, trzeba ich, jak to powiadam, nakarmić, bo to zresztą jest taka specyficzna rzecz... Bo to należało do mojego obowiązku czasami noszenie jedzenia. Bo byli ukrywani w pewnych klatkach. To znaczy w klatkach... w pewnych pomieszczeniach, które nadawały się, powiedzmy, do zamieszkania, a które były przewidziane dla zwierząt w swoim czasie. No więc ja tam nosiłem jedzenie z tej racji, że to nie budziło podejrzenia. Bo to młody chłopak mógł, może się bawić, może... różne rzeczy robić takie i, i nikt powiedzmy obcy patrząc na to nie będzie podejrzewał, że tam się ktoś gdzieś ukrywa i że to jest jedzenie dla osoby, powiedzmy, którą, która jest ukrywana.  <br />Dom był otwarty, dużo, stosunkowo dużo ludzi, którzy przechodzili byli to ludzie, jak powiedziałem już, powtarzam – ukrywający się i nie ukrywający się. I to nie budziło takiego, powiedzmy, zainteresowania ze strony, powiedzmy, Niemców. No bo nic się, nie widać tutaj. Co innego jak to było powiedzmy, sytuacje takie, powiedzmy w... mieście. Bezwzględnie tam, gdzie jest dużo ludzi mieszkających blisko siebie. To wtedy to bardziej się rzuca w oczy. A tutaj, w Ogrodzie, względnie spokojnie, no więc... więc to było takim... taką korzystną sytuacją dla robienia tego, co robili moi rodzice. <br />Większe lub mniejsze spotkania z Niemcami, z Wermachtem i żandarmerią to, to były spotkania. Bo o to, oni się zjawiali w ogrodzie od czasu do czasu, a głównie to w momencie powstania, jak powstanie wybuchło to byli bardzo ostre przygody, nazwijmy to, przez te dni. My żeśmy byli do... od powstania, od dnia powstania chyba do połowy sierpnia, bo nie byliśmy do końca powstania w Warszawie, bo w mniej więcej chyba drugiej połowy sierpnia wywieźli nas Niemcy. No i po drodze z transportu żeśmy się wymeldowali można by powiedzieć. Nie dosłownie uciekli ale w każdym razie wyszliśmy to w Łowiczu. <br />A to, to w ogóle cała historia była, bo to trzeba by mówić o tym co się działo w ogrodzie, w sensie jak ogród wyglądał w czasie okupacji. Więc z początku była taka hodowla świń, tuczników z przewidzeniem karmienia Wermachtu, żołnierzy i też częściowo ludzi, Polaków, bo tym zajmowała się rzeźnia miejska. Ta rzeźnia, która, o ile ja pamiętam, to chyba gdzieś w okolicach Sierakowskiego. Jeżeli ta ulica w tej chwili istnieje. Potem, potem się ta hodowla zlikwidowała dlatego, że nie było właściwych warunków utrzymania tych świń w okresie, w okresie zimowym szczególnie, bo mimo że było dużo klatek i pomieszczeń dla innych zwierząt, ale akurat tego typu zwierzęta jak prosiaki, tuczniki nie bardzo się nadawały. Nie, te pomieszczenia nie były zbyt dobre.<br />MariaSzymańska: A czy pan uczestniczył jakoś w tej hodowli, pomagał?<br />Ryszard Żabiński: No wie pani, raczej to miałem tam jakiegoś prosiaczka w domu, do, do zabawy. Ponieważ zawsze jakieś stworzenie się u nas w domu chowało. Przeważnie były to jakieś takie zwierzęta, które wymagały szczególnej opieki. Tak w okresie w ogóle hodowlanym i w ogóle przed wojennym, to nie tylko prosiaki, w okresie okupacji, ale i przed wojną też różne... właśnie urodziło się, jakaś hienka, ryś czy inne stworzonko, a jakieś nie bardzo było zdrowe to, to zawsze było trzymane u nas w domu. Także taki mały zwierzyniec sam w domu był oprócz tego dużego zwierzyńca, nazwijmy to, Ogrodu. No... potem, jak mówiłem, potem się była, przez Niemców hodowla, otwarta hodowla zwierząt futerkowych. I dzięki tej hodowli my żeśmy wyjechali, zostali wywiezieni. Wykorzystaliśmy moment, że była likwidowana i razem z tą hodowlą żeśmy wyjechali i w Łowiczu, jak powiedziałem żeśmy z tego transportu się, mówiąc tak popularnie, wymeldowali. I tam przez, do lutego 1945 roku byliśmy na wsi. Stamtąd żeśmy transportem, znaczy skorzystali z uprzejmości polskiej, polskich żołnierzy, którzy jechali do Warszawy z transportem kartofli i żeśmy wrócili, wrócili do Warszawy i w Warszawie zaczęliśmy mieszkać na Floriańskiej bo ten dom, który był w ogrodzie był bardzo zdewastowany. Na Floriańskiej żeśmy mieszkali u znajomych mojej matki - chyba ktoś tam z przyjaciół matki. dopóki nie zostało w części przynajmniej wyremontowane dom w Ogrodzie a jeszcze nie powiedziałem, że ojca nie było bo ojciec był w niewoli. Bo uczestniczył w powstaniu. Był ciężko ranny i potem został wywieziony do Oflagu i jeszcze nie wrócił w tym czasie, kiedy my żeśmy już zaczęli urzędować z mamą, zresztą i z siostrą, o której nie powiedziałem, bo... w 1944, na miesiąc przed powstaniem urodziła się siostra moja. Także, także byliśmy z mamą i z siostrą już z powrotem w Ogrodzie...  Mama się zajmowała trochę... tak, tak, tak... znaczy zajmowała się tym, żeby ogród znowu wrócił jako ogród zanim ojciec wróci z kolei z niewoli to żeby już mu przygotować troszeczkę teren do tego żeby urzędowo mógł ogród zacząć funkcjonować. No i tak się stało. Jak ojciec wrócił to już były pewne przesłanki ku temu żeby Ogród znowu został otwarty, to znaczy żeby w ogóle wrócił do, do stanu takiego, w jakim powinien być. No i tak też się działo od 1946/47 roku…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/44736381</guid><pubDate>Mon, 10 May 2021 22:10:18 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/44736381/praskie_audiohistorie_e20.mp3" length="14661589" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Wiedzą już Państwo, że 12 maja rusza w Muzeum Warszawy nowa wystawa? „Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji” o obecności zwierząt w historii miasta i o relacjach ludzie-zwierzęta.
Dla Pragi takim miejscem obopólnych relacji jest m.in....</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Wiedzą już Państwo, że 12 maja rusza w Muzeum Warszawy nowa wystawa? „Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji” o obecności zwierząt w historii miasta i o relacjach ludzie-zwierzęta.<br />Dla Pragi takim miejscem obopólnych relacji jest m.in. ZOO. <br />W 2010 roku Maria Szymańska nagrała dla naszego Archiwum Historii Mówionej wspomnienia Ryszarda Żabińskiego o przedwojennym spokojnym życiu w rodzinie dyrektora Ogrodu Zoologicznego, w willi na terenie tegoż ogrodu. I  o wojennych losach rodziny. Oto fragmenty tej rozmowy.<br />Ryszard Zieliński, AHM: Rodzina jest w ogóle warszawska. To znaczy na Pradze mieszkaliśmy... znaczy ojciec zaczął mieszkać jak został dyrektorem Ogrodu Zoologicznego. Ja się tam urodziłem, no nie dosłownie w Ogrodzie, ale w każdym razie, w każdym razie mieszkałem już od niemowlęcych lat w Ogrodzie. Ojciec został w 1929 roku dyrektorem Ogrodu, no i zaraz potem ja się urodziłem, to znaczy zaraz potem. Jak zaraz potem. W każdym razie w 1932 roku się urodziłem. No i przez wiele lat mieszkałem w Ogrodzie. To znaczy z rodzicami. Do 1953 roku. W tym momencie ojciec przestał być, to znaczy dokładnie to w 1952 roku chyba przestał być dyrektorem Ogrodu.<br />Stoi ten dom, to jest pierwsza rzecz. W Ogrodzie. To jest willa, to jest piętrowy budynek dosyć duży. Pomieszczenia no... tradycyjne kuchnia, salon, gabinet ojca, takie pomieszczenie do zebrań powiedzmy administracyjnych, tego typu no... no i na piętrze właściwie dwa czy trzy pokoje, sypialnia rodziców, mój pokój. Była piwnica tak trochę przystosowana częściowo do trzymania zwierząt. Ojciec miał powiedzmy, swoje miejsce takie, znaczy nie gabinet, ale taką pracownię, w której miał też jakieś tam swoje przyrodnicze badania, i mikroskop i powiedzmy jakieś tam typowe przyrządy, którymi się posługują zoo…, nie tyle zoolodzy ale w ogóle badacze, no bo w końcu był naukowcem przy tym wszystkim. <br />Trzeba powiedzieć jedną rzecz, że nasz dom, powiedzmy, z racji tego, że, no to była po pierwsze inteligencja powiedzmy... ojciec miał dużo znajomych artystów, którzy też przychodzili do Ogrodu i ... była pani Magdalena Gross rzeźbiarka, która rzeźbiła. Się zaprzyjaźniła z domem, zresztą ona była też jedną z osób, które żeśmy ukrywali w okresie okupacji. Znał malarza Henryka Stażewskiego, tego co tutaj stoi rysunek jego... także to był taki dom trochę artystyczno-, wie pani, na różne kierunki... naukowo- artystyczno-, powiedzmy,  normalny. No i jeszcze dodatkowo właśnie w tym otoczeniu zwierząt. Pawie ryczały zresztą tak jak i w Łazienkach, ale, albo tam lew zaryczał, albo jakiś tam hipopotam coś tam sobie hih...<br />Co tam robiłem? Nic nie robiłem, bawiłem się zajęciem się jakimś stworzonkiem będącym… czy wyjściem z nim na spacer, jeżeli to trzeba było zrobić, czy dać mu jeść... To takie, takie no powszechne, powiedzmy to, działania.. Było bardzo fajnie, no bo... w takich warunkach miejskich mieszkać w takim z kolei, z kolei miejscu jak Ogród no to bardzo fajna zabawa. Właściwie prawie jak na wsi. No jeździłem tam na kucach, na... bawiłem się... miałem taką przyjaciółkę szympansicę, która się ze mną bawiła. No  i tak wyglądało powiedzmy moje życie do 1939 roku.<br />W trakcie wojny to w ogóle było trochę inaczej. Bardziej ruchliwie. Z tej racji, że, że my żeśmy, ja mówię, my żeśmy... to głównie rodzice. W każdym razie żeśmy, ja w części też.... opiekowali się Żydami. Także, że przez... w okresie okupacji to przez do się przewijało sporo osób. I z racji i żydowskich... pochodzenia żydowskiego i nie tylko bo... no bo też byli… ukrywani po niektórych akcjach Akowcy. To znaczy... znaczy się po jakiejś dywersyjnej akcji żołnierze... znaczy żołnierze... no AK. Znaczy to, to okres okupacji, to bardzo już jest taki specyficzny zresztą, no na ten temat to z kolei już matka napisała książkę pod tytułem „Ludzie i zwierzęta”.<br />Maria Szymańska: A jak pan odbierał tę sytuację, bo pan przecież jeszcze był zupełnie młodym chłopcem, prawda?  Czy pan był...]]></itunes:summary><itunes:duration>917</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,muzeupragi,żabiński,zoo,zwierzętawwarszawie,żydziwzoo</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e19 Muzeum Grochowskie</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e19-muzeum-grochowskie--44556267</link><description><![CDATA[Dziś mamy dla Państwa cymes: Autor książki nagrał specjalnie dla Muzeum Pragi jedno ze swych opowiadań.  Gwarą! <br />Gwarę warszawską państwo lubią, to wiemy…  Przemysława Śmiecha, autora książek „Mowa z Grochowa” i „Na drugie nóżkie”, felietonistę Miesięcznika Stolica państwo lubią, to też wiemy…<br />Czyta Przemysław Śmiech:<br /><br />„Muzeum Grochowskie”<br />Zeszłem do piwnicy, ponieważ moja notoryczna małżonka kazała mi, pardons, poprosiła mnie o przyniesienie kompotu z renklod, gdy nagle usłyszałem własnoręcznie jakiś hałas. Po zbliżeniu się do jego źródła okazało się, że to mój sąsiad, pan Benek, przeprowadza w swojej piwnicy renament.<br />– Szaconek, panie Benku. Z powodu dlaczego spędzasz pan wolny czas wśród słoików, starych pudeł, rupieci i tem podobnej martwej natury?<br />– Zdobywam zasługi na niwie kultury.<br />– Nie rozumiem.<br />– Już wyszczególniam. Jak pan wiesz przy ulicy Targowej trwa budowa Muzeum Warszawskiej Pragi.<br />– Przepraszam za pardon, panie Benku, ale co nam do tego?<br />– Teraz ja nie rozumiem.<br />– Sam pan tłumaczysz różnem lebiegom, że nasz rodzinny, mlekiem i mniodem płynący Grochów to jedna para kaloszy, a zaś przeciwnie Praga – druga para, czy też wszak nie?<br />– Detalycznie tak, ale jeżeli o wiele rozchodzi się o muzeum to nie bądź pan taki szczególarz. Jakby tak Praga, Grochów, Gocławek czy Bródno mniały swoje muzeum to posiadałbyś pan czas je wszystkie obskoczyć? Lepiej, żeby kulture z całego naszego brzegu zebrać na, pardons, kupe w jednem miejscu, żeby z tego jednego miejsca rozchodziła się na cały świat. Podpierasz pan takie stanowisko?<br />– W całej rozciągliwości. Ale skoro jeżely w jednem miejscu, to takie miejsce już jest na Starówce – muzeum całej naszej kochającej stolycy.<br />– Masz pan racje bytu, ale chyba prawa strona powinna mieć swoją placówkie, gdzie obywatele mogliby obcować z historycznemi pamniątkamy?<br />– Musowo. Ale ja jeszcze nie rozumiem co ma kultura do piwnicy?<br />– Oj panie sąsiedzie, szkoły podstawowe masz pan za sobą, a o takie rzeczy pan pytasz. W tej skromnej piwnicy przed pańskiem zwrokiem co się roztacza?<br />– No co, słoiki, połamane meble, pajęczyny…<br />– Zabytki się przed panem szanownym roztaczają. Byłeś pan kiedyś w muzeum?<br />– Owszem, jako małoletni pętak.<br />– Więc pamiętasz pan chyba te wszystkie skorupy, biżuterie i inne starożytne utensylia? W ten sam deseń będzie w naszem muzeum i każden jeden patriota grochoski ma psi obowiązek dostarczyć tam eksponant.<br />– A jakie pan ma eksponanty panie Benku?<br />– Poprosze o chwileczkie uwagi. Widzisz pan to krzesło?<br />– To połamane?<br />– Tak. Czysta secencja.<br />– W jaki sposób?<br />– W taki, że na oparciu mają zaszczyt figurować kwiatki i inna roślinność.<br />– A z powodu dlaczego panie Benku trzyma pan taki mebel?<br />– Z powodu, że to droga memu sercu pamniątka miłosnej pożogi mojej Tereni. Zdarzyło się albowiem kiedyś, że omal się nie pośliznąłem na wyboistym szlaku małżeńskiej wierności.<br />– Omal? Sumienie się obudziło?<br />– Nie, mąż wcześniej wrócił. Dałem nogie przez okno, ale Terenia i tak się o wszystkiem dowiedziała i potem robiła mi wyrzuty między innemi za pomocą tegoż krzesła.<br />– A ta niedwabna marynarka z oderwanem rękawem i esem floresem w poprzek?<br />– A to zabytek z wesela mojego rodzonego szwagra. W takiem garniturze czciłem jego gorzko, gorzko. Rękaw oderwany nawskutek towarzyskiego kwowadis, esy floresy to ślady po sosie koperkowem, najlepszem jaki miałem zaszczyt konsumować.<br />– A gdzie są spodnie?<br />– Nie wiem. Spodnie okrywa mrok tajemnicy.<br />– A te słoiki panie Benku?<br />– Ostrożnie, nie podchodź pan, bo koty tu się szwendają i możesz pan wdepnąć w, za przeproszeniem, nieprzyjemność. Cóż mogie tu zaznaczyć? W tech słoikach figurują pokarmy, któremi pokrzepia się tubylcza grochowska ludność. Grzybki marynowane, ogóreczki kiszone, bigosik… A wiesz pan co?<br />– Co panie Benku?<br />– Tak sobie pomyślałem, że nie mogie zatarabanić tych eksponatów do muzeum bez kontroly jakości. A jeżeli są już, pardon, nieświeże?<br />– I jakie pan widzi rozwiązanie, panie Benku?<br />– Nie ma rady, trzeba każdy słoik otworzyć i zrobić kontrol na okolyczność przydatności. Dla własnego bezpieczeństwa powinniśmy jednakowoż te produkty podkropić.<br />– Chwalebna ostrożność panie Benku!<br />– Masz pan tu dwie dychy, dołóż pan coś jeszcze i wracaj pan szybko na badanie.<br />Spełniłem prośbę mego rozmiłowanego w dziejach ojczystych sąsiada, po czem przystąpiliśmy do badania zawartości historycznych pamiątek. Po trzech godzinach owocnych działań i dyskusji, gdy zaczęliśmy pod wpływem różnych wzruszeń przypominać sobie pieśni patriotyczne, śpiewając je na dwa zmęczone głosy, odwiedziły nas nasze małżonki…<br />Pewnie się państwo zdziwią, ale nie okazały szacunku naszej ciężkiej pracy, a dzięki pani Tereni do kolekcji pana Benka dołączyło kolejne połamane krzesło…<br />Jako warszawianka, która nie mówi gwarą, byłam ciekawa, kim jest Autor, który gwarą warszawską nie tylko mówi, ale i pisze. Poprosiłam o nagranie paru słów o sobie i swoich związkach ze stolicą. Czy trzeba się tu urodzić, żeby być warsiawiakiem?<br /><br /><br />8 maja będą Państwo mieli okazję spotkać Przemysława Śmiecha online, na Festiwalu Pragnienie Czytania. Link do wydarzenia podaję w opisie odcinka.<br />Pan Przemysław otrzyma tam tytuł Ambasadora Dobrej Książki… Z góry gratulujemy!<br />Link: <a href="https://www.facebook.com/events/484120763008480" rel="noopener">https://www.facebook.com/events/484120763008480</a>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/44556267</guid><pubDate>Mon, 03 May 2021 22:10:10 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/44556267/praskie_audiohistorie_e19.mp3" length="8775216" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Dziś mamy dla Państwa cymes: Autor książki nagrał specjalnie dla Muzeum Pragi jedno ze swych opowiadań.  Gwarą! 
Gwarę warszawską państwo lubią, to wiemy…  Przemysława Śmiecha, autora książek „Mowa z Grochowa” i „Na drugie nóżkie”, felietonistę...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Dziś mamy dla Państwa cymes: Autor książki nagrał specjalnie dla Muzeum Pragi jedno ze swych opowiadań.  Gwarą! <br />Gwarę warszawską państwo lubią, to wiemy…  Przemysława Śmiecha, autora książek „Mowa z Grochowa” i „Na drugie nóżkie”, felietonistę Miesięcznika Stolica państwo lubią, to też wiemy…<br />Czyta Przemysław Śmiech:<br /><br />„Muzeum Grochowskie”<br />Zeszłem do piwnicy, ponieważ moja notoryczna małżonka kazała mi, pardons, poprosiła mnie o przyniesienie kompotu z renklod, gdy nagle usłyszałem własnoręcznie jakiś hałas. Po zbliżeniu się do jego źródła okazało się, że to mój sąsiad, pan Benek, przeprowadza w swojej piwnicy renament.<br />– Szaconek, panie Benku. Z powodu dlaczego spędzasz pan wolny czas wśród słoików, starych pudeł, rupieci i tem podobnej martwej natury?<br />– Zdobywam zasługi na niwie kultury.<br />– Nie rozumiem.<br />– Już wyszczególniam. Jak pan wiesz przy ulicy Targowej trwa budowa Muzeum Warszawskiej Pragi.<br />– Przepraszam za pardon, panie Benku, ale co nam do tego?<br />– Teraz ja nie rozumiem.<br />– Sam pan tłumaczysz różnem lebiegom, że nasz rodzinny, mlekiem i mniodem płynący Grochów to jedna para kaloszy, a zaś przeciwnie Praga – druga para, czy też wszak nie?<br />– Detalycznie tak, ale jeżeli o wiele rozchodzi się o muzeum to nie bądź pan taki szczególarz. Jakby tak Praga, Grochów, Gocławek czy Bródno mniały swoje muzeum to posiadałbyś pan czas je wszystkie obskoczyć? Lepiej, żeby kulture z całego naszego brzegu zebrać na, pardons, kupe w jednem miejscu, żeby z tego jednego miejsca rozchodziła się na cały świat. Podpierasz pan takie stanowisko?<br />– W całej rozciągliwości. Ale skoro jeżely w jednem miejscu, to takie miejsce już jest na Starówce – muzeum całej naszej kochającej stolycy.<br />– Masz pan racje bytu, ale chyba prawa strona powinna mieć swoją placówkie, gdzie obywatele mogliby obcować z historycznemi pamniątkamy?<br />– Musowo. Ale ja jeszcze nie rozumiem co ma kultura do piwnicy?<br />– Oj panie sąsiedzie, szkoły podstawowe masz pan za sobą, a o takie rzeczy pan pytasz. W tej skromnej piwnicy przed pańskiem zwrokiem co się roztacza?<br />– No co, słoiki, połamane meble, pajęczyny…<br />– Zabytki się przed panem szanownym roztaczają. Byłeś pan kiedyś w muzeum?<br />– Owszem, jako małoletni pętak.<br />– Więc pamiętasz pan chyba te wszystkie skorupy, biżuterie i inne starożytne utensylia? W ten sam deseń będzie w naszem muzeum i każden jeden patriota grochoski ma psi obowiązek dostarczyć tam eksponant.<br />– A jakie pan ma eksponanty panie Benku?<br />– Poprosze o chwileczkie uwagi. Widzisz pan to krzesło?<br />– To połamane?<br />– Tak. Czysta secencja.<br />– W jaki sposób?<br />– W taki, że na oparciu mają zaszczyt figurować kwiatki i inna roślinność.<br />– A z powodu dlaczego panie Benku trzyma pan taki mebel?<br />– Z powodu, że to droga memu sercu pamniątka miłosnej pożogi mojej Tereni. Zdarzyło się albowiem kiedyś, że omal się nie pośliznąłem na wyboistym szlaku małżeńskiej wierności.<br />– Omal? Sumienie się obudziło?<br />– Nie, mąż wcześniej wrócił. Dałem nogie przez okno, ale Terenia i tak się o wszystkiem dowiedziała i potem robiła mi wyrzuty między innemi za pomocą tegoż krzesła.<br />– A ta niedwabna marynarka z oderwanem rękawem i esem floresem w poprzek?<br />– A to zabytek z wesela mojego rodzonego szwagra. W takiem garniturze czciłem jego gorzko, gorzko. Rękaw oderwany nawskutek towarzyskiego kwowadis, esy floresy to ślady po sosie koperkowem, najlepszem jaki miałem zaszczyt konsumować.<br />– A gdzie są spodnie?<br />– Nie wiem. Spodnie okrywa mrok tajemnicy.<br />– A te słoiki panie Benku?<br />– Ostrożnie, nie podchodź pan, bo koty tu się szwendają i możesz pan wdepnąć w, za przeproszeniem, nieprzyjemność. Cóż mogie tu zaznaczyć? W tech słoikach figurują pokarmy, któremi pokrzepia się tubylcza grochowska ludność. Grzybki marynowane, ogóreczki kiszone, bigosik… A wiesz pan co?<br />– Co panie Benku?<br />– Tak sobie pomyślałem, że nie mogie...]]></itunes:summary><itunes:duration>549</itunes:duration><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e18 Tańce, dechy, zabawy</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e18-tance-dechy-zabawy--44492339</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: W tym tygodniu wypada Światowy Dzień Tańca. To dobra okazja, żeby posłuchać, o tańcach na Pradze. Gdzie tańczono? Do jakiej muzyki? W jakiej atmosferze?<br />Na początek wspomnienie Pana Władysława Perkowskiego z początku XX wieku – suknie, kapelusze, kwiaty… I orkiestra dęta…<br />Władysław Perkowski, AHM: W parku Skaryszewskim byłem na takiej uroczystości, która właściwie miała na celu… to było pewnego rodzaju święto wiosny. Albo powitania lata, jak kto woli. To się nazywało korso. Korso to była… pokaz samochodów. I to przyjeżdżały samochody typu torpedo więc bez tych, nadwozia, tylko otwierane te budy były, otwierane samochody. Były pięknie ukwiecone, ale to kwiatów tak, że prawie samochodu nie było widać. Tam było dużo kwiatów. I te samochody przyjeżdżały do parku Skaryszewskiego. Tam, w tej głównej alei się tam ustawiały. I… oczywiście była tam i orkiestra, ale przeważnie dęta. Bo dęta orkiestra to była najlepiej słyszana, więc to było najlepiej… najlepiej dęta. Była tam sala taneczna. Podium takie właściwie, z desek zrobione, do tańca.<br />Tymi samochodami przyjeżdżały pięknie ubrane, elegancko ubrane panie. Damy. Ale to tak było. Więc długie takie krynoliny, długie, widać, że to wielowarstwowe suknie. One były upięte tak dosyć, zawsze wysoko, tak prawie pod same piersi. Ale tutaj później była bluzeczka albo… kontrastowa w kolorze, bo to było bardzo barwne. I teraz ta bluzeczka była albo biała, albo różowa, albo niebieska. W różnych kolorach, poza tym albo był pełny materiał, albo ażurowy. Świetnie. Oczywiście żabociki przy… nie. To wtedy, jak były długie rękawy. Ale one miały krótkie rękawy i takie jeszcze bufiaste tutaj. Rękawiczki takie długie, długie. I były albo białe, albo kolorowe, ażurowe. I oczywiście musiało to być… <br />Poza tym kapelusze. Kapelusze, wielkie: ronda, i to właściwie były klomby, nie kapelusze. Na tych kapeluszach było tak mnóstwo kwiatów, myślę, że sztucznych raczej, ale to takie bukiety całe były. I jeszcze z woalką albo podniesioną, albo opuszczoną, rozmaicie. <br />Oczywiście obowiązkowo i koniecznie były lorgnon. Lorgnon to były takie okulary na rączce, które się tylko przystawiało do oczu i się tam patrzyło na co, tam, tego… Poza tym oczywiście obowiązkowo parasolka. No, to było na takich cienkich, to nawet są do dzisiejszego dnia jeszcze takie parasolki o bardzo niewielkiej średnicy, ale musiała być otwarta. I z parasolkami panie chodziły, żeby słońce nie… nie zniszczyło im jasnej, mlecznej, białej, oczywiście białej koniecznie, bo modne były tylko jasne cery, nie były opalone. Opalona to była ordynarna. I tak. <br />No i te panie sobie tam chodziły, a panowie… no, panowie przeważnie w słomkowych kapeluszach i nie mieli okularów, tylko binokle. A binokle to były takie okulary, które tu były zapinane na takie sprężynki na nosie. I jeszcze ze sznureczkiem takim czarnym, to były takie charakterystyczne. Nawet widziałem też przez jakiegoś malarza portret jakiegoś mężczyzny i okulary… To ten czarny sznureczek był zawsze bardzo taki interesujący. No, a poza tym w surducie, oczywiście przeważnie sztuczkowe spodnie, wie pani, co to są sztuczkowe spodnie? W długie takie, białe, jasne paseczki. To były… czarny materiał, ale w jasne paseczki. Także w sumie one były takie właściwie szare. No i… no, oczywiście z laseczką koniecznie. No więc jest tam zabawa. I humor… no, to był rzeczywiście rozbawiony tłum po prostu. <br />Anna Mizikowska: Tuż po II wojnie światowej, w zupełnie innej rzeczywistości, Ryszarda Zielińska uczyła się tańczyć u znanej przed wojną tancerki:<br />Ryszarda Zielińska, AHM: No więc takie jakieś prywatne były szkoły, jakieś kursy, ja pamiętam też, chodziłam, taka rosyjska jakaś baletnica na Wileńskiej ulicy mieszkała, w pojedynczym pokoju prowadziła szkołę. Mieszkała w tym pokoju, myśmy tam chodziły grupkami po cztery, po pięć, bo więcej byśmy nie miały miejsca jak ćwiczyć. Nazywała się Nina Zabojkina. I ona uczyła nas tańca, ja długo nie chodziłam, bo mnie taniec klasyczny nużył. Ja lubiłam żywiołowe tańce, ludowe mnie odpowiadały, a wtedy ludowe były najmodniejsze. Wtedy tańczyło się tylko, więc wszystkie ludowe tańce ja odtańczyłam od deski do deski, było to moim żywiołem, nie wyobrażałam sobie życia bez tańca, a teraz się sama z siebie śmieję, że żyję bez tańca i żyję.<br />Anna Mizikiwska: W tych samych latach 40. Bogumiła Parys trafiła na zupełnie innych nauczycieli tańca:<br />Bogumiła Parys, AHM: Między Miedzeszynem, a Wólką. To jest blisko, bo to jest parę kilometrów. Tam stacjonowali Cyganie nad Wisłą. I ja do nich chodziłam bardzo często. Bardzo! Mała dziewuszka. Ja im nawet wynosiłam jajka z domu…<br />Te wozy, tabory, no Cyganki, jak Cyganki, Cyganie, jak Cyganie, kupa dzieci, brudno, ale mnie się to podobało. ciągnęło mnie ich ta taka beztroska, te śpiewy ich, wszyscy tańczą, dzieci, dorośli, mężczyźni, wszyscy razem! Jest ich kilku, co gra, a reszta tańczy! I w tym kółku takim, razem, w takim grajdole, tańczyło się! No to mi się wszystko podobało.<br />Cyganie bardzo miło przyjmowali. Uczyli tańczyć – dlatego ja świetnie tańczę. Bardzo ładnie tańczę. <br />Anna Mizikowska: Lata 50. Boogie woogie, jazz czy muzyka ludowa?  Bikiniarze i Ormo. To wspomnienia Ryszarda Wojciechowskiego:<br /> Ryszard Wojciechowski: Moi koledzy i ja no to tam, największe rozpusty, jeśli tak to można określić, to albo to były prywatki takie gdzieś tam ktoś, czyiś rodzice wyjechali albo coś. Albo szliśmy, jak nie było, bo były takie dechy tam organizowane to to.. Wtedy się to ujawniały te takie, no… (śmiech) regionalizmy.<br />No, tu, u nas na Pradze to były często, to nie tyle koncerty, co właśnie potańcówki to były w tej muszli w parku Paderewskiego. To powstawało takie podium, z desek takich nieheblowanych, na jakichś słupach no i na świeżym powietrzu… No bo były takie stałe miejsca. To gdzieś… Były takie stałe miejsca, na przykład w MZK na Młynarskiej, u Wedla, tam jest taka duża, dosyć duża sala, Spójnia się nazywała. I cyklicznie były organizowane… zabawy. Jakieś tam tam mikroskopijne datki, nawet dla takich bogaczy jak ja, że to można było zapłacić, no to tam przychodziły panienki i tam takie w towarzystwie spotkania męsko-damskie się odbywały, można się było zapoznać.<br />Tam był jakiś bufet, ale  to na ogół bufet to były woda sodowa, jakieś tam, coś takiego. No ale to to nie było problemu, bo tam przecież wokół sklepy, poza tym… wie pani, to…. Ludzie mieli wtedy mało pieniędzy, no ale z kolei również ta gorzałka, no były takie wina tam, które kosztowały tam  10 złotych, 12 złotych. No to… to można.. A piwo zupełnie było, co prawda ohydne, bo ohydne. (ze śmiechem) Naprawdę, to było nie do spożycia. To jak jeszcze trzeba brac pod uwagę, że te dechy to były no latem. A lodówek nie było, no tam, więc te piwo, które tam stało na tym cieple przez kilka dni, to Matko Przenajświętsza… to wino to samo. Miało to swój jakiś urok. <br />W Parku Skaryszewskim i tu na Zamojskiego na… u Wedla, te takie dechy to tam, nad Wisłą na przykład. Tutaj koło ZOO. <br />Były takie zespoły bardzo znane, takie… oni… na co dzień to oni grali jazz, Jak Wichary, jak Bovery… natomiast też też ciężko przędli jeśli chodzi o finanse, no to jak im zaproponowali,    Były takie ludowe kapele – Wesołowskiego, tam harmonistów i tak Dzierżanowskiego. No, ale to to oni małą popularnością, bo oni takie walili tam kujawiaki i tak dalej. Natomiast jak przyjechał Wichary, no to tam jeszcze jakieś amerykańskie boogie, szmugi i tak dalej, no był bardziej…Ale władzom również zależało również na tym, żeby go pozyskać, no bo to prestiż jakiś, a jemu zależało, bo  dzięki temu to on mógł sobie później tam koncertować i coś… no to wiadomo. No a z kolei odbiorcom również, no bo to tu można było amerykańskie tańce… właściwie takie pseudo. To była ta moda, bo to tacy bikiniarze. I to ZMP w tych… umundurowane w takich tych koszulach i czerwonych krawatach. No to było tam „przez oświatę i kulturę” no i oni tam lanie dostawali (śmiech). To znowu ORMO przylatywało no i… i tych pałowało. <br />Anna Mizikowska: Od dam w długich sukniach do bikiniarzy… Na koniec Andrzej Piórkowski opowie o zabawach w latach 60.<br /><br />Andrzej Piórkowski, AHM: Na pewno to było przed 64 rokiem. To na pewno musiało być. Jak człowiek miał 17, 18, 20 lat, o. To ten, ten, ten. No to żeśmy chodzili tutaj... Najczęściej to chodziliśmy do takiej, to był klub Związku Młodzieży Socjalistycznej „Piosenka”. Na placu  Leńskiego. I tam się chodziło, kupowało się, proszę pani, bilecik i w tym bileciku była konsumpcja. Czyli była tam kawka jakaś, jakieś ciastko, tam wuzetka czy coś i orkiestra grała i się tańczyło.<br />W tym czasie, kiedy te wszystkie przeboje jakieś tam były modne, to, to Chubby Checker i „Twist Again” czy coś tam takiego, no. No to przecież stare lata. No ale takie rzeczy tego. Chodziło się, chodziliśmy też tutaj nad Wisłę do tego TKKF-u, tam taki, w tej chwili to tam jest nie wiem co, ale tam, myśmy to nazywali popularnie haremem: „Idziemy do haremu?” – „Idziemy”. No to żeśmy szli tam też, kupowało się bilety i też przy stoliku, konsumpcja, to, tego. Tylko, że tam było o tyle lepiej, że się tak zwane brało kontramarki. Że jak się, człowiek potańczył sobie, tego, w tam, bo to na piętrze było, cała ta impreza, sala tańca i stoliki. To potem można było iść do tego, do bramkarza tego, który stał: 'Chcę wyjść”. To on dawał kontramarkę. I się tą kon... ten żeton. Myśmy to nazywali kontramarką. W kieszeń i się wychodziło nad Wisełkę, pospacerować, ochłonąć, czy tam z dziewczyną porozmawiać, czy z kumplami, a jak już się miało dosyć, to kolesiowi drugiemu dawałem tą kontramarkę, mówię: Ja już mam dosyć, idę do domu, a ty się baw na moim, na moim tym. I to, to wszystko. No często były też takie, takie imprezy, tak jak na Płycie Czerniakowskiej, tam żeśmy czasami chodzili, ale ja tam nie bardzo tego, bo tam się bez przerwy leli. Czerniaków się lał z Pragą. <br />Anna Mizikowska: Po tych wszystkich historiach zapraszam Państwa do poznania jeszcze jednej Tancerki. Rzeźba z brązu, autorstwa Stanisława Jackowskiego, przedstawia primabalerinę]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/44492339</guid><pubDate>Mon, 26 Apr 2021 22:10:06 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/44492339/praskie_audiohistorie_e18.mp3" length="13328045" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: W tym tygodniu wypada Światowy Dzień Tańca. To dobra okazja, żeby posłuchać, o tańcach na Pradze. Gdzie tańczono? Do jakiej muzyki? W jakiej atmosferze?
Na początek wspomnienie Pana Władysława Perkowskiego z początku XX wieku –...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: W tym tygodniu wypada Światowy Dzień Tańca. To dobra okazja, żeby posłuchać, o tańcach na Pradze. Gdzie tańczono? Do jakiej muzyki? W jakiej atmosferze?<br />Na początek wspomnienie Pana Władysława Perkowskiego z początku XX wieku – suknie, kapelusze, kwiaty… I orkiestra dęta…<br />Władysław Perkowski, AHM: W parku Skaryszewskim byłem na takiej uroczystości, która właściwie miała na celu… to było pewnego rodzaju święto wiosny. Albo powitania lata, jak kto woli. To się nazywało korso. Korso to była… pokaz samochodów. I to przyjeżdżały samochody typu torpedo więc bez tych, nadwozia, tylko otwierane te budy były, otwierane samochody. Były pięknie ukwiecone, ale to kwiatów tak, że prawie samochodu nie było widać. Tam było dużo kwiatów. I te samochody przyjeżdżały do parku Skaryszewskiego. Tam, w tej głównej alei się tam ustawiały. I… oczywiście była tam i orkiestra, ale przeważnie dęta. Bo dęta orkiestra to była najlepiej słyszana, więc to było najlepiej… najlepiej dęta. Była tam sala taneczna. Podium takie właściwie, z desek zrobione, do tańca.<br />Tymi samochodami przyjeżdżały pięknie ubrane, elegancko ubrane panie. Damy. Ale to tak było. Więc długie takie krynoliny, długie, widać, że to wielowarstwowe suknie. One były upięte tak dosyć, zawsze wysoko, tak prawie pod same piersi. Ale tutaj później była bluzeczka albo… kontrastowa w kolorze, bo to było bardzo barwne. I teraz ta bluzeczka była albo biała, albo różowa, albo niebieska. W różnych kolorach, poza tym albo był pełny materiał, albo ażurowy. Świetnie. Oczywiście żabociki przy… nie. To wtedy, jak były długie rękawy. Ale one miały krótkie rękawy i takie jeszcze bufiaste tutaj. Rękawiczki takie długie, długie. I były albo białe, albo kolorowe, ażurowe. I oczywiście musiało to być… <br />Poza tym kapelusze. Kapelusze, wielkie: ronda, i to właściwie były klomby, nie kapelusze. Na tych kapeluszach było tak mnóstwo kwiatów, myślę, że sztucznych raczej, ale to takie bukiety całe były. I jeszcze z woalką albo podniesioną, albo opuszczoną, rozmaicie. <br />Oczywiście obowiązkowo i koniecznie były lorgnon. Lorgnon to były takie okulary na rączce, które się tylko przystawiało do oczu i się tam patrzyło na co, tam, tego… Poza tym oczywiście obowiązkowo parasolka. No, to było na takich cienkich, to nawet są do dzisiejszego dnia jeszcze takie parasolki o bardzo niewielkiej średnicy, ale musiała być otwarta. I z parasolkami panie chodziły, żeby słońce nie… nie zniszczyło im jasnej, mlecznej, białej, oczywiście białej koniecznie, bo modne były tylko jasne cery, nie były opalone. Opalona to była ordynarna. I tak. <br />No i te panie sobie tam chodziły, a panowie… no, panowie przeważnie w słomkowych kapeluszach i nie mieli okularów, tylko binokle. A binokle to były takie okulary, które tu były zapinane na takie sprężynki na nosie. I jeszcze ze sznureczkiem takim czarnym, to były takie charakterystyczne. Nawet widziałem też przez jakiegoś malarza portret jakiegoś mężczyzny i okulary… To ten czarny sznureczek był zawsze bardzo taki interesujący. No, a poza tym w surducie, oczywiście przeważnie sztuczkowe spodnie, wie pani, co to są sztuczkowe spodnie? W długie takie, białe, jasne paseczki. To były… czarny materiał, ale w jasne paseczki. Także w sumie one były takie właściwie szare. No i… no, oczywiście z laseczką koniecznie. No więc jest tam zabawa. I humor… no, to był rzeczywiście rozbawiony tłum po prostu. <br />Anna Mizikowska: Tuż po II wojnie światowej, w zupełnie innej rzeczywistości, Ryszarda Zielińska uczyła się tańczyć u znanej przed wojną tancerki:<br />Ryszarda Zielińska, AHM: No więc takie jakieś prywatne były szkoły, jakieś kursy, ja pamiętam też, chodziłam, taka rosyjska jakaś baletnica na Wileńskiej ulicy mieszkała, w pojedynczym pokoju prowadziła szkołę. Mieszkała w tym pokoju, myśmy tam chodziły grupkami po cztery, po pięć, bo więcej byśmy nie miały miejsca jak ćwiczyć. Nazywała się Nina Zabojkina. I ona uczyła nas tańca, ja długo nie chodziłam, bo mnie...]]></itunes:summary><itunes:duration>833</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,międzynarodowydzieńtańca,muzeumpragi,praga,taniec</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e17 Żydzi z Pragi</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e17-zydzi-z-pragi--44390031</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: W 1940 roku Niemcy stłoczyli prawie pół miliona Żydów w otoczonym murem getcie warszawskim. Skazali ich na śmierć z głodu, wycieńczenia, w egzekucjach. W 1943 roku rozpoczęli planową likwidację getta. <br />19 kwietnia 1943 roku Żydzi stanęli do bohaterskiej walki. Powstanie w getcie warszawskim, mimo nieporównywalnej siły wroga, trwało miesiąc! <br />W 78. rocznicę tych wydarzeń sięgam do Archiwum Historii Mówionej naszego Muzeum, żeby przypomnieć kilkoro z ponad 20 tysięcy Żydów, zamieszkujących przed wojną prawobrzeżną Warszawę. Tych zwyczajnych ludzi, którzy potem -  przez rasizm i politykę nienawiści – trafili do getta. Pomyślmy o tym…<br />AHM 1: Co pamiętam z tych młodych lat przed rozpoczęciem wojny: pamiętam piękne spacery z moją babcią, kiedy dochodziłyśmy do ulicy Jagiellońskiej… Tam na ciemno ubranych, biegających szybko ludzi, w berecikach… Nie wiedziałam, kto to i co to. A babcia mi mówiła: „masz być grzeczna, bo to są ludzie, którzy się modlą. A zobacz, panowie w kapeluszach to są rabini”.<br />AHM 2:  Róg Jagiellońskiej i obecnie Księdza Kłopotowskiego to tu bardzo dużo, dużo Żydów mieszkało. Oni handlem się zajmowali. Ale byli też bardzo wykształceni, bo byli adwokaci, i to byli bardzo dobrzy lekarze! U Świętej Zofii, jak moja ciotka pracowała tam, była lekarzem, to tam, wśród naszych Polaków, byli i Żydzi lekarzami.<br />AHM 3: Na Targowej to bardzo dużo Żydów mieszkało. Cały handel się odbywał! Do bazaru.<br /> AHM 4: Na rogu był taki sklepiczek jakiś, właścicielem był Żyd. Nazywał się Dufet. I do niego zawsze można było pójść. O każdej porze, nawet w nocy! On się budził i: Pani chce chleba, to proszę bardzo, pani zabrakło chleba… Jak zamknięty sklep był to się od tyłu do niego chodziło. Nieraz mnie mama tam posyłała po coś. Otwierał drzwi, a tutaj bucha na mnie zapach ryby. Ja mówię: Co to jest? Co tak pachnie? – No zupa rybna się gotuje, bo przecież obchodzimy święto”. Bo to był jakiś piątek, czy sobota… Oni chyba w sobotę obchodzą święta…<br />AHM 5: Radzymińska 2, w naszym domu mieszkało pół na pół: połowa żydowskich rodzin, połowa, polskich. Nie było w całym tym domu, nie było żadnej wrogości, mimo że było takie mieszane… No to mieszkał tam koło nas rabin, który odprawiał tam modły swoje.. No to nas trochę bawiło, bo to jest inny obrządek. Nam śpiewał, zawodził… Ale nie było żadnych takich… Jakiejś wrogości nie było.<br />Babcia, która mieszkała na Wileńskiej, jeszcze tam były drewniaki, drewniany domy były, zapadnięte w ziemię… Ponieważ babcia była akuszerką, to odbierała większość porodów w tamtym rejonie. I właśnie między innymi Żydzi nauczyli ją robić chałkę… Jak piec chałę, to był sekret. Więc to współżycie to było wspólne prowadzenie życia, nie zakłócanie jeden drugiemu…<br />  AHM 6: Na Ząbkowskiej pod 35, tam bardzo dużo Żydów mieszkało… Nawet oni sobie w święta sobie kuczki stawiali na podwórku. Taki szałas na podwórku stawiali i tam sobie kolację jedli…<br />AHM 7: Właścicielem kina, nie pamiętam nazwiska, ale pamiętam sylwetkę… I to był narodowości Żydowskiej. Z początku to myśmy nie wiedzieli. Mój ojciec tam się z nim troszeczkę znał. Także ja od czasu do czasu… On mnie tam wpuszczał bez biletu do kina… I zorientowaliśmy się wtedy, jak wyszło zarządzenie, że ludność żydowska ma nosić opaski na ręku, z gwiazdą. I pewnego razu patrzymy, a on ma opaskę na ręku, dopiero zorientowaliśmy się, że on był „Żydkiem”. No a później, jak już utworzone zostało getto, to oni wszyscy poznikali…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/44390031</guid><pubDate>Mon, 19 Apr 2021 22:10:03 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/44390031/praskie_audiohistorie_e17.mp3" length="5162376" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: W 1940 roku Niemcy stłoczyli prawie pół miliona Żydów w otoczonym murem getcie warszawskim. Skazali ich na śmierć z głodu, wycieńczenia, w egzekucjach. W 1943 roku rozpoczęli planową likwidację getta. 
19 kwietnia 1943 roku Żydzi...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: W 1940 roku Niemcy stłoczyli prawie pół miliona Żydów w otoczonym murem getcie warszawskim. Skazali ich na śmierć z głodu, wycieńczenia, w egzekucjach. W 1943 roku rozpoczęli planową likwidację getta. <br />19 kwietnia 1943 roku Żydzi stanęli do bohaterskiej walki. Powstanie w getcie warszawskim, mimo nieporównywalnej siły wroga, trwało miesiąc! <br />W 78. rocznicę tych wydarzeń sięgam do Archiwum Historii Mówionej naszego Muzeum, żeby przypomnieć kilkoro z ponad 20 tysięcy Żydów, zamieszkujących przed wojną prawobrzeżną Warszawę. Tych zwyczajnych ludzi, którzy potem -  przez rasizm i politykę nienawiści – trafili do getta. Pomyślmy o tym…<br />AHM 1: Co pamiętam z tych młodych lat przed rozpoczęciem wojny: pamiętam piękne spacery z moją babcią, kiedy dochodziłyśmy do ulicy Jagiellońskiej… Tam na ciemno ubranych, biegających szybko ludzi, w berecikach… Nie wiedziałam, kto to i co to. A babcia mi mówiła: „masz być grzeczna, bo to są ludzie, którzy się modlą. A zobacz, panowie w kapeluszach to są rabini”.<br />AHM 2:  Róg Jagiellońskiej i obecnie Księdza Kłopotowskiego to tu bardzo dużo, dużo Żydów mieszkało. Oni handlem się zajmowali. Ale byli też bardzo wykształceni, bo byli adwokaci, i to byli bardzo dobrzy lekarze! U Świętej Zofii, jak moja ciotka pracowała tam, była lekarzem, to tam, wśród naszych Polaków, byli i Żydzi lekarzami.<br />AHM 3: Na Targowej to bardzo dużo Żydów mieszkało. Cały handel się odbywał! Do bazaru.<br /> AHM 4: Na rogu był taki sklepiczek jakiś, właścicielem był Żyd. Nazywał się Dufet. I do niego zawsze można było pójść. O każdej porze, nawet w nocy! On się budził i: Pani chce chleba, to proszę bardzo, pani zabrakło chleba… Jak zamknięty sklep był to się od tyłu do niego chodziło. Nieraz mnie mama tam posyłała po coś. Otwierał drzwi, a tutaj bucha na mnie zapach ryby. Ja mówię: Co to jest? Co tak pachnie? – No zupa rybna się gotuje, bo przecież obchodzimy święto”. Bo to był jakiś piątek, czy sobota… Oni chyba w sobotę obchodzą święta…<br />AHM 5: Radzymińska 2, w naszym domu mieszkało pół na pół: połowa żydowskich rodzin, połowa, polskich. Nie było w całym tym domu, nie było żadnej wrogości, mimo że było takie mieszane… No to mieszkał tam koło nas rabin, który odprawiał tam modły swoje.. No to nas trochę bawiło, bo to jest inny obrządek. Nam śpiewał, zawodził… Ale nie było żadnych takich… Jakiejś wrogości nie było.<br />Babcia, która mieszkała na Wileńskiej, jeszcze tam były drewniaki, drewniany domy były, zapadnięte w ziemię… Ponieważ babcia była akuszerką, to odbierała większość porodów w tamtym rejonie. I właśnie między innymi Żydzi nauczyli ją robić chałkę… Jak piec chałę, to był sekret. Więc to współżycie to było wspólne prowadzenie życia, nie zakłócanie jeden drugiemu…<br />  AHM 6: Na Ząbkowskiej pod 35, tam bardzo dużo Żydów mieszkało… Nawet oni sobie w święta sobie kuczki stawiali na podwórku. Taki szałas na podwórku stawiali i tam sobie kolację jedli…<br />AHM 7: Właścicielem kina, nie pamiętam nazwiska, ale pamiętam sylwetkę… I to był narodowości Żydowskiej. Z początku to myśmy nie wiedzieli. Mój ojciec tam się z nim troszeczkę znał. Także ja od czasu do czasu… On mnie tam wpuszczał bez biletu do kina… I zorientowaliśmy się wtedy, jak wyszło zarządzenie, że ludność żydowska ma nosić opaski na ręku, z gwiazdą. I pewnego razu patrzymy, a on ma opaskę na ręku, dopiero zorientowaliśmy się, że on był „Żydkiem”. No a później, jak już utworzone zostało getto, to oni wszyscy poznikali…]]></itunes:summary><itunes:duration>323</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,muzeumpragi,powstaniewgetcie,żydzi</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e16 Sinfonia Varsovia i Jej Dyrektor</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e16-sinfonia-varsovia-i-jej-dyrektor--44304571</link><description><![CDATA[Transkrypcja odcinka do pobrania pod linkiem: <br /><a href="https://muzeumwarszawy.pl/wp-content/uploads/2021/04/Sinfonia-Varsovia-i-Jej-Dyrektor.docx" rel="noopener">https://muzeumwarszawy.pl/wp-content/uploads/2021/04/Sinfonia-Varsovia-i-Jej-Dyrektor.docx</a>]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/44304571</guid><pubDate>Mon, 12 Apr 2021 22:10:09 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/44304571/praskie_audiohistorie_e16.mp3" length="24199999" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Transkrypcja odcinka do pobrania pod linkiem: 
https://muzeumwarszawy.pl/wp-content/uploads/2021/04/Sinfonia-Varsovia-i-Jej-Dyrektor.docx</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Transkrypcja odcinka do pobrania pod linkiem: <br /><a href="https://muzeumwarszawy.pl/wp-content/uploads/2021/04/Sinfonia-Varsovia-i-Jej-Dyrektor.docx" rel="noopener">https://muzeumwarszawy.pl/wp-content/uploads/2021/04/Sinfonia-Varsovia-i-Jej-Dyrektor.docx</a>]]></itunes:summary><itunes:duration>1513</itunes:duration><itunes:keywords>grochowska272,historiamówiona,januszmarynowski,muzeumpragi,orkiestra,praga,sinfoniavarsovia</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e15 Drzewa, które pamiętają</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e15-drzewa-ktore-pamietaja--44112155</link><description><![CDATA[Praskie Audiohistorie e15<br />Niedawno Stowarzyszenie „Z Siedzibą w Warszawie” wydało ciekawą książkę: „Drzewa Warszawy. Przewodnik po wybranych, ważnych drzewach Warszawy”. <br />Autorkami i autorami tej publikacji są Katarzyna Kuzko Zwierz – kierowniczka Muzeum Warszawskiej Pragi, Ewa Kalnoj-Ziajkowska – do niedawna współtworząca nasz praski zespół a także Paweł Dunin-Wąsowicz, Mateusz Korbik i Marek Piwowarski.<br />Projekt jest współfinansowany przez m.st. Warszawa, dofinansowany także ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury.<br />I jest dostępny za darmo w Internecie! Link znajdą Państwo w transkrypcji tego odcinka. <a href="http://www.wwarszawie.org.pl/files/drzewa-warszawy.pdf" rel="noopener">http://www.wwarszawie.org.pl/files/drzewa-warszawy.pdf</a><br />36 drzew, 36 żywych, zielonych świadków historii. Wybrałam dla państwa  opowieść o powstaniu Parku Skaryszewskiego… Posłuchajcie:<br />Topole białe to jedne z najbardziej charakterystycznych drzew Warszawy. Często krzyżują się z innymi gatunkami, np. osiką, tworząc całą gamę form o konarach czasem bardzo jasnych, czasem zupełnie ciemnych. <br />Ich charakterystyczną cechą są kutnerowate liście, od której biorą swoją nazwę. Ich czyste formy najlepiej podziwiać na warszawskich łęgach wiślanych, ale spotkać je można niemal we wszystkich dzielnicach, w tym często położonych daleko od Wisły…<br />Na terenie parku Skaryszewskiego topoli białych jest kilka. <br />Można na nie trafić nad Jeziorem Kamionkowskim, a także przy arterii okalającej park od strony alei Zielenieckiej. Ta wybrana na potrzeby niniejszej publikacji rośnie od strony Ronda Waszyngtona przy głównej alei przecinającej park na pół. Jest najbardziej okazała, co jednoznacznie sugeruje jej rolę świadkini organizacji parku i jego przemian. <br />Zanim powstał park Skaryszewski na tych terenach rozciągały się łąki, służące okolicznym mieszkańcom do wypasania bydła. W jego nazwie zachowało się odwołanie do pobliskiego miasteczka Skaryszew, do którego tereny te należały, zanim stopił się z Pragą i został włączony w obręb Warszawy. <br />Na początku XX wieku za zgodą zarządu miasta Franciszek Szanior, główny ogrodnik Warszawy, zaprojektował w tej lokalizacji park miejski, mający stanowić atrakcyjną przestrzeń rekreacyjno- -wypoczynkową. Była to część projektu modernizacyjnego. Równolegle z parkiem powstawał tzw. trzeci most (wówczas most imienia cara Mikołaja II, dziś Poniatowskiego) oraz stworzono plany parcelacyjne Saskiej Kępy, która następnie wraz z Grochowem i innymi obszarami w 1916 roku została włączona w granice miasta. <br />Park oficjalnie oddano do użytku w tym samym roku, choć zmieniał się jeszcze przez kolejne lata. Działo się to między innymi za sprawą utworzenia w 1926 roku 62 ogrodów różanego i daliowego oraz wprowadzenia w jego przestrzeń w 1929 roku rzeźb wybitnych artystów, m.in. Rytmu Henryka Kuny czy Kąpiącej się Olgi Niewskiej. <br />Teren przeznaczony na park był płaski, zalewany przez Wisłę, wymagał zatem przeprowadzenia poważnych robót ziemnych. Rozpoczęto je jeszcze w 1905 roku, a do ich wykonywania miasto zatrudniało osoby pozostające bez pracy. <br />Projekt Szaniora przewidywał podniesienie terenu i utworzenie atrakcyjnej kompozycji, łączącej różnorodne przykłady polskiego krajobrazu. <br />Główna aleja, przeznaczona zarówno dla spacerowiczów, jak i pojazdów konnych, biegła od wejścia przy dzisiejszym Rondzie Waszyngtona, w kierunku Jeziora Kamionkowskiego i ulicy Grochowskiej. Przecinała ją obwodnica w kształcie elipsy. Wyznaczono też liczne trasy spacerowe. <br />Symetrycznie po obu stronach głównej osi parku Szanior zaprojektował dwa większe stawy, a w ich sąsiedztwie wzniesienia z punktami widokowymi. W sumie na terenie parku powstały cztery różnej wielkości i różnego kształtu sztuczne zbiorniki wodne połączone ze sobą i z łachą wiślaną rowami, co dało możliwość utworzenia wysepek i mostków nadających całości nieco romantycznego charakteru. <br />Jesienią tego samego roku rozpoczęto nasadzenia drzew i krzewów, kontynuowane w kolejnych latach. Najprawdopodobniej w tym właśnie czasie przy głównej alei pojawiła się topola biała. <br />Jest ona w Polsce gatunkiem pospolitym, występującym głównie na terenach nadrzecznych. Kora na starszych drzewach jest gładka, szarawobiała, u nasady pni spękana i czarna. Górna strona liści jest ciemnozielona, natomiast dolna biało- lub szarofilcowata, od czego bierze się nazwa tego gatunku.<br />Dwa wybrane okazy topoli białej w Parku Skaryszewskim mają korony o średnicy 23 m i 18 m, odpowiednio obwody pni: ok. 572 cm i 486 cm i wysokość  30 m i 36 m.  Rosną od około 115 lat!<br />Idźcie na spacer, poszukajcie tych drzew! Przewodnik podpowiada jeszcze jedną topolę – pomnik przyrody przy Brukselskiej 26, na Saskiej Kępie… <br />Wiosna to najlepszy czas na spacer z przewodnikiem „Drzewa Warszawy”…<br />W tle wykorzystano nagranie efektów dźwiękowych z  BBC Sound Effects.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/44112155</guid><pubDate>Mon, 05 Apr 2021 22:10:06 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/44112155/praskie_audiohistorie_e15.mp3" length="5883774" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Praskie Audiohistorie e15
Niedawno Stowarzyszenie „Z Siedzibą w Warszawie” wydało ciekawą książkę: „Drzewa Warszawy. Przewodnik po wybranych, ważnych drzewach Warszawy”. 
Autorkami i autorami tej publikacji są Katarzyna Kuzko Zwierz – kierowniczka...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Praskie Audiohistorie e15<br />Niedawno Stowarzyszenie „Z Siedzibą w Warszawie” wydało ciekawą książkę: „Drzewa Warszawy. Przewodnik po wybranych, ważnych drzewach Warszawy”. <br />Autorkami i autorami tej publikacji są Katarzyna Kuzko Zwierz – kierowniczka Muzeum Warszawskiej Pragi, Ewa Kalnoj-Ziajkowska – do niedawna współtworząca nasz praski zespół a także Paweł Dunin-Wąsowicz, Mateusz Korbik i Marek Piwowarski.<br />Projekt jest współfinansowany przez m.st. Warszawa, dofinansowany także ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury.<br />I jest dostępny za darmo w Internecie! Link znajdą Państwo w transkrypcji tego odcinka. <a href="http://www.wwarszawie.org.pl/files/drzewa-warszawy.pdf" rel="noopener">http://www.wwarszawie.org.pl/files/drzewa-warszawy.pdf</a><br />36 drzew, 36 żywych, zielonych świadków historii. Wybrałam dla państwa  opowieść o powstaniu Parku Skaryszewskiego… Posłuchajcie:<br />Topole białe to jedne z najbardziej charakterystycznych drzew Warszawy. Często krzyżują się z innymi gatunkami, np. osiką, tworząc całą gamę form o konarach czasem bardzo jasnych, czasem zupełnie ciemnych. <br />Ich charakterystyczną cechą są kutnerowate liście, od której biorą swoją nazwę. Ich czyste formy najlepiej podziwiać na warszawskich łęgach wiślanych, ale spotkać je można niemal we wszystkich dzielnicach, w tym często położonych daleko od Wisły…<br />Na terenie parku Skaryszewskiego topoli białych jest kilka. <br />Można na nie trafić nad Jeziorem Kamionkowskim, a także przy arterii okalającej park od strony alei Zielenieckiej. Ta wybrana na potrzeby niniejszej publikacji rośnie od strony Ronda Waszyngtona przy głównej alei przecinającej park na pół. Jest najbardziej okazała, co jednoznacznie sugeruje jej rolę świadkini organizacji parku i jego przemian. <br />Zanim powstał park Skaryszewski na tych terenach rozciągały się łąki, służące okolicznym mieszkańcom do wypasania bydła. W jego nazwie zachowało się odwołanie do pobliskiego miasteczka Skaryszew, do którego tereny te należały, zanim stopił się z Pragą i został włączony w obręb Warszawy. <br />Na początku XX wieku za zgodą zarządu miasta Franciszek Szanior, główny ogrodnik Warszawy, zaprojektował w tej lokalizacji park miejski, mający stanowić atrakcyjną przestrzeń rekreacyjno- -wypoczynkową. Była to część projektu modernizacyjnego. Równolegle z parkiem powstawał tzw. trzeci most (wówczas most imienia cara Mikołaja II, dziś Poniatowskiego) oraz stworzono plany parcelacyjne Saskiej Kępy, która następnie wraz z Grochowem i innymi obszarami w 1916 roku została włączona w granice miasta. <br />Park oficjalnie oddano do użytku w tym samym roku, choć zmieniał się jeszcze przez kolejne lata. Działo się to między innymi za sprawą utworzenia w 1926 roku 62 ogrodów różanego i daliowego oraz wprowadzenia w jego przestrzeń w 1929 roku rzeźb wybitnych artystów, m.in. Rytmu Henryka Kuny czy Kąpiącej się Olgi Niewskiej. <br />Teren przeznaczony na park był płaski, zalewany przez Wisłę, wymagał zatem przeprowadzenia poważnych robót ziemnych. Rozpoczęto je jeszcze w 1905 roku, a do ich wykonywania miasto zatrudniało osoby pozostające bez pracy. <br />Projekt Szaniora przewidywał podniesienie terenu i utworzenie atrakcyjnej kompozycji, łączącej różnorodne przykłady polskiego krajobrazu. <br />Główna aleja, przeznaczona zarówno dla spacerowiczów, jak i pojazdów konnych, biegła od wejścia przy dzisiejszym Rondzie Waszyngtona, w kierunku Jeziora Kamionkowskiego i ulicy Grochowskiej. Przecinała ją obwodnica w kształcie elipsy. Wyznaczono też liczne trasy spacerowe. <br />Symetrycznie po obu stronach głównej osi parku Szanior zaprojektował dwa większe stawy, a w ich sąsiedztwie wzniesienia z punktami widokowymi. W sumie na terenie parku powstały cztery różnej wielkości i różnego kształtu sztuczne zbiorniki wodne połączone ze sobą i z łachą wiślaną rowami, co dało możliwość utworzenia wysepek i mostków nadających całości nieco romantycznego...]]></itunes:summary><itunes:duration>368</itunes:duration><itunes:keywords>drzewawarszawy,muzeumpragi,praga,przewodnik,skaryszewski,topola</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e14 Wielkanoc</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e14-wielkanoc--44099922</link><description><![CDATA[Praskie Audiohistorie e14 Wielkanoc<br />Anna Mizikowska: Za chwilę Święta Wielkiej Nocy. W dzisiejszym odcinku podcastu dawni mieszkańcy prawobrzeżnej Warszawy opowiadają o nieco innym świętowaniu, niż dzisiejsze…<br />Ewa Kutrzebska, AHM: Na wielkanocne śniadanie dawniej, tak jak ja słyszałam, rodzina zawsze spotykała się na Rezurekcji, a potem do jednej rodziny wszystko na śniadanie szło. <br />Oczywiście na Wielkanoc musiały być wybuchy, procesje. No to takie, musiało być jak, bo Rezurekcja no to musiało im więcej tam chłopcy podłożą no to oczywiście lepiej. Przychodził ksiądz, no i mówił tak: "Kapiszony, pistolety tu na ziemię, żaden nie wejdzie! Przemycili czasem coś, jakieś wybuchy były…<br />Mieczysław Podczaski, AHM: Strzelaliśmy z karbidu cały czas. Karbid używali kiedyś do spawania. Rzucało się go do puszki po farbie, z tyłu robiło się dziurkę, pluło lub sikało żeby karbid zaczął wytwarzać gaz. Zapałką się to podpalało, puszkę trzymało się pod nogą. Huk był jak cholera, denko wyskakiwało z olbrzymim hukiem, tak się robiło wystrzały, to było nagminne, wszyscy z tego strzelali. Na Wielkanoc się z tego strzelało. <br />Przed Wielkanocą brało się klucze do domu, od szafy, bo klucze miały dziurkę w środku i z klucza strzelaliśmy. Brało się ten klucz, zapałki i draskę po czasie zdrapywało się do dziurki. Wkładało się gwóźdź, na sznurku się go miało ten klucz z gwoździem. Huk był jak cholera. Kalichlorek… kupowało się saletrę i jeszcze coś, robiło się takie piguły z materiału i kamienie do tego. <br />Donata Blitek, AHM: Wielkanoc to samo. Śniadanie... no, to już była orgia mięs, wędlin, no bo to raczej było na zimno śniadanie. No i jajek na twardo, które do dnia dzisiejszego zresztą. Przecież się święci... matka zawsze szła ze mną w tym, na Kamionek właśnie, do kościoła – było święcone.<br />Elżbieta Piotrowska, AHM: Na Wielkanoc co jedynie pamiętam, to tego nie zapomnę: teraz mój Grochów to niczym nie pachnie! A tu właśnie, jeszcze na Paca mieszkałam, to był zapach gotowanej szynki! Takiej wędzonej, prawdziwej! Bo kiedyś te szynki to były takie: cała z kością, cała – taki pośladek można powiedzieć, od tej… No i ciastem drożdżowym! Tymi zapachami, aromatami! Także na Wielkanoc leciałam z palemką na plac Szembeka, do kościoła… Później leciałam na plac Szembeka ze święconką…<br />Ewa Piasecka-Kudłacik, AHM: Wielkanoc, cały dom, duża chałupa obchodzimy... lany poniedziałek oczywiście. Obchodzili wszyscy i wszyscy myśleli jak to też by ubarwić. Mój rodzony ojciec potrafił wejść na stromy dach, wieńczący budynek, żeby przenieść, przeszedłszy okrakiem po szczycie, wylać wiadro wody na sąsiadkę stojącą na balkonie i niespodziewającą się tego. Jeden z sąsiadów przyniósł któregoś roku, to się chyba nazywa hydronetka, nie wiem, coś takiego, co pompuje wodę. I do śmiejącego się zza zamkniętego okna sąsiada wlać przez szparę kilkadziesiąt litrów wody. A i to wszystko razem było robione.<br />Zbigniew Gajowniczek, AHM: Otóż w 1943 roku ulicą Stalową przejeżdżał oddział, zmotoryzowany oddział Niemców. To były samochody ciężarowe – z tyłu takie samochody miały z przodu koła, z tyłu gąsienice, załadowane jakimś sprzętem, to wszystko było. I oni mieli... To było w  Wielkanoc. Chyba drugi dzień świąt, bo był lany poniedziałek. Oni tak sobie stanęli wzdłuż całej ulicy Stalowej. Jest samochód za samochodem, jakiś tam transporter na czele tam był, jakiś tam transportery te takie niemiecki. I co było ciekawe, że nasi, jak zobaczyli, że Niemcy, bo oni stanęli i tam wychodzili z tego, z szoferek, z kabiny… A nasi jak to w lany poniedziałek w każdej bramie była zawsze te, jakiś kran, jakaś pompa, jakaś woda. No i nasi wzięli kubełki z wodą i tych Niemców chlup! Po nich! No to Niemcy zawsze mieli te kubły przy tych transportach samochodowych również! Lecieli do bramy, pompowali i była bitwa na wodę. Niemożliwa! Ja pamiętam z kolegą na 3. piętrze, on tak mieszkał właśnie od strony Stalowej na 3. piętrze, to myśmy też tak samo kubełki wody i z góry na nich leli. I ze wszystkich stron na tych Niemców szła woda, prawda. Niemcy byli zmoczeni dokładnie, ale wszystko było na „hahaha” i na wesoło. Nikt się nie obraził, nikt nie strzelał, nikt nie tego. To było ciekawe zdarzenie…<br />Anna Mizikowska: W Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi wspominali kolejno: Ewa Kutrzebska, Mieczysław Podczaski, Donata Blitek, Elżbieta Piotrowska, Ewa Piasecka-Kudłacik i Zbigniew Gajowniczek.<br />Wszystkim Państwu życzymy zdrowych, spokojnych Świąt Wielkiej Nocy!]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/44099922</guid><pubDate>Mon, 29 Mar 2021 22:10:03 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/44099922/praskie_audiohistorie_e14.mp3" length="6795761" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Praskie Audiohistorie e14 Wielkanoc
Anna Mizikowska: Za chwilę Święta Wielkiej Nocy. W dzisiejszym odcinku podcastu dawni mieszkańcy prawobrzeżnej Warszawy opowiadają o nieco innym świętowaniu, niż dzisiejsze…
Ewa Kutrzebska, AHM: Na wielkanocne...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Praskie Audiohistorie e14 Wielkanoc<br />Anna Mizikowska: Za chwilę Święta Wielkiej Nocy. W dzisiejszym odcinku podcastu dawni mieszkańcy prawobrzeżnej Warszawy opowiadają o nieco innym świętowaniu, niż dzisiejsze…<br />Ewa Kutrzebska, AHM: Na wielkanocne śniadanie dawniej, tak jak ja słyszałam, rodzina zawsze spotykała się na Rezurekcji, a potem do jednej rodziny wszystko na śniadanie szło. <br />Oczywiście na Wielkanoc musiały być wybuchy, procesje. No to takie, musiało być jak, bo Rezurekcja no to musiało im więcej tam chłopcy podłożą no to oczywiście lepiej. Przychodził ksiądz, no i mówił tak: "Kapiszony, pistolety tu na ziemię, żaden nie wejdzie! Przemycili czasem coś, jakieś wybuchy były…<br />Mieczysław Podczaski, AHM: Strzelaliśmy z karbidu cały czas. Karbid używali kiedyś do spawania. Rzucało się go do puszki po farbie, z tyłu robiło się dziurkę, pluło lub sikało żeby karbid zaczął wytwarzać gaz. Zapałką się to podpalało, puszkę trzymało się pod nogą. Huk był jak cholera, denko wyskakiwało z olbrzymim hukiem, tak się robiło wystrzały, to było nagminne, wszyscy z tego strzelali. Na Wielkanoc się z tego strzelało. <br />Przed Wielkanocą brało się klucze do domu, od szafy, bo klucze miały dziurkę w środku i z klucza strzelaliśmy. Brało się ten klucz, zapałki i draskę po czasie zdrapywało się do dziurki. Wkładało się gwóźdź, na sznurku się go miało ten klucz z gwoździem. Huk był jak cholera. Kalichlorek… kupowało się saletrę i jeszcze coś, robiło się takie piguły z materiału i kamienie do tego. <br />Donata Blitek, AHM: Wielkanoc to samo. Śniadanie... no, to już była orgia mięs, wędlin, no bo to raczej było na zimno śniadanie. No i jajek na twardo, które do dnia dzisiejszego zresztą. Przecież się święci... matka zawsze szła ze mną w tym, na Kamionek właśnie, do kościoła – było święcone.<br />Elżbieta Piotrowska, AHM: Na Wielkanoc co jedynie pamiętam, to tego nie zapomnę: teraz mój Grochów to niczym nie pachnie! A tu właśnie, jeszcze na Paca mieszkałam, to był zapach gotowanej szynki! Takiej wędzonej, prawdziwej! Bo kiedyś te szynki to były takie: cała z kością, cała – taki pośladek można powiedzieć, od tej… No i ciastem drożdżowym! Tymi zapachami, aromatami! Także na Wielkanoc leciałam z palemką na plac Szembeka, do kościoła… Później leciałam na plac Szembeka ze święconką…<br />Ewa Piasecka-Kudłacik, AHM: Wielkanoc, cały dom, duża chałupa obchodzimy... lany poniedziałek oczywiście. Obchodzili wszyscy i wszyscy myśleli jak to też by ubarwić. Mój rodzony ojciec potrafił wejść na stromy dach, wieńczący budynek, żeby przenieść, przeszedłszy okrakiem po szczycie, wylać wiadro wody na sąsiadkę stojącą na balkonie i niespodziewającą się tego. Jeden z sąsiadów przyniósł któregoś roku, to się chyba nazywa hydronetka, nie wiem, coś takiego, co pompuje wodę. I do śmiejącego się zza zamkniętego okna sąsiada wlać przez szparę kilkadziesiąt litrów wody. A i to wszystko razem było robione.<br />Zbigniew Gajowniczek, AHM: Otóż w 1943 roku ulicą Stalową przejeżdżał oddział, zmotoryzowany oddział Niemców. To były samochody ciężarowe – z tyłu takie samochody miały z przodu koła, z tyłu gąsienice, załadowane jakimś sprzętem, to wszystko było. I oni mieli... To było w  Wielkanoc. Chyba drugi dzień świąt, bo był lany poniedziałek. Oni tak sobie stanęli wzdłuż całej ulicy Stalowej. Jest samochód za samochodem, jakiś tam transporter na czele tam był, jakiś tam transportery te takie niemiecki. I co było ciekawe, że nasi, jak zobaczyli, że Niemcy, bo oni stanęli i tam wychodzili z tego, z szoferek, z kabiny… A nasi jak to w lany poniedziałek w każdej bramie była zawsze te, jakiś kran, jakaś pompa, jakaś woda. No i nasi wzięli kubełki z wodą i tych Niemców chlup! Po nich! No to Niemcy zawsze mieli te kubły przy tych transportach samochodowych również! Lecieli do bramy, pompowali i była bitwa na wodę. Niemożliwa! Ja pamiętam z kolegą na 3. piętrze, on tak mieszkał właśnie od strony Stalowej na 3. piętrze, to myśmy też tak samo kubełki wody i z...]]></itunes:summary><itunes:duration>425</itunes:duration><itunes:keywords>historiamówiona,karbid,lanyponiedziałek,muzeumpragi,praga,strzelaniezkarbidu,strzelaniezklucza,wielkanoc,wspomnienia</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e13 Dom na Świeżej</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e13-dom-na-swiezej--43998943</link><description><![CDATA[Praskie Audiohistorie: Dom na Świeżej<br /><br />Anna Mizikowska: Muzeum Pragi zbiera historię mówioną od 2008 roku. Spotykamy się z ludźmi pamiętającymi dawną prawobrzeżną Warszawę i rozmawiamy, rozmawiamy… Nagrane wspomnienia trafiają potem na wystawy, są cytowane w pracach naukowych i w książkach. Są też podstawą tego podkastu.       <br />W 2011 roku nasza dokumentalistka, Aleksandra Sadokierska, trafiła na świetnego świadka historii: spotkała się z panem Mieczysławem Gajdą. Ten osiemdziesięcioletni aktor potrafił opowiadać! Zbudował na nowo nieistniejący już dom swojego dzieciństwa z przełomu lat 30. i 40., przywołał z pamięci dawnych sąsiadów… Na dodatek mówił tak dobrze znanym głosem - tym samym, co dubbingowany przez Niego smerf Ważniak!<br />Musieliśmy to nagranie wykorzystać! Przez trzy lata trwały prace nad interaktywną aplikacją, w której opowieść Mieczysława Gajdy zamieniła się w 27 animacji.<br />Autorami tej aplikacji są: Jan Rusiński, absolwenci Pracowni Ilustracji warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i przyjaciele Fundacji ILLUSRO imienia Zygmunta Januszewskiego. Z ramienia Muzeum rzecz zorganizowały Katarzyna Kuzko i Jolanta Wiśniewska.<br />W 2017 roku udostępniliśmy Państwu ten wyjątkowy eksponat  - interaktywną historię opowiedzianą,  “Dom na Świeżej” - na głównej trasie zwiedzania naszego Muzeum…<br />I w tym samym roku ten eksponat został zaprezentowany jako pełnoprawne dzieło sztuki na wystawie “Życie. Instrukcja” w warszawskiej Zachęcie!<br />Mam nadzieję, że po lockdownie przyjdą państwo do Muzeum Pragi i odszukają “Dom na Świeżej”. Tymczasem zapraszam do wysłuchania fragmentów opowiesci Mieczysława Gajdy...<br />Mieczysław Gajda, AHM: Wchodziło się w tą ulicę Kamienną, ona dochodziła do Szwedzkiej, fabryka mydła tam była: Schichta. Szwedzką kawałeczek, Bródnowska. Bródnowska dochodziła z powrotem do 11 Listopada. Naprzeciwko koszary, carskie jeszcze. Czyli taki czworobok… I między Bródnowską a Kamienną mała wąska uliczka, na której stały mój dom, w którym mieszkałem i potem był kawałek muru i był duży ogród. I to cała ulica.<br />Dom, w którym mieszkałem, był dużym, bardzo ładnym drewniakiem. Ładna, drewniana architektura, 7 okien na górze, 7 na dole.  I okiennice, z wyciętym, oczywiście, serduszkiem. Nad oknami były, nazwijmy to elegancko, tympanony. Takie trójkąciki z drzewa, takie powycinane ząbki były. Spadzisty dach, rynny ładne… I wejście jedno do domu, od podwórka. Przed wejściem leżał ogromny, płaski kamień. I to był próg taki, wycieraczka. <br />Panna Stasia siedziała, żeby ją słońce nie raziło. Śliczna była, maleńka, pięknie uczesana, taka a la Orzeszkowa, z grzebieniami i z warkoczykami. Miała takie śliczne... Drobniutka, mała, zgrabna. Ojciec był szewc, miała buciki sznurowane tak do pół-łydeczki, maleńkie nóżki, rączki. Śliczna, ładna była, tylko wszyscy mówili: No, staruszka! I maluje się! No ona się maluje! To niemożliwe, żeby miała to z własnej cery!”.<br />Grzybowscy, Wandzia i Czesio. Grzybowski chciał zamordować swoją własną żonę, że go zdradziła z tym węglarzem garbatym z Bródnowskiej. Na Bródnowskiej węgiel sprzedawał i drewno, i takie wiązeczki, drzazgi na rozpałkę. I się rozeszła plotka… <br />Grzybowska była ładna, włosy miała piękne - połowę jej prawie wyrwał. Ciągnął ją po schodach za włosy. I stanął pod studnią, takie wygłosił (skrót pani powiem tylko) przemówienie: - Panie proszone są na parapeta (bo panie zza…, takie firanki do połowy okien, to się nazywały zazdrostki i kobity zza zazdrostek były)… <br />- Panie proszone są na parapeta. Wszystkie, wszystkie, chodźcie kobitki, bo coś mam ważnego do powiedzenia - był w kapeluszu, bo się ubrał, zdejmował kapelusz i mówi: <br />- W imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego, Amen. Jak kur… złapię za włosy, to uduszę! Skopię i nogami zmiażdżę! Że mnie puściła z tym węglarzem. A jeżeli tego nie zrobię, to żeby jedynego mojego syna, Heńka, tramwaj na naszej ulicy rozjechał na drobne miazgę!”, „Panie Grzybowski, niech pan nie bluźni! Przecież to jeden syn pana, pierworodny!”, „Przysięgam jeszcze raz, że jak kur… nie zabiję, niech syna tramwaj na naszej ulicy!<br />Tylko że na naszej ulicy nie jeździł tramwaj. Nic nie jeździło. Czasami fura, to była mała uliczka. <br />Ale zobaczył Matkę Boską, która mu tak palcem groziła. I poszedł do Bucińskiego. Jego żona była, Jania, pod stołem schowana… I on uklękł, przeżegnał się, że jej nie zrobi krzywdy, tylko ją przebłaga: <br />- Żebyście idźcie kobity i ją znajdźcie! <br />-  no to Bucińska: My nie musimy chodzić, wyjdź, Jania, spod stołu...<br />Obok nich mieszkała pani Helenka Dąbkowska, malarka, ze swoją mamą. Bardzo utalentowana. Tam wisi portret mojego ojca, przez nią namalowany.<br />I ona malowała, na przykład na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. U pana Skrzypczaka się kupowało, on prowadził sklep piśmienny, takie kartony do rysowania. Brzytwą starą ona wycinała taką pocztówkę złożoną, taką podwójną. Tak jak, tak jak, o, tak jak tu są pocztówki, o, taki kartonik złożony. Na wierzchu było tylko napisane pięknie tuszem czarnym, ona miała piękny charakter pisma kaligraficzny: „Wesołych świąt Bożego Narodzenia”. A tu się otwierało, tu było miejsce na napis, a tu była szopka przez nią namalowana. Szopka, oczywiście przy szopce stali żołnierze polscy – huzar, ułan księcia Poniatowskiego i żołnierz polski. I z flagą. I za żłobkiem stał anioł, który miał na piersiach orła w koronie wyhaftowanego, jakby namalowanego. <br />A na Wielkanoc to był grób, otwierający się, pęknięty kamień i z tego kamienia wyfruwał pan Jezus w długiej szacie, na tle orła, tak jakby na skrzydłach orła był zawieszony. Rękami się trzymał, orzeł wylatywał w górę, a tu na dole ta szata się tak kłębiła. I oczywiście przy grobie był marszałek Józef Piłsudski i dwóch żołnierzy polskich. I myśmy to roznosili po Pradze, a starsi to nawet na Warszawę jeździli i roznosili w tornistrze, w worku na kapcie – dzieciaka nikt nie zaczepił.<br />I na samym rogu pani Baranowska, której mąż zginął i jej teściowa, żebraczka – babcia Stanceska, która była alfabetką. Zawsze mnie wołała: <br />- Pisarcyk, chodź jeno, zobacz, paznokcie mi kwitną - bo takie miała białe punkciki na paznokciach<br />- To mówię: „To krew świżo”, <br />- „Paznokcie... jesce pozyje, jesce się pomodlę za tyle ludzi, zrestą nieboscyków stale przybywa. Weź kajet i pis. Na msę przenajświętszom ofiarę ofiarowuję za: Franciszka Stanceskiego, Eugenię Stanceską razem. - bo to byli jej rodzice… - Mówi teraz: „Franciska Stanceskiego, Eugenię Stanceską oddzielnie...” – intencje. <br />No i całe takie wymieniała i chodziła. <br />I pani Baranowska miała właśnie ten patefon drewniany z tubą, ale ona go nie dała nigdy ani na korytarz, ani na podwórko, tylko w oknie go ustawiała. A Stanceska przy samym tym drewnianym kościółku po prawej stronie miała swój stołeczek… Tak się pięknie modliła, że ludzie jej szukali po cmentarzu…<br />Ci wszyscy ludzie, których już tyle lat nie ma… Wszyscy są w mojej pamięci…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43998943</guid><pubDate>Mon, 22 Mar 2021 23:10:10 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43998943/praskie_audiohistorie_e13.mp3" length="8831640" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Praskie Audiohistorie: Dom na Świeżej

Anna Mizikowska: Muzeum Pragi zbiera historię mówioną od 2008 roku. Spotykamy się z ludźmi pamiętającymi dawną prawobrzeżną Warszawę i rozmawiamy, rozmawiamy… Nagrane wspomnienia trafiają potem na wystawy, są...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Praskie Audiohistorie: Dom na Świeżej<br /><br />Anna Mizikowska: Muzeum Pragi zbiera historię mówioną od 2008 roku. Spotykamy się z ludźmi pamiętającymi dawną prawobrzeżną Warszawę i rozmawiamy, rozmawiamy… Nagrane wspomnienia trafiają potem na wystawy, są cytowane w pracach naukowych i w książkach. Są też podstawą tego podkastu.       <br />W 2011 roku nasza dokumentalistka, Aleksandra Sadokierska, trafiła na świetnego świadka historii: spotkała się z panem Mieczysławem Gajdą. Ten osiemdziesięcioletni aktor potrafił opowiadać! Zbudował na nowo nieistniejący już dom swojego dzieciństwa z przełomu lat 30. i 40., przywołał z pamięci dawnych sąsiadów… Na dodatek mówił tak dobrze znanym głosem - tym samym, co dubbingowany przez Niego smerf Ważniak!<br />Musieliśmy to nagranie wykorzystać! Przez trzy lata trwały prace nad interaktywną aplikacją, w której opowieść Mieczysława Gajdy zamieniła się w 27 animacji.<br />Autorami tej aplikacji są: Jan Rusiński, absolwenci Pracowni Ilustracji warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i przyjaciele Fundacji ILLUSRO imienia Zygmunta Januszewskiego. Z ramienia Muzeum rzecz zorganizowały Katarzyna Kuzko i Jolanta Wiśniewska.<br />W 2017 roku udostępniliśmy Państwu ten wyjątkowy eksponat  - interaktywną historię opowiedzianą,  “Dom na Świeżej” - na głównej trasie zwiedzania naszego Muzeum…<br />I w tym samym roku ten eksponat został zaprezentowany jako pełnoprawne dzieło sztuki na wystawie “Życie. Instrukcja” w warszawskiej Zachęcie!<br />Mam nadzieję, że po lockdownie przyjdą państwo do Muzeum Pragi i odszukają “Dom na Świeżej”. Tymczasem zapraszam do wysłuchania fragmentów opowiesci Mieczysława Gajdy...<br />Mieczysław Gajda, AHM: Wchodziło się w tą ulicę Kamienną, ona dochodziła do Szwedzkiej, fabryka mydła tam była: Schichta. Szwedzką kawałeczek, Bródnowska. Bródnowska dochodziła z powrotem do 11 Listopada. Naprzeciwko koszary, carskie jeszcze. Czyli taki czworobok… I między Bródnowską a Kamienną mała wąska uliczka, na której stały mój dom, w którym mieszkałem i potem był kawałek muru i był duży ogród. I to cała ulica.<br />Dom, w którym mieszkałem, był dużym, bardzo ładnym drewniakiem. Ładna, drewniana architektura, 7 okien na górze, 7 na dole.  I okiennice, z wyciętym, oczywiście, serduszkiem. Nad oknami były, nazwijmy to elegancko, tympanony. Takie trójkąciki z drzewa, takie powycinane ząbki były. Spadzisty dach, rynny ładne… I wejście jedno do domu, od podwórka. Przed wejściem leżał ogromny, płaski kamień. I to był próg taki, wycieraczka. <br />Panna Stasia siedziała, żeby ją słońce nie raziło. Śliczna była, maleńka, pięknie uczesana, taka a la Orzeszkowa, z grzebieniami i z warkoczykami. Miała takie śliczne... Drobniutka, mała, zgrabna. Ojciec był szewc, miała buciki sznurowane tak do pół-łydeczki, maleńkie nóżki, rączki. Śliczna, ładna była, tylko wszyscy mówili: No, staruszka! I maluje się! No ona się maluje! To niemożliwe, żeby miała to z własnej cery!”.<br />Grzybowscy, Wandzia i Czesio. Grzybowski chciał zamordować swoją własną żonę, że go zdradziła z tym węglarzem garbatym z Bródnowskiej. Na Bródnowskiej węgiel sprzedawał i drewno, i takie wiązeczki, drzazgi na rozpałkę. I się rozeszła plotka… <br />Grzybowska była ładna, włosy miała piękne - połowę jej prawie wyrwał. Ciągnął ją po schodach za włosy. I stanął pod studnią, takie wygłosił (skrót pani powiem tylko) przemówienie: - Panie proszone są na parapeta (bo panie zza…, takie firanki do połowy okien, to się nazywały zazdrostki i kobity zza zazdrostek były)… <br />- Panie proszone są na parapeta. Wszystkie, wszystkie, chodźcie kobitki, bo coś mam ważnego do powiedzenia - był w kapeluszu, bo się ubrał, zdejmował kapelusz i mówi: <br />- W imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego, Amen. Jak kur… złapię za włosy, to uduszę! Skopię i nogami zmiażdżę! Że mnie puściła z tym węglarzem. A jeżeli tego nie zrobię, to żeby jedynego mojego syna, Heńka, tramwaj na naszej ulicy rozjechał na drobne miazgę!”, „Panie Grzybowski, niech pan nie bluźni!...]]></itunes:summary><itunes:duration>552</itunes:duration><itunes:keywords>domnaświeżej,historiamówiona,mieczysławgajda,praga,świeża</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e12 Radio z lufcikiem</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e12-radio-z-lufcikiem--43894100</link><description><![CDATA[Ryszarda Zielińska, AHM: Jak powstała telewizja, Wiech, no, on wyłapywał wszystkie nowości, wszystkie niusy… To napisał felieton, nie pamiętam już dokładnie tak treści, ale ogólnie wiem, pod tytułem „Radio z lufcikiem”. <br />Anna Mizikowska: znowu mamy lockdown. W miarę możliwości siedzimy w domu, w Internecie. To nasze okno na świat. Ciekawe, że telewizja kiedyś zasługiwała jedynie na określenie „radio z lufcikiem, prawda? Posłuchajcie, jak Zenon Wocial i Andrzej Janiuk zapamiętali początki telewizji…<br />Zenon Wocial, AHM: W 1956 roku mieliśmy za płotem, tam w tym domku naszym, pana Brzezińskiego. Tam mieszkał niejaki pan Brzeziński z żoną i synami. I ten człowiek był tłumaczem z polskiego na rosyjski i odwrotnie. W Ambasadzie Rosyjskiej pracował. Była możliwość kupienia z tej Ambasady Radzieckiej telewizorów - oni mieli dla swoich ludzi partię przydziałów telewizorów. <br />Ponieważ oni, tamci - nie wiem, czy nie mogli, czy nie chcieli kupić, czy nie mieli pieniędzy, no nie wiem, nie pamiętam, dlaczego - w każdym razie pan Brzeziński przyszedł: <br />- Panie Stanisławie, czy pan nie chce telewizora kupić?<br />- Jak to telewizora? Jakiego telewizora? Do czego to jest, z czym to się je?! <br />- No, telewizor, no nie wie pan? Telewizja!<br /> To naprawdę było w powijakach, bo u nas telewizja wystartowała w 1953 roku, pierwsze próby zdaje się w ogóle były… Na Ratuszowej na Pradze, nawiasem mówiąc, pierwsze próby były z telewizją, taką normalną…<br />- No dobra! - na to ojciec. <br />Ja siedzę któregoś dnia przy tym piecu przy oknie, otwierają się drzwi, wnoszą takie pudło… Ja nie wiedziałem, co to jest. Dwie osoby targają te pudło, ojciec tam z kimś czy z matką, czy ze Zbyszkiem, już nie pamiętam, z kim). Odpakowali… No i telewizor, duży normalny telewizor, 19 calowy! Rubin. On nie nazywał się wtedy ani 101 ani 102, tylko Rubin… Ale! O co chodzi, no antena przede wszystkim! To pierwszą antenę to normalnie zrobili w warsztacie z drutu, jakoś tam powykręcali, bo widzieć, widzieli słyszeli… Jeszcze nie wiedzieli, jak ta antena ma wyglądać, zrobili. No coś tam gdzieś słychać, coś tam gdzieś zabrzęczy, ale nie to! No to dawaj! Był salon na Grochowskiej,  radiowo-telewizyjny, polecieli tam, kupili antenę… To gdzie tą antenę? No to przybili na tym budynku drewnianym, na ścianie. Po prostu gwoździami przybili kawałek drutu, przeciągnęli do telewizora… Jest telewizja. O rany, jest coś w telewizji! <br />W tej telewizji to były jakieś koncerty, jakieś retransmisje z teatru, no wiadomo, spiker jakiś tam był. Ta Edytka jeszcze wtedy… Suzin chyba był pierwszy. Suzin i ta z Saskiej Kępy… Ta, co później „Tele Echo” prowadziła… Jak ona… Dziedzic. Irena Dziedzic. I Pach jeszcze. Eugeniusz Pach był. To byli pierwsi spikerzy Polskiej Telewizji. <br />No to jak był program, i ojciec włączył telewizor, to drzwi się były otwarte na całą szerokość. W pokoju kilka osób, na korytarzu kilka osób… I wszyscy jeden przez drugiego, no, do lufcika! Wszyscy, wszyscy do telewizora! I wszyscy przychodzili do… We wtorek, znaczy się w środę wieczorem. No wiadomo, w sobotę to już obowiązkowo. Ale w każdym razie pamiętam jak dzisiaj, że byłem w szoku! Nie mogłem od tego telewizora… Tak stałem, 20cm od telewizora. Stałem i nie mogli mnie oderwać. Bo jak widziałem ten telewizor… Do dzisiaj tak mi zostało i jestem telemaniakiem i tyle no! I ten telewizor pamiętam i te, te właśnie zbiorowiska tych ludzi z całego naszego podwórka. Nawet i z sąsiednich domów przychodzili ludzie, no bo był jeden, jedyny telewizor, podejrzewam wtedy, na Grochowie może nawet…<br />Andrzej Janiuk, AHM: Telewizor… W momencie, kiedy w ogóle w Polsce wprowadzono telewizję, to telewizor był czymś wyjątkowym. Jak jeden telewizor się trafił na 10 budynków, to była sensacja. <br />Moja ciocia Janeczka, która była żoną Jana Kaliszuka, po raz wtóry wyszła za mąż za jego przyjaciela z ławy szkolnej, Henryka Bieńkowskiego. Ciotka Janka nie pracowała w pierwszych latach, ona była krawcową i w domu szyła, i z tego troszkę żyła. Wujek natomiast, Bieńkowski, był, o ile wiem, był specjalistą w branży hydraulicznej , czy tam sanitarnej… I to dobrym był fachowcem. I pracował w Zakładach Róży Luksemburg, jako konserwator. <br />Ponieważ tam się w jakiś sposób wyróżniał, a jedną z form wyróżnienia były asygnaty, talony, tego typu duperele… W związku z tym wujek Heniek dostał asygnatę na zakup telewizora. I na Grajewskiej, u nich w mieszkaniu, ten telewizor stał, jako jeden jedyny, w kręgu wszystkich domów wokół!<br /> W związku z tym my, jako członkowie rodziny, byliśmy zapraszani, bo to było coś dla nas niespotykanego. I pamiętam, że w tym pokoju roiło się od ludzi, bo tam się zbierało po 15, 20, 30 osób. W mieszkaniu jednopokojowym, bo to była kuchnia i jeden pokój! I wszyscy się zwalali, żeby tą telewizję oglądać. Z tym, że pamiętam, że nie było tak telewizji przez cały dzień. Telewizja była nadawana przez jakiś okres, przez dwie, trzy godziny. Bo co to była telewizja? To było coś dla dzieci, jakieś bajki, jakiś dziennik telewizyjny i jakiś tam krótki film, czy jakieś inne duperelki. I telewizor zamierał, ekran był tylko srebrny. Potem, w miarę rozwoju telewizji, dopiero zwiększano liczbę tych godzin, kiedy telewizja emitowała jakieś programy. <br />Był poza tym jeden program telewizyjny, tylko i wyłącznie, na początku. Później sensacją wielką było, jak otworzono drugi program telewizyjny.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43894100</guid><pubDate>Mon, 15 Mar 2021 23:10:21 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43894100/praskie_audiohistorie_e12.mp3" length="5719516" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Ryszarda Zielińska, AHM: Jak powstała telewizja, Wiech, no, on wyłapywał wszystkie nowości, wszystkie niusy… To napisał felieton, nie pamiętam już dokładnie tak treści, ale ogólnie wiem, pod tytułem „Radio z lufcikiem”. 
Anna Mizikowska: znowu mamy...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Ryszarda Zielińska, AHM: Jak powstała telewizja, Wiech, no, on wyłapywał wszystkie nowości, wszystkie niusy… To napisał felieton, nie pamiętam już dokładnie tak treści, ale ogólnie wiem, pod tytułem „Radio z lufcikiem”. <br />Anna Mizikowska: znowu mamy lockdown. W miarę możliwości siedzimy w domu, w Internecie. To nasze okno na świat. Ciekawe, że telewizja kiedyś zasługiwała jedynie na określenie „radio z lufcikiem, prawda? Posłuchajcie, jak Zenon Wocial i Andrzej Janiuk zapamiętali początki telewizji…<br />Zenon Wocial, AHM: W 1956 roku mieliśmy za płotem, tam w tym domku naszym, pana Brzezińskiego. Tam mieszkał niejaki pan Brzeziński z żoną i synami. I ten człowiek był tłumaczem z polskiego na rosyjski i odwrotnie. W Ambasadzie Rosyjskiej pracował. Była możliwość kupienia z tej Ambasady Radzieckiej telewizorów - oni mieli dla swoich ludzi partię przydziałów telewizorów. <br />Ponieważ oni, tamci - nie wiem, czy nie mogli, czy nie chcieli kupić, czy nie mieli pieniędzy, no nie wiem, nie pamiętam, dlaczego - w każdym razie pan Brzeziński przyszedł: <br />- Panie Stanisławie, czy pan nie chce telewizora kupić?<br />- Jak to telewizora? Jakiego telewizora? Do czego to jest, z czym to się je?! <br />- No, telewizor, no nie wie pan? Telewizja!<br /> To naprawdę było w powijakach, bo u nas telewizja wystartowała w 1953 roku, pierwsze próby zdaje się w ogóle były… Na Ratuszowej na Pradze, nawiasem mówiąc, pierwsze próby były z telewizją, taką normalną…<br />- No dobra! - na to ojciec. <br />Ja siedzę któregoś dnia przy tym piecu przy oknie, otwierają się drzwi, wnoszą takie pudło… Ja nie wiedziałem, co to jest. Dwie osoby targają te pudło, ojciec tam z kimś czy z matką, czy ze Zbyszkiem, już nie pamiętam, z kim). Odpakowali… No i telewizor, duży normalny telewizor, 19 calowy! Rubin. On nie nazywał się wtedy ani 101 ani 102, tylko Rubin… Ale! O co chodzi, no antena przede wszystkim! To pierwszą antenę to normalnie zrobili w warsztacie z drutu, jakoś tam powykręcali, bo widzieć, widzieli słyszeli… Jeszcze nie wiedzieli, jak ta antena ma wyglądać, zrobili. No coś tam gdzieś słychać, coś tam gdzieś zabrzęczy, ale nie to! No to dawaj! Był salon na Grochowskiej,  radiowo-telewizyjny, polecieli tam, kupili antenę… To gdzie tą antenę? No to przybili na tym budynku drewnianym, na ścianie. Po prostu gwoździami przybili kawałek drutu, przeciągnęli do telewizora… Jest telewizja. O rany, jest coś w telewizji! <br />W tej telewizji to były jakieś koncerty, jakieś retransmisje z teatru, no wiadomo, spiker jakiś tam był. Ta Edytka jeszcze wtedy… Suzin chyba był pierwszy. Suzin i ta z Saskiej Kępy… Ta, co później „Tele Echo” prowadziła… Jak ona… Dziedzic. Irena Dziedzic. I Pach jeszcze. Eugeniusz Pach był. To byli pierwsi spikerzy Polskiej Telewizji. <br />No to jak był program, i ojciec włączył telewizor, to drzwi się były otwarte na całą szerokość. W pokoju kilka osób, na korytarzu kilka osób… I wszyscy jeden przez drugiego, no, do lufcika! Wszyscy, wszyscy do telewizora! I wszyscy przychodzili do… We wtorek, znaczy się w środę wieczorem. No wiadomo, w sobotę to już obowiązkowo. Ale w każdym razie pamiętam jak dzisiaj, że byłem w szoku! Nie mogłem od tego telewizora… Tak stałem, 20cm od telewizora. Stałem i nie mogli mnie oderwać. Bo jak widziałem ten telewizor… Do dzisiaj tak mi zostało i jestem telemaniakiem i tyle no! I ten telewizor pamiętam i te, te właśnie zbiorowiska tych ludzi z całego naszego podwórka. Nawet i z sąsiednich domów przychodzili ludzie, no bo był jeden, jedyny telewizor, podejrzewam wtedy, na Grochowie może nawet…<br />Andrzej Janiuk, AHM: Telewizor… W momencie, kiedy w ogóle w Polsce wprowadzono telewizję, to telewizor był czymś wyjątkowym. Jak jeden telewizor się trafił na 10 budynków, to była sensacja. <br />Moja ciocia Janeczka, która była żoną Jana Kaliszuka, po raz wtóry wyszła za mąż za jego przyjaciela z ławy szkolnej, Henryka Bieńkowskiego. Ciotka Janka nie pracowała w pierwszych latach, ona była krawcową i w...]]></itunes:summary><itunes:duration>358</itunes:duration><itunes:keywords>historia,praga,radiozlufcikiem,telewizja,telewizor</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e11 Kobieca historia. Uroda.</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e11-kobieca-historia-uroda--43794297</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: Z okazji Dnia Kobiet zajrzymy do nieistniejącej już firmy, która swój sukces zawdzięczała w dużej mierze kobietom. Pollena-Uroda, bo o tej fabryce kosmetyków mowa, działała na Szwedzkiej od 1950 roku do początku XXI wieku. To kobiety kupowały produkty Urody najczęściej. Kobiety były też większością załogi. Część pracowała przy taśmach, ale… <br />Na przełomie lat 70. i 80 dyrektorem naczelnym Urody była Barbara Polańska, członkini Ligi Kobiet Polskich, późniejsza posłanka na Sejm (z ramienia PZPR). W tym samym czasie 26-letnia absolwentka chemii, po Politechnice Warszawskiej, zaczynała w tej firmie swą karierę zawodową. Oto wspomnienia Danuty Kiliszek:<br /><br />Danuta Kiliszek, AHM: Ja miałam fantastyczne życie, zawsze robiłam w życiu to, co chciałam. Uczyłam się dobrze, poszłam na Politechnikę, skończyłam studia, poszłam do pracy. <br />To był 79 rok. Ja szukałam pracy na przełomie 78. i 79.. Wszędzie, gdzie składałam papiery, czy chodziłam się dowiadywać, to słyszałam, że niestety nie mogą, bo mają blokady etatów. I trafiłam tutaj, do Urody, tutaj nie mieli blokady etatów i tutaj się zatrudniłam. <br />Mistrz zmianowy na szamponach.<br />Jest produkcja na trzy zmiany. I na każdej zmianie musi być ktoś, kto ją organizuje, zarządza, dba o zaopatrzenie, o to, żeby wszystko funkcjonowało, żeby maszyna działała, żeby pracownicy pracowali jak należy. <br />Był jeszcze „starszy mistrz”, który był szefem mistrzów. I kierownik działu. Byłam mistrzem zmianowym, czyli najniższy szczebel w systemie kierowniczym. <br />Każda praca niesie ze sobą pewne ograniczenia, Mnie w tej pracy pomagał mój męski charakter. Ja się nauczyłam kląć w Urodzie, a nauczyły mnie tego panie z produkcji. Miałam nieraz 30parę dziewczyn na zmianie. A były zespoły siedmioosobowe i każdy zespół miał swoją zespołową. Jedną z zespołowych była niejaka pani Karwańska, która była matką mojego kolegi ze szkoły. I te właśnie nobliwe panie nauczyły mnie kląć jak szewc. <br />Niektórzy nie rozumieli: tam pracowali więźniowie w tym czasie. Przychodzili do pracy na zlecenie, jak były okresy trudne, to byli faceci i kobiety, często schadzki były dla takich osób z więzienia. <br />Ten wydział miał trzy piętra. Na samym dole była nastawnia szamponów, gdzie robiono te szampony, fizycznie, z wody, detergentów, wszystkich dodatków. Ponieważ Uroda robiła szampon piwny, to było bardzo dużo piwa w beczkach. No i najgorsza była trzecia zmiana, bo na trzeciej zmianie to od razu ustawiała się kolejeczka z baniaczkami pod nastawnią szamponów. I trzeba było wtedy mieć oko na to. <br />Różny element pracował, był np. taki pan, który sikał do mieszalników, bo mu się nie chciało zejść. To były bardzo duże mieszalniki, o pojemności nieraz 1,5-2 tony, no 0,5 tony. Ale do takiego mieszalnika dozowanie surowców często odbywało się ręcznie, albo przynajmniej część z nich ręcznie była dozowana, więc trzeba było wchodzić na takie galeryjki. I był taki jeden pan, któremu się nie chciało schodzić, jak potrzebował siusiu, więc robił do tego mieszalnika.<br />Mocz można uznać, że prozdrowotnie działa, ale te szampony były tak mocno konserwowane i zresztą bardzo dobrym konserwantem Bronopolem, więc tam nie groziło, tylko po prostu było obrzydliwe… I trzeba było tego faceta pilnować. Więc jak …owski był na zmianie to trzeba było go pilnować.<br />W ogóle dziwne rzeczy się tam działy, np. kradzieże. Kiedyś się ganiałam ze złodziejem po trzech piętrach, on – windą, ja  - po schodach. <br />- Ale ktoś z zewnątrz przyszedł?<br />- Nie, nasz pracownik kradł.<br />- Co?<br />- Kradł etykiety. Bo to było tak, że można było wtedy na lewo robić różne rzeczy i rozprowadzać na lewo. Z produkcji nie dało się tego uciąć. Więc jak kradli etykiety to później mogli sobie oklejać te lewe produkty i sprzedawać na lewo po parę groszy. Więc trzeba było też tych złodziei pilnować.<br />-A nie można było ich zwolnić?<br />- No najpierw trzeba było go złapać na gorącym uczynku. Mówię, że ganiałam się z tym złodziejem przez trzy piętra, w końcu go dopadłam. I wyleciał z pracy. Potem chodził i mi groził, ale ja się go nie bałam. <br /><br />Druga zmiana się zaczynała o 14, wraca się z tej zmiany po 22. Rano to tylko tyle, że trzeba się wyspać, umyć, zjeść i do pracy. I znowu cały tydzień, druga zmiana – zmarnowany. A trzecia zmiana to już w ogóle. To o tyle ciężka była praca.<br />Nie lubiłam tej pracy, bo to była dla mnie durna robota. Chociaż osoby, które tam pracowały lubiłam niektóre. Ale to durna robota dla mnie była. <br />Miałam kierownika, który lubił sobie wypić, więc jak kiedyś stwierdziłam, że nie wstanę do tej głupiej roboty, nie pójdę..., ale w końcu wstałam, poszłam. „Danusia, dlaczego nie przyszłaś?”. „Szefie, kaca miałam”. Od razu mi wybaczył. A ja oczywiście nie piłam alkoholu, więc nie miałam problemu.<br />Na maszynach głównie kobiety pracowały. To był taki ścisły podział, w innych firmach jak później pracowałam, to często operatorami maszyn byli ci sami faceci, którzy je później naprawiali itd. A tu był bardzo ścisły podział: maszyny były naprawiane przez dział „mechanika”, czyli facetów, ale pracowały na nich, obsługiwały je dziewczyny, kobiety. I to wszędzie praktycznie, na wszystkich wydziałach tak było. I kierownikami wielu wydziałów były kobiety, i naczelną dyrektorką firmy była kobieta.<br />Polańska była szefową, ale byli dyrektorzy pozostałych pionów to byli faceci, szef produkcji to był facet, właściwie to tylko ona była taką gwiazdą. Ale  wtedy były takie układy, że to wszystko partia załatwiała. <br />Produkcja szła, kremy były znakomite…<br />- A szampony były dobre? Używała pani?<br /> - Raczej chyba nie. Jak się człowiek cały dzień w tych szamponach grzebał, nieraz  byłam dotąd w tym szamponie albo cała oblana, to już miałam wstręt, szczególnie do miętowego. Jak wchodziłam np. rano na halę i były trzy dwutonowe zbiorniki pełne szamponu miętowego i ten smród walił po nozdrzach, to ja już nie mogłam na to patrzeć. Ale podobno były dobre, ten piwny szczególnie ludzie lubili.<br />- A dostawała pani prezenty w stylu kremy, do domu?<br />- Nie było takiej opcji.<br />- Nie było np. sklepiku firmowego?<br />- Był, chyba, nie pamiętam. Nie, nie wiem, nie interesowałam się tym. <br />Jeśli chodzi o kremy to dziewczyny wynosiły, ale nie opakowania, w sensie w słoiczkach. Pani tego nigdy nie robiła, to nie wie, jak to jest. Ale jeżeli się robi 1,5 tony kremu, jedną szarżę, i ten krem się wylewa do różnych… bo on musi być z tego kotła w którym był gotowany, wylany do pośrednich zbiorników, z których później jest podawany na maszynę…. To zarówno na tych ścinkach do gotowania kotła, jak i na tych ściankach pośrednich zbiorników, zostaje tego pełno. I oczywiście nikt tego nie wybiera tak szczegółowo do produkcji, ale te panie mogły sobie wyskrobać do torebki plastikowej ten krem. To jest odpad, to trudno nazwać kradzieżą – to nie było oficjalnie, ale też nikt nie zwracał na to specjalnie uwagi. <br />- Długo Pani pracowała w Urodzie?<br />-Trzy lata tylko. Ale akurat przyszedł 80 rok, założyliśmy Solidarność i zostałam sekretarzem na etacie.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43794297</guid><pubDate>Mon, 08 Mar 2021 22:55:05 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43794297/praskie_audiohistorie_e11.mp3" length="9915826" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: Z okazji Dnia Kobiet zajrzymy do nieistniejącej już firmy, która swój sukces zawdzięczała w dużej mierze kobietom. Pollena-Uroda, bo o tej fabryce kosmetyków mowa, działała na Szwedzkiej od 1950 roku do początku XXI wieku. To kobiety...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: Z okazji Dnia Kobiet zajrzymy do nieistniejącej już firmy, która swój sukces zawdzięczała w dużej mierze kobietom. Pollena-Uroda, bo o tej fabryce kosmetyków mowa, działała na Szwedzkiej od 1950 roku do początku XXI wieku. To kobiety kupowały produkty Urody najczęściej. Kobiety były też większością załogi. Część pracowała przy taśmach, ale… <br />Na przełomie lat 70. i 80 dyrektorem naczelnym Urody była Barbara Polańska, członkini Ligi Kobiet Polskich, późniejsza posłanka na Sejm (z ramienia PZPR). W tym samym czasie 26-letnia absolwentka chemii, po Politechnice Warszawskiej, zaczynała w tej firmie swą karierę zawodową. Oto wspomnienia Danuty Kiliszek:<br /><br />Danuta Kiliszek, AHM: Ja miałam fantastyczne życie, zawsze robiłam w życiu to, co chciałam. Uczyłam się dobrze, poszłam na Politechnikę, skończyłam studia, poszłam do pracy. <br />To był 79 rok. Ja szukałam pracy na przełomie 78. i 79.. Wszędzie, gdzie składałam papiery, czy chodziłam się dowiadywać, to słyszałam, że niestety nie mogą, bo mają blokady etatów. I trafiłam tutaj, do Urody, tutaj nie mieli blokady etatów i tutaj się zatrudniłam. <br />Mistrz zmianowy na szamponach.<br />Jest produkcja na trzy zmiany. I na każdej zmianie musi być ktoś, kto ją organizuje, zarządza, dba o zaopatrzenie, o to, żeby wszystko funkcjonowało, żeby maszyna działała, żeby pracownicy pracowali jak należy. <br />Był jeszcze „starszy mistrz”, który był szefem mistrzów. I kierownik działu. Byłam mistrzem zmianowym, czyli najniższy szczebel w systemie kierowniczym. <br />Każda praca niesie ze sobą pewne ograniczenia, Mnie w tej pracy pomagał mój męski charakter. Ja się nauczyłam kląć w Urodzie, a nauczyły mnie tego panie z produkcji. Miałam nieraz 30parę dziewczyn na zmianie. A były zespoły siedmioosobowe i każdy zespół miał swoją zespołową. Jedną z zespołowych była niejaka pani Karwańska, która była matką mojego kolegi ze szkoły. I te właśnie nobliwe panie nauczyły mnie kląć jak szewc. <br />Niektórzy nie rozumieli: tam pracowali więźniowie w tym czasie. Przychodzili do pracy na zlecenie, jak były okresy trudne, to byli faceci i kobiety, często schadzki były dla takich osób z więzienia. <br />Ten wydział miał trzy piętra. Na samym dole była nastawnia szamponów, gdzie robiono te szampony, fizycznie, z wody, detergentów, wszystkich dodatków. Ponieważ Uroda robiła szampon piwny, to było bardzo dużo piwa w beczkach. No i najgorsza była trzecia zmiana, bo na trzeciej zmianie to od razu ustawiała się kolejeczka z baniaczkami pod nastawnią szamponów. I trzeba było wtedy mieć oko na to. <br />Różny element pracował, był np. taki pan, który sikał do mieszalników, bo mu się nie chciało zejść. To były bardzo duże mieszalniki, o pojemności nieraz 1,5-2 tony, no 0,5 tony. Ale do takiego mieszalnika dozowanie surowców często odbywało się ręcznie, albo przynajmniej część z nich ręcznie była dozowana, więc trzeba było wchodzić na takie galeryjki. I był taki jeden pan, któremu się nie chciało schodzić, jak potrzebował siusiu, więc robił do tego mieszalnika.<br />Mocz można uznać, że prozdrowotnie działa, ale te szampony były tak mocno konserwowane i zresztą bardzo dobrym konserwantem Bronopolem, więc tam nie groziło, tylko po prostu było obrzydliwe… I trzeba było tego faceta pilnować. Więc jak …owski był na zmianie to trzeba było go pilnować.<br />W ogóle dziwne rzeczy się tam działy, np. kradzieże. Kiedyś się ganiałam ze złodziejem po trzech piętrach, on – windą, ja  - po schodach. <br />- Ale ktoś z zewnątrz przyszedł?<br />- Nie, nasz pracownik kradł.<br />- Co?<br />- Kradł etykiety. Bo to było tak, że można było wtedy na lewo robić różne rzeczy i rozprowadzać na lewo. Z produkcji nie dało się tego uciąć. Więc jak kradli etykiety to później mogli sobie oklejać te lewe produkty i sprzedawać na lewo po parę groszy. Więc trzeba było też tych złodziei pilnować.<br />-A nie można było ich zwolnić?<br />- No najpierw trzeba było go złapać na gorącym uczynku. Mówię, że ganiałam się z...]]></itunes:summary><itunes:duration>620</itunes:duration><itunes:keywords>barbarapolańska,danutakiliszek,historia,historiamówiona,pollena,pollenauroda,praga,przemysł</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e10 Praga i jej bazary</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e10-praga-i-jej-bazary--43690067</link><description><![CDATA[Anna Mizikowska: W 2020 roku Muzeum Warszawy objęło patronatem książke „Praga i jej bazary. Opowiadania i anegdoty o warszawskiej Pradze z lat 1950-1970. Książkę te wydała WFW. A jej autorem jest Stanisław Tomczak, Stanislaus Tomczak, a dla znajomych Stach- bo tak chciał, żeby go nazywać. Pan Stanisław urodził się na Pradze w 1944 roku i czuje się Prażaninem. Dopiero w latach 70 wyjechał do Niemiec, gdzie do dziś przebywa. Nagrał dla nas fragment swojej najnowszej książki. Przenosimy się do 1959 roku, na praski Zieleniak:<br />Stanisław Tomczak: Taki duży i mądry chłopiec jak pani synek, pani szanowna, to potrzebuje i zasługuje już na duży prezent od mamy. Niech pani klientka spojrzy na ten piękny sportowy rower z przerzutką i pięcioma biegami. To jest prawdziwy cud czeskiej techniki. Sportowa kierownica zagięta fachowo do tyłu i jak u prawdziwych kolarzy, uchwyty owinięte specjalną taśmą z plastiku, aby spocone ręce prawdziwego sportowca nie ślizgały się w trakcie szybkiej jazdy. A i dzwonek głośny i mocny do kierownicy przymocowany. Jak szanowna pani widzi, nie ma tu żadnej tandety, a i dobra pompka do pompowania powietrza w kołach jest też na wszelki wypadek umocowana pod ramą. <br />Otóż w ostatnim braterskim Wyścigu Pokoju, szanowna pani na pewno wie, że to był ten słynny wyścig Warszawa – Berlin – Praga, to w peletonie, czyli w tej dużej międzynarodowej grupie kolarzy, dochodziło podczas jazdy często do jakichś wypadków i innych mniejszych, czy też większych incydentów. Nasza prasa ludowa wcale o tym nie pisała, ale ja, były kolarz zawodowy, to wszystko wiem i mogę szanownej klientce to krótko streścić. Jak panowie kolarze podczas jazdy, przy szybkości około 80 km, poczują nagle naturalną potrzebę, to nie mają ani czasu, ani też żadnej możliwości na przystanie gdzieś pod jakimś przydrożnym drzewem. Więc siusiają – za przeproszeniem – podczas jazdy. A i to należy do taktyki, czyli do strategii walki o pierwsze miejsce. bo trzeba też wiedzieć, kiedy się to robi – nie za wcześnie i nie za późno Jeśli ci, załatwiający swoją potrzebę, znajdują się jeszcze do tego przypadkowo w peletonie po stronie, z której wiatr wieje, to może się zdarzyć, że ich przeciwnicy i konkurenci jadący obok nich lub tuż za nimi jadą już dalej po tym niespodziewanym "prysznicu" w mokrych koszulkach. Pani wie, o czym mówię? Również może się zdarzyć, że ktoś jadący w grupie musi nagle splunąć siarczyście w bok, bo mu ślina właśnie od wysiłku zakleiła całe gardło, a wiatr tą wydzieliną zalepi niespodziewanie jakiemuś konkurentowi oko. To wtedy jest też taktycznie najlepszy moment do ucieczki z peletonu, aby wygrać ten etap. Dlaczego? Bo ten z  "zalepionym" okiem musi wtedy zwolnić, bo teraz źle widzi, a inni jadący obok niego, wytrąceni przez to z rytmu, zaczynają się przepychać, aby go wyminąć – to wszystko przy tak dużej prędkości i jednocześnie tak niebezpiecznie małym odstępie pomiędzy nimi. Jedni robią to "metodą na chama" czyli popychają innych zawodników łokciem lub nawet nogą. Wtedy dochodzi do upadków i poważnych zranień w grupie. Ale wracając do tej pompki…<br />Sprzedawca rowerów nowych i używanych pan Zieliński, mający swoje stoisko po lewej stronie, wchodząc na Zieleniak od Ząbkowskiej 9, zapomniał się do tego stopnia przy opowiadaniu rzeczy, których nie można było czytać w ludowo-poprawnych gazetach, że złapawszy za pompkę od roweru zaczął nią bezwiednie wymachiwać w powietrzu – podobnie do gliniarzy w akcji, walących po głowach jak popadło, na lewo i na prawo, jakichś pijaków czy też innych podpadziochów.<br />Potencjalna klientka przestraszona nagłym i niespodziewanym wybuchem emocji sprzedawcy rowerów złapała odruchowo synka za rękę, aby odejść od tego – jej zdaniem – niebezpiecznego człowieka. Ale chłopiec nie dał się żadną siłą zmusić do odejścia od budy, oznajmiając zdumionej matce, że chce dalej słuchać tego opowiadania o tajemnicach prawdziwych kolarzy – jego wymarzonych idolów. Na to matka ustąpiła synowi, ale jeszcze na wszelki wypadek odciągnęła go duży krok do tyłu na wystarczająco bezpieczną odległość od tego niebezpiecznie zachowującego się właściciela budy z rowerami, wymachującego przy swoich wywodach niebezpiecznie pompką od roweru. Ten, podniecony I myślą i pragnieniem przeniesiony w latach młodości, kontynuował swe tak dla stojącego przed nim młodego chłopca fascynujące opowiadanie o intymnych walkach i taktyce wybitnych kolarzy rywalizujących ze sobą o zajęcie jak najlepszego miejsca w klasyfikacji wyścigu. <br />Stary Zieliński może i był kiedyś w kolarzem, ale kiedy, gdzie i w jakim czasie tego na bazarze Zieleniaku nikt nie wiedział. Za to sąsiedzi handlarze dobrze wiedzieli, że chętnie popijał sobie wódeczkę z białego, dziś już mocno poobijanego emaliowanego kubka, płucząc po wypiciu alkoholu gardło czarną, mocną gruzińską herbatą. Zapewne I teraz ten wybuch elokwencji i wigoru zawdzięczał opróżnieniu kilku takich kubków jeszcze przed przyjściem klientki z synem. Jego wypieki na normalnie raczej bladej i suchej twarzy powstały przecież nie tylko z podniecenia związanego ze wspomnieniami czasu własnego udziału w kolarstwie.<br />Chłopiec z podziwu dla takiego prawdziwego kolarza stał jak wryty w ziemię i nie chciał ruszyć się z miejsca w obawie, aby nie uronić ani joty z jego opowiadania. "Kolarz" zwracając się znów w stronę klientów: – i niech szanowna pani, teraz wyobrazi sobie, na co taka mała pompka może się przydać. Podczas ostatniego Wyścigu Pokoju nasz wspaniały rodak i kolarz, Stanisław Królak, użył podczas walki o miejsce w czołówce właśnie takiej pompki rowerowej. Tak, dobrze pani słyszy. Otóż na krótko przed metą, to znaczy na ostatnich kilometrach, udało mu się wraz z dwoma najlepszymi kolarzami z bratniej Czechosłowacji uciec z peletonu. Dotąd było wszystko w porządku i wszyscy trzej dobrze współpracowali przy tej ucieczce. Niestety, na ostatnim kilometrze Czesi wzięli go w kleszcze, zmuszając do zmiany tempa jazdy, co znowu groziło mu przegraniem i spadnięciem na trzecie miejsce w klasyfikacji indywidualnej. Ale nie było w tym wyścigu jeszcze większego cwaniaka od naszego rodaka Staśka Królaka! Widząc, że z tej blokady naszych pobratymców już się nie wydobędzie aż do mety i jak jeszcze do tego raz ten z jednej, raz z drugiej strony zaczął łapać za jego siodełko, aby go wyhamować i wytrącić z rytmu, co w konsekwencji mogło zadecydować o ich podwójnym zwycięstwie na ostatnich metrach, to ten wspaniały nasz rodak, kolarz i mistrz nad mistrze stracił panowanie nad sobą i złapał swoją pompkę! Nie zastanawiając się za dużo, przyłożył nią raz temu z lewej, a potem temu z prawej po palcach trzymających z tyłu za jego siodełko. Obaj konkurenci zaskoczeni tym odskoczyli instynktownie na boki od niego. I w tym właśnie momencie nasz mistrz uderzył w pedały ze wszystkich sił i - prawie już stojąc na nich – walczył aż do ostatniego metra o zwycięstwo, co mu się też udało. Jego zdjęcie z wieńcem i pucharem w ręku i w otoczeniu tych dwóch, co musieli się zadowolić drugim i trzecim miejscem obiegło cały kraj i wisi nawet u mnie w budzie na ścianie – zakończył Zieliński swoją relację – mocując znów pompkę na ramie roweru. <br />Chłopiec z błyszczącymi oczami od podziwu dla opowiadającego odważył się go zapytać: – czy, pan, może jeszcze pamięta, jak ci dwaj inni kolarze się nazywali? Byli oni naprawdę tak dobrze jak nasz Królak? – Tak, mój młody adepcie kolarstwa. Oni byli tak samo mistrzami, jak pan Królak i nazywali się Vesely i Ruzicka. Wszyscy trzej przeszli później już na zawsze do historii kolarstwa europejskiego. Proszę, niech szanowna pani z synem wejdzie na chwilę do mojej budy z rowerami…<br />Anna Mizikowska: jeśli chcesz wiedzieć, czy chłopiec otrzymał swój wymarzony rower, i co wydarzyło się w budzie na Zieleniaku zajrzyj do książki Stanisława Tomczaka. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o samym Wyścigu Pokoju, który przejeżdżał przez warszawską Pragę – posłuchaj słuchowiska „Goool! Czyli sport na Pradze. Znajdziesz je na <a href="http://www.muzeumpragi.pl" rel="noopener">www.muzeumpragi.pl</a><br /><br />Wykorzystany fragment książki jest chroniony prawem autorskim, udostępniony tu dzięki uprzejmości Autora, Stanisława Tomczaka i Warszawskiej Firmy Wydawniczej.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43690067</guid><pubDate>Mon, 01 Mar 2021 23:10:18 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43690067/praskie_audiohistorie_e10.mp3" length="13070164" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Anna Mizikowska: W 2020 roku Muzeum Warszawy objęło patronatem książke „Praga i jej bazary. Opowiadania i anegdoty o warszawskiej Pradze z lat 1950-1970. Książkę te wydała WFW. A jej autorem jest Stanisław Tomczak, Stanislaus Tomczak, a dla znajomych...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Anna Mizikowska: W 2020 roku Muzeum Warszawy objęło patronatem książke „Praga i jej bazary. Opowiadania i anegdoty o warszawskiej Pradze z lat 1950-1970. Książkę te wydała WFW. A jej autorem jest Stanisław Tomczak, Stanislaus Tomczak, a dla znajomych Stach- bo tak chciał, żeby go nazywać. Pan Stanisław urodził się na Pradze w 1944 roku i czuje się Prażaninem. Dopiero w latach 70 wyjechał do Niemiec, gdzie do dziś przebywa. Nagrał dla nas fragment swojej najnowszej książki. Przenosimy się do 1959 roku, na praski Zieleniak:<br />Stanisław Tomczak: Taki duży i mądry chłopiec jak pani synek, pani szanowna, to potrzebuje i zasługuje już na duży prezent od mamy. Niech pani klientka spojrzy na ten piękny sportowy rower z przerzutką i pięcioma biegami. To jest prawdziwy cud czeskiej techniki. Sportowa kierownica zagięta fachowo do tyłu i jak u prawdziwych kolarzy, uchwyty owinięte specjalną taśmą z plastiku, aby spocone ręce prawdziwego sportowca nie ślizgały się w trakcie szybkiej jazdy. A i dzwonek głośny i mocny do kierownicy przymocowany. Jak szanowna pani widzi, nie ma tu żadnej tandety, a i dobra pompka do pompowania powietrza w kołach jest też na wszelki wypadek umocowana pod ramą. <br />Otóż w ostatnim braterskim Wyścigu Pokoju, szanowna pani na pewno wie, że to był ten słynny wyścig Warszawa – Berlin – Praga, to w peletonie, czyli w tej dużej międzynarodowej grupie kolarzy, dochodziło podczas jazdy często do jakichś wypadków i innych mniejszych, czy też większych incydentów. Nasza prasa ludowa wcale o tym nie pisała, ale ja, były kolarz zawodowy, to wszystko wiem i mogę szanownej klientce to krótko streścić. Jak panowie kolarze podczas jazdy, przy szybkości około 80 km, poczują nagle naturalną potrzebę, to nie mają ani czasu, ani też żadnej możliwości na przystanie gdzieś pod jakimś przydrożnym drzewem. Więc siusiają – za przeproszeniem – podczas jazdy. A i to należy do taktyki, czyli do strategii walki o pierwsze miejsce. bo trzeba też wiedzieć, kiedy się to robi – nie za wcześnie i nie za późno Jeśli ci, załatwiający swoją potrzebę, znajdują się jeszcze do tego przypadkowo w peletonie po stronie, z której wiatr wieje, to może się zdarzyć, że ich przeciwnicy i konkurenci jadący obok nich lub tuż za nimi jadą już dalej po tym niespodziewanym "prysznicu" w mokrych koszulkach. Pani wie, o czym mówię? Również może się zdarzyć, że ktoś jadący w grupie musi nagle splunąć siarczyście w bok, bo mu ślina właśnie od wysiłku zakleiła całe gardło, a wiatr tą wydzieliną zalepi niespodziewanie jakiemuś konkurentowi oko. To wtedy jest też taktycznie najlepszy moment do ucieczki z peletonu, aby wygrać ten etap. Dlaczego? Bo ten z  "zalepionym" okiem musi wtedy zwolnić, bo teraz źle widzi, a inni jadący obok niego, wytrąceni przez to z rytmu, zaczynają się przepychać, aby go wyminąć – to wszystko przy tak dużej prędkości i jednocześnie tak niebezpiecznie małym odstępie pomiędzy nimi. Jedni robią to "metodą na chama" czyli popychają innych zawodników łokciem lub nawet nogą. Wtedy dochodzi do upadków i poważnych zranień w grupie. Ale wracając do tej pompki…<br />Sprzedawca rowerów nowych i używanych pan Zieliński, mający swoje stoisko po lewej stronie, wchodząc na Zieleniak od Ząbkowskiej 9, zapomniał się do tego stopnia przy opowiadaniu rzeczy, których nie można było czytać w ludowo-poprawnych gazetach, że złapawszy za pompkę od roweru zaczął nią bezwiednie wymachiwać w powietrzu – podobnie do gliniarzy w akcji, walących po głowach jak popadło, na lewo i na prawo, jakichś pijaków czy też innych podpadziochów.<br />Potencjalna klientka przestraszona nagłym i niespodziewanym wybuchem emocji sprzedawcy rowerów złapała odruchowo synka za rękę, aby odejść od tego – jej zdaniem – niebezpiecznego człowieka. Ale chłopiec nie dał się żadną siłą zmusić do odejścia od budy, oznajmiając zdumionej matce, że chce dalej słuchać tego opowiadania o tajemnicach prawdziwych kolarzy – jego wymarzonych idolów. Na to matka ustąpiła synowi, ale jeszcze na...]]></itunes:summary><itunes:duration>817</itunes:duration><itunes:keywords>bazar,historia,kolarski,królak,praga,pragaijejbazary,stanislaustomczak,wyścigpokoju,zieleniak</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie 09 Konie na Pradze</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-09-konie-na-pradze--43588421</link><description><![CDATA[Transkrypcja: Konie na Pradze<br /><br />Anna Mizikowska: Dziś oddamy głos Panu Pawłowi Elszteinowi. Pan Paweł urodził się i wychował na warszawskiej Pradze. Urodził się w 1922 roku. Pokochał te Pragę, zapamiętał ją i opisał w książce „Moja Praga. Z archiwum wspomnień”. Poza tym napisał 75 książek, ponieważ był dziennikarzem, publicysta związanym przede wszystkim z rozwojem lotnictwa. Nagrał dla Archiwum Historii Mówionej swoje wspomnienia. Zaprezentuję fragment, w którym opowiada o audiosferze Pragi lat 20. i 30.<br /><br />Paweł Elsztein: Wspominamy dawne lata, a najlepiej wspomina się ten kraj lat dziecinnych, prawda, kraj lat młodzieńczych… A ten mój kraj lat dziecinnych to lata dwudzieste i trzydzieste. A w tych latach to w życiu społeczeństwa Pragi, moim również, dominowały konie. <br />Nie zdajemy sobie dzisiaj sprawy, w jak w powszechnym użyciu były konie. Bo tak: pieczywo dowoziły wozy małe, zręczne, jednokonne do poszczególnych tutaj sklepików; <br />Straż ogniowa, za mojej jeszcze pamięci, jeszcze czasami używała konnych zaprzęgów, chociaż już przesiadali się na, na samochody, prawda, takie niemieckie te wozy czerwonej barwy. <br />Od samego rana już słyszeliśmy turkot furmanek, które po tym bruku tutaj zajeżdżały na ulicę Małą, bo jesteśmy na ulicy Małej, z którą jestem związany tu przecież nieomal od urodzenia, turkot furmanek, głosy woźniców, to byli podwarszawscy chłopi, rolnicy, którzy przywozili już z samego rana swoje płody. Zgodnie z wytycznymi władz miejskich, ten, sprzedaż powinna się odbywać na wyznaczonych miejscach, ale i dopuszczano w niektórych uliczkach, takich zacisznych, z wyjątkiem Rębielińskiej, która była bardzo ruchliwa, ale takie ulice jak: Zaokopowa, Inżynierska, Mała, Stalowa, mniej ruchliwe, przynajmniej na pewnych odcinkach, to były zaopatrywane bezpośrednio z wozu sprzedawano kartofle, cebulę i tak dalej, i tak dalej, normalne warzywa. Podobno to było taniej niż w sklepikach okolicznych, nie jestem pewien, czy to tak było naprawdę, w każdym bądź razie już z końmi od samego rana mieliśmy do czynienia. <br />Właściwie cały transport ten towarowy, przewóz towarów, to był konny, przewóz piwa, słynne, słynne zakłady, słynny browar Haberbusch i Schielego rozwoził właśnie piwo w takich wielkich beczkach. Charakteryzowały się tym, że konie były potężne takie, miały te pęciny owłosione, potężne rumaki ciągnęły to piwo, zawsze to było sensacją, przejazd taki konnego zaprzęgu był sensacją dla, dla okolicznej dzieciarni. <br />No i wojsko, mieliśmy tu sporo wojska w rejonie dzisiejszego Placu Hallera, tam były przecież składnice wojskowe, tam były, był oddział weterynaryjny tu mniej więcej, gdzie dzisiaj pomnik na Namysłowskiej jest, no i wojsko też bardzo dużą liczbą wozów się posługiwało. Oczywiście były to podjazdy, wozy amunicyjne, no były też i samochody naturalnie, ale też tych koni było pełno. Na ulicy Jagiellońskiej nawet wyznaczony był taki tor do jazdy konnej, ja to w książce opisuję, amazonki z Jagiellońskiej, gdzie tam sobie panie z rodzin wojskowych urządzały, takie wyścigi, treningi, gdzie żołnierze ćwiczyli się w jeździe konnej, no tak że i w wojsku tutaj tu konie były, no oczywiście podziwialiśmy zawsze przejazdy jakichś oddziałów kawalerii, przejazdy jakichś oddziałów konnych, bo to podziwiało się i sprawność koni, i sprawność jeźdźców, prawda. <br />Niedaleko tutaj mojego domu na ulicy Inżynierskiej był duży dom towarowy taki wielki, dzisiaj, Wróblewskiego, pozostał dzisiaj pod numerem, pod numerem trzecim, prawda, pod numerem trzecim ten dom był, no i tam właśnie ta firma dysponowała dużymi wozami, zaprzęganymi w konie albo w parę koni albo w czwórkę koni, tam były stajnie, tak że znów mieliś... miałem do czynienia i okoliczni mieszkańcy ciągle z tymi końmi. <br /><br />Na obrzeżach Pragi były składy paszy, prawda, ulica Markowska szczególnie, gdzie na Markowskiej w tej części prawej, z prawej strony, znaczy się w stronę dworca licząc, były wielkie skupiska tych wozaków różnych, taki był jak gdyby parking wozów konnych, gdzie można było wynająć do przewozu czegokolwiek, począwszy od najdrobniejszych rzeczy, aż do największych, no i tam były te wszystkie składy z paszą. Na mojej ulicy też było kilka takich stajni, także tu była taka troszeczkę, jakbym powiedział z dzisiejszej perspektywy, taka trochę, trochę wieś, trochę miasto, prawda. Trochę wieś, trochę miasto…<br />No wracam jeszcze do tych koni, no konie, konie, no jest taka delikatna sprawa, że konie, no ze względów naturalnych, zostawiają ślady, prawda, po sobie. I proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby np. w ciągu dnia nie sprzątano tych odchodów, to niewątpliwie pod wieczór byłoby tego wszystkiego co najmniej pół metra, prawda. I tu chcę właśnie powiedzieć najważniejszą rzecz, jak sprawnie działały te służby oczyszczania miasta. Raz, pierwsze, każdy dom miał dozorcę, każdy dom miał dozorcę, który był gospodarzem i do obowiązków jego należała, należało zachowanie czystości wokół domu, a więc zawsze było posprzątane, oczyszczane. Czuwali nad tym policjanci, dzielnicowy czuwał i jak co, to wlepiał mandaty takie, tym dozorcom, którzy przecież nie mieli jakichś fantastycznych zarobków, to było dla nich niewątpliwie bardzo dotkliwe. <br />Aha!, ale wracam jeszcze do tego porządku, teraz jezdnia. Jezdnia była pilnowana przez dozorców miejskich, magistrackich. Byli to panowie, tacy w średnim wieku, nieraz starszym wieku, mieli gumowe fartuchy, takie podgumowane można by powiedzieć, czy ceratowe fartuchy, czapki służbowe, prawda, okrągłe, maciejówki, takie z herbem, tego, mieli miotły, szufle i ich obowiązkiem było zamiatanie natychmiast tych wszystkich pozostałości po koniach, pilnowali, pilnowali, z tymże oni znów mieli swoje odcinki, i powiedzmy tak jak ulica reprezentacyjna, jaką była Wileńska przed wojną, prawda,  środkiem latarnie, elegancko, tory tramwajowe biegły, oni mieli poszczególne swoje, podzielone to było na jakieś tam odcinki, które mieli sprzątać i zawsze było czysto, nawet na postojach dorożkarskich. Tutaj niedaleko był postój dorożkarek, tych dorożek było siedem, osiem, dziewięć i znów konie nie wybierają sobie miejsca, więc zawsze to było czysto, było sprzątane nieomal automatycznie, natychmiast było sprzątane, bo to byłby i, i charakterystyczny taki zapach, prawda, i  charakterystyczny...; <br /><br /><br /><br /><br />Tuż na Pradze Południe, dzisiaj się mówi Praga Południe, kiedyś się mówiło po prostu na Grochowie, na Kamionku, był tam osobliwy targ, właściwie w rejonie dzisiejszego parku, o tak bym powiedział, to jest ten rejon, były takie drewniane, drewniane zapory, takie kojce jak gdyby i tam gospodarze z okolicznych miejscowości, z dalszych, bliższych, no przy... przywozili te swoje konie, demonstrowali te swoje konie, dobijali targu i, i to był ciekawy, ciekawy taki przegląd, tam tacy chłopcy jak ja, na rowerach podjeżdżaliśmy, oglądaliśmy jak to się odbywa, prawda, jak to wygląda, w każdym bądź razie, już z daleka były, był widoczny ten duży natłok, sporo tam było tego, tych ludzi, tych koni, tych kupujących, tych sprzedających, trudno powiedzieć, jak to tam dobijano, nawet nie jestem zorientowany, jaka cena konia była, bo jakoś się tego nie zdołałem, ale fakt jest faktem, że tam właśnie był, no i zresztą tam na Grochowie, sporo było tych, tych no składnic, skła..., bo to już trudno mówić o sklepach, składnic z tym, z paszą dla zwierząt, dla koni, tak dalej, tak, to było bardzo charakterystyczne. Wrócę jeszcze na chwileczkę do najważniejszych rzeczy, mianowicie do transportu, takiego indywidualnego, a więc do dorożek. Dorożek, tych dorożek było bardzo dużo, dorożkarze, prawda, byli ponumerowani, mieli numery takie swoje na plecach, numer dorożki, prawda. Dorożka musiała być oświetlona, tam były te dwie karbidówki mieli w tych lampach swoich albo dwie świece. Bardzo grzeczni byli. Buda była rozsuwana w razie deszczu, okrywali ludzi taką jeszcze ceratą, osłonką w razie deszczu, no ten kurs można było sobie zawsze zamówić, umówić się prawda o cenę. <br />Wykształcił się, można powiedzieć tak, wykształcił się taki typ warszawski, no i tych dorożek, który był zwany takim typem praskiej dorożki, takim obrazem takiej dorożki praskiej, Tym się chyba wyróżniała, że była jednokonna, to była jednokonna, tamte były dwukonne, ponieważ tu jeszcze taka jest historia, jak się most, będzie tam most Śląsko-Dąbrowski dzisiejszy, on jest poziomo, natomiast przed wojną ten most był, tak jak i dzisiaj w tym samym miejscu mniej więcej, ale podjazd pod górę  był dość stromy, w związku z tym jednokonna dorożka to z trudem się tam ten koń wdrapał, więc w związku z tym już, już po tamtej stronie, po lewej stronie używano tych dwukonnych raczej dorożek i ta jednokonka, to taką miała nazwę właśnie praską, natomiast konstrukcyjnie to już się tam specjalnie nie różniły…<br />Natomiast zimą, od razu z chwilą, gdy tylko pierwsze płatki śniegu spadły na jezdnię, jezdnia była już taka bardzo ośnieżona, a te śniegi to były właściwie kiedyś bardzo modne, bo one były od jakiegoś października, listopada aż do marca. Zima była zimna, zima była naprawdę prawdziwą zimą, taką zakopiańską, no i dorożki zamieniały się w saneczki, piękne saneczki, konik jeden, jeden konik albo dwa koniki, zależy gdzie się jeździło, miał dzwoneczek, prawda, i ten dzwoneczek dzwonił, bo to nie było słychać, poruszały się sanie, Sanie były takie właśnie dwuosobowe, no trzecia osoba mogła obok woźnicy, obok woźnicy siadać, bardzo przyjemna była rzecz, no co młodsi to nie mogli się doczekać, żeby taką, taką sanną się przejechać. Ja też wiele razy z ojcem, żeśmy gdzieś po prostu, nie dlatego żeśmy musieli, ale prawdopodobnie dlatego, żeby ojciec mi zrobił frajdę, żeby radość była, no to żeśmy tymi sankami poszli. Był tutaj nawet, róg Zaokopowej i Wileńskiej, tu stały te saneczki…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43588421</guid><pubDate>Mon, 22 Feb 2021 23:10:19 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43588421/praskie_audiohistorie_09.mp3" length="12994514" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Transkrypcja: Konie na Pradze

Anna Mizikowska: Dziś oddamy głos Panu Pawłowi Elszteinowi. Pan Paweł urodził się i wychował na warszawskiej Pradze. Urodził się w 1922 roku. Pokochał te Pragę, zapamiętał ją i opisał w książce „Moja Praga. Z archiwum...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Transkrypcja: Konie na Pradze<br /><br />Anna Mizikowska: Dziś oddamy głos Panu Pawłowi Elszteinowi. Pan Paweł urodził się i wychował na warszawskiej Pradze. Urodził się w 1922 roku. Pokochał te Pragę, zapamiętał ją i opisał w książce „Moja Praga. Z archiwum wspomnień”. Poza tym napisał 75 książek, ponieważ był dziennikarzem, publicysta związanym przede wszystkim z rozwojem lotnictwa. Nagrał dla Archiwum Historii Mówionej swoje wspomnienia. Zaprezentuję fragment, w którym opowiada o audiosferze Pragi lat 20. i 30.<br /><br />Paweł Elsztein: Wspominamy dawne lata, a najlepiej wspomina się ten kraj lat dziecinnych, prawda, kraj lat młodzieńczych… A ten mój kraj lat dziecinnych to lata dwudzieste i trzydzieste. A w tych latach to w życiu społeczeństwa Pragi, moim również, dominowały konie. <br />Nie zdajemy sobie dzisiaj sprawy, w jak w powszechnym użyciu były konie. Bo tak: pieczywo dowoziły wozy małe, zręczne, jednokonne do poszczególnych tutaj sklepików; <br />Straż ogniowa, za mojej jeszcze pamięci, jeszcze czasami używała konnych zaprzęgów, chociaż już przesiadali się na, na samochody, prawda, takie niemieckie te wozy czerwonej barwy. <br />Od samego rana już słyszeliśmy turkot furmanek, które po tym bruku tutaj zajeżdżały na ulicę Małą, bo jesteśmy na ulicy Małej, z którą jestem związany tu przecież nieomal od urodzenia, turkot furmanek, głosy woźniców, to byli podwarszawscy chłopi, rolnicy, którzy przywozili już z samego rana swoje płody. Zgodnie z wytycznymi władz miejskich, ten, sprzedaż powinna się odbywać na wyznaczonych miejscach, ale i dopuszczano w niektórych uliczkach, takich zacisznych, z wyjątkiem Rębielińskiej, która była bardzo ruchliwa, ale takie ulice jak: Zaokopowa, Inżynierska, Mała, Stalowa, mniej ruchliwe, przynajmniej na pewnych odcinkach, to były zaopatrywane bezpośrednio z wozu sprzedawano kartofle, cebulę i tak dalej, i tak dalej, normalne warzywa. Podobno to było taniej niż w sklepikach okolicznych, nie jestem pewien, czy to tak było naprawdę, w każdym bądź razie już z końmi od samego rana mieliśmy do czynienia. <br />Właściwie cały transport ten towarowy, przewóz towarów, to był konny, przewóz piwa, słynne, słynne zakłady, słynny browar Haberbusch i Schielego rozwoził właśnie piwo w takich wielkich beczkach. Charakteryzowały się tym, że konie były potężne takie, miały te pęciny owłosione, potężne rumaki ciągnęły to piwo, zawsze to było sensacją, przejazd taki konnego zaprzęgu był sensacją dla, dla okolicznej dzieciarni. <br />No i wojsko, mieliśmy tu sporo wojska w rejonie dzisiejszego Placu Hallera, tam były przecież składnice wojskowe, tam były, był oddział weterynaryjny tu mniej więcej, gdzie dzisiaj pomnik na Namysłowskiej jest, no i wojsko też bardzo dużą liczbą wozów się posługiwało. Oczywiście były to podjazdy, wozy amunicyjne, no były też i samochody naturalnie, ale też tych koni było pełno. Na ulicy Jagiellońskiej nawet wyznaczony był taki tor do jazdy konnej, ja to w książce opisuję, amazonki z Jagiellońskiej, gdzie tam sobie panie z rodzin wojskowych urządzały, takie wyścigi, treningi, gdzie żołnierze ćwiczyli się w jeździe konnej, no tak że i w wojsku tutaj tu konie były, no oczywiście podziwialiśmy zawsze przejazdy jakichś oddziałów kawalerii, przejazdy jakichś oddziałów konnych, bo to podziwiało się i sprawność koni, i sprawność jeźdźców, prawda. <br />Niedaleko tutaj mojego domu na ulicy Inżynierskiej był duży dom towarowy taki wielki, dzisiaj, Wróblewskiego, pozostał dzisiaj pod numerem, pod numerem trzecim, prawda, pod numerem trzecim ten dom był, no i tam właśnie ta firma dysponowała dużymi wozami, zaprzęganymi w konie albo w parę koni albo w czwórkę koni, tam były stajnie, tak że znów mieliś... miałem do czynienia i okoliczni mieszkańcy ciągle z tymi końmi. <br /><br />Na obrzeżach Pragi były składy paszy, prawda, ulica Markowska szczególnie, gdzie na Markowskiej w tej części prawej, z prawej strony, znaczy się w stronę dworca licząc, były wielkie skupiska tych wozaków...]]></itunes:summary><itunes:duration>813</itunes:duration><itunes:keywords>audiosfera,dorożki,elsztein,konie,lata20,lata30,muzeumpragi,pawełelsztein,praga,warszawa</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e08 Dziewczyna z Wileńskiej</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e08-dziewczyna-z-wilenskiej--43477535</link><description><![CDATA[Praskie Audiohistorie e08 "Dziewczyna z Wileńskiej"<br />W tym odcinku podcastu wykorzystano relację historii mówionej nagraną przez Panią Janinę Borowską dla Muzeum Warszawskiej Pragi, 18 sierpnia 2011 roku. <br /><br />Transkrypcja<br /><br />Janina Borowska, relacja AHM: Z tym chłopakiem to się poznałam na balu… Bal! Jak do szkoły chodziłam… On chodził też do którejś tam klasy, nie pamiętam już, do której… I był taki wspólny wieczorek taki. No i tam… On był całym wodzirejem tam, na tej zabawie! I tam się poznaliśmy. Ale się nie widywaliśmy, nie graliśmy, nie umawialiśmy. Nic! I potem… To był 1939 rok…<br />Nazywam się Janina Borowska. Urodziłam się 23 marca 1920 roku. W roku Cudu nad Wisłą! Także ja zawsze się śmieję, że ja jestem tym cudem nad Wisłą, bo w tym roku się urodziłam!<br />Z mamą pojechaliśmy - to znaczy ja, brat i mama  - na wakacje. Tu pod Warszawę, koło Zalesia. Rodzice wynajmowali zawsze tak u gospodarzy.. Tam oja kuzynka też była. I tam się odbywały takie, wie pani, zabawy w lesie, w niedzielę, albo w sobotę… No, takie, jak się mówiło, „dechy” albo „na dechach”! No i ta moja kuzynka mówi:- słuchaj no, co będziemy tutaj siedzieć, chodźmy, zobaczymy… No i poszliśmy. Ja patrzę, a tam jest ten Zbyszek! No już wtedy się zaczęło! Już on… Tam jego mama była z siostrą jego… Też tam mieli wynajęte mieszkanie… On tam, proszę pani, był, już potem wciąż przylatywał do nas! I tak się zaczęło! Wtedy właśnie. Zbyszek…<br />Moja mama to go strasznie lubiła. A on mnie denerwował czasami, wie pani! Bo udawał chorego, prawda… To ja… To moja mama mówi „Jedź do niego”, prawda… Bo jego brat zawsze przyjeżdżał do mnie (bo on go widocznie przysyłał), mówił do mnie „słuchaj, Zbyszek to jest – mówi, że jest -  chory. Może byś przyjechała do niego?”. To moja mama tam kiedyś nagotowała jakiegoś rosołu, kompotu… Każe mnie to tam wozić. No dobrze. Raz pojechałam… Siostra jego mówi tak: „Ty się nie przejmuj”, mówi, „on udaje, bo chciał, żebyś ty przyjechała tutaj…”. <br />Wciąż groził, że on się utopi, że on to, że on tamto… Był strasznie zazdrosny, okropnie! Pani wie, że jak ja na tym Targówku tam pracowałam, to on przyjeżdżał rano na rowerze pod mój dom, na Wileńską, i szedł za mną…? Bo ja szłam do tramwaju, prawda… Ja wsiadam w tramwaj, a za tym tramwajem on jechał na tym rowerze… Aż do samych tych… I kiedyś przyjechał i zobaczył, jak ja już wychodzę z  tej pralni… I ze mną wyszedł jeden z braci Wiech. Bo ten Wiechecki to jeszcze miał braci… Ja wychodziłam z nim z pracy, do tramwaju. No, to miałam awanturę taką straszną! Kto to jest?! Dlaczego on z tobą wychodzi?! Ja się wciąż z nim kłóciłam, prawda… A moja mama mówi: „No przestań już, już dobrze… On taki wariat jest, ale dobry chłopak…”. Ja mówię: „no dobrze… Dobrze…”<br />No i potem rzeczywiście rozdzieliła nas Wisła.  I już na wieki nas rozdzieliła.<br /><br />Mój chłopak był po drugiej stronie, prawda… On tam brał udział w Powstaniu. Ja już go więcej nie widziałam. Ale on nie zginął, nie… On walczył na Starówce i potem on… Ich wywozili, gdzieś tam ich wywozili… Oni uciekali, prawda… I on w końcu znalazł się we Włoszech. A stamtąd pojechał do Anglii, zresztą z bratem, bo ich dwóch było. A potem z tej Anglii do Stanów. <br />I jak mój mąż umarł, to on zaczął do mnie pisać. Ja mam bardzo dużo listów od niego. Tak… No. Ja już mężatka i syna miałam… I on też żonaty, bo się ożenił, prawda… Pisał wiersze. Zaraz pani pokażę jego jeden wiersz… Pisał wiersze, bo mam jego tomik, bo moja synowa, jak pojechała do Stanów, to do niego dałam telefon i ona zadzwoniła do niego i dostała taki tomik. <br />Ale on umarł, biedaczek. Przywieźli go tutaj z tych Stanów. Byłam na pogrzebie na Powązkach. A ja byłam nawet z nim zaręczona! Pierścionek mam do tej pory, zaręczynowy.<br /><br /><br />Proszę jest tu, znalazłam Do mnie pisał zawsze liściki w takich książeczkach. On potrafił napisać na znaczku pocztowym też, na drugiej stronie O tutaj chyba jestem taki znaczek… A tutaj, zaraz pani to pokażę,  już mi to przysłał ze Stanów, na imieniny przyszła, bo widzę tu datę… Więc tak… <br /><br />Bywa tak, gwiazdy widzą, że sobie potęsknię<br />do pewnej dziewczyny z ulicy Wileńskiej<br />Do miasta mej młodości i szczęścia w stolicy<br />i do tej dziewczyny z Wileńskiej ulicy. <br /><br />I do tej epoki z dawnych kalendarzy<br />gdy człowiek jeszcze wierzył i nie bał się marzyć. <br />Gdy jeszcze pożar świata nie zaczął ogromnieć,<br />tak, że może i lepiej byłoby zapomnieć. <br /><br />No i cóż wiara zgasła i marzenia prysły<br />W dłoniach mi zamek spłonął, katedra runęła<br />konający wołali: Jeszcze nie zginęła!<br /><br />A jak byłem szczęśliwy, że tak blisko Wisły<br />tej gwiazdami pijanej naszej powiernicy<br />i że prawie naprzeciw Wileńskiej ulicy. <br /><br />W to aby wiedzieć. I mędrcy nawet nie wiedzieli<br />że ta rzeka, co łączy, tak okrutnie nas dzieli<br />Długa droga, w tej drodze za tęsknotę bili, <br />za wierność i za ufność, której nie zabili. <br /><br />I nic by już pewnie nie płakało po mnie, <br />gdyby nie te marzenia wydarte ze wspomnień. <br />I wspomnienia to: Krucza, Wileńska i Złota, <br />niemal jak z katarynki, ze strof Or-Ota, <br />niemal jak z katarynki starszego już pana<br /><br />Dziewczyno z Wileńskiej, dziewczyno kochana!]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43477535</guid><pubDate>Mon, 15 Feb 2021 23:00:20 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43477535/praskie_audiohistorie_e08.mp3" length="8630602" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Praskie Audiohistorie e08 "Dziewczyna z Wileńskiej"
W tym odcinku podcastu wykorzystano relację historii mówionej nagraną przez Panią Janinę Borowską dla Muzeum Warszawskiej Pragi, 18 sierpnia 2011 roku. 

Transkrypcja

Janina Borowska, relacja AHM: Z...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Praskie Audiohistorie e08 "Dziewczyna z Wileńskiej"<br />W tym odcinku podcastu wykorzystano relację historii mówionej nagraną przez Panią Janinę Borowską dla Muzeum Warszawskiej Pragi, 18 sierpnia 2011 roku. <br /><br />Transkrypcja<br /><br />Janina Borowska, relacja AHM: Z tym chłopakiem to się poznałam na balu… Bal! Jak do szkoły chodziłam… On chodził też do którejś tam klasy, nie pamiętam już, do której… I był taki wspólny wieczorek taki. No i tam… On był całym wodzirejem tam, na tej zabawie! I tam się poznaliśmy. Ale się nie widywaliśmy, nie graliśmy, nie umawialiśmy. Nic! I potem… To był 1939 rok…<br />Nazywam się Janina Borowska. Urodziłam się 23 marca 1920 roku. W roku Cudu nad Wisłą! Także ja zawsze się śmieję, że ja jestem tym cudem nad Wisłą, bo w tym roku się urodziłam!<br />Z mamą pojechaliśmy - to znaczy ja, brat i mama  - na wakacje. Tu pod Warszawę, koło Zalesia. Rodzice wynajmowali zawsze tak u gospodarzy.. Tam oja kuzynka też była. I tam się odbywały takie, wie pani, zabawy w lesie, w niedzielę, albo w sobotę… No, takie, jak się mówiło, „dechy” albo „na dechach”! No i ta moja kuzynka mówi:- słuchaj no, co będziemy tutaj siedzieć, chodźmy, zobaczymy… No i poszliśmy. Ja patrzę, a tam jest ten Zbyszek! No już wtedy się zaczęło! Już on… Tam jego mama była z siostrą jego… Też tam mieli wynajęte mieszkanie… On tam, proszę pani, był, już potem wciąż przylatywał do nas! I tak się zaczęło! Wtedy właśnie. Zbyszek…<br />Moja mama to go strasznie lubiła. A on mnie denerwował czasami, wie pani! Bo udawał chorego, prawda… To ja… To moja mama mówi „Jedź do niego”, prawda… Bo jego brat zawsze przyjeżdżał do mnie (bo on go widocznie przysyłał), mówił do mnie „słuchaj, Zbyszek to jest – mówi, że jest -  chory. Może byś przyjechała do niego?”. To moja mama tam kiedyś nagotowała jakiegoś rosołu, kompotu… Każe mnie to tam wozić. No dobrze. Raz pojechałam… Siostra jego mówi tak: „Ty się nie przejmuj”, mówi, „on udaje, bo chciał, żebyś ty przyjechała tutaj…”. <br />Wciąż groził, że on się utopi, że on to, że on tamto… Był strasznie zazdrosny, okropnie! Pani wie, że jak ja na tym Targówku tam pracowałam, to on przyjeżdżał rano na rowerze pod mój dom, na Wileńską, i szedł za mną…? Bo ja szłam do tramwaju, prawda… Ja wsiadam w tramwaj, a za tym tramwajem on jechał na tym rowerze… Aż do samych tych… I kiedyś przyjechał i zobaczył, jak ja już wychodzę z  tej pralni… I ze mną wyszedł jeden z braci Wiech. Bo ten Wiechecki to jeszcze miał braci… Ja wychodziłam z nim z pracy, do tramwaju. No, to miałam awanturę taką straszną! Kto to jest?! Dlaczego on z tobą wychodzi?! Ja się wciąż z nim kłóciłam, prawda… A moja mama mówi: „No przestań już, już dobrze… On taki wariat jest, ale dobry chłopak…”. Ja mówię: „no dobrze… Dobrze…”<br />No i potem rzeczywiście rozdzieliła nas Wisła.  I już na wieki nas rozdzieliła.<br /><br />Mój chłopak był po drugiej stronie, prawda… On tam brał udział w Powstaniu. Ja już go więcej nie widziałam. Ale on nie zginął, nie… On walczył na Starówce i potem on… Ich wywozili, gdzieś tam ich wywozili… Oni uciekali, prawda… I on w końcu znalazł się we Włoszech. A stamtąd pojechał do Anglii, zresztą z bratem, bo ich dwóch było. A potem z tej Anglii do Stanów. <br />I jak mój mąż umarł, to on zaczął do mnie pisać. Ja mam bardzo dużo listów od niego. Tak… No. Ja już mężatka i syna miałam… I on też żonaty, bo się ożenił, prawda… Pisał wiersze. Zaraz pani pokażę jego jeden wiersz… Pisał wiersze, bo mam jego tomik, bo moja synowa, jak pojechała do Stanów, to do niego dałam telefon i ona zadzwoniła do niego i dostała taki tomik. <br />Ale on umarł, biedaczek. Przywieźli go tutaj z tych Stanów. Byłam na pogrzebie na Powązkach. A ja byłam nawet z nim zaręczona! Pierścionek mam do tej pory, zaręczynowy.<br /><br /><br />Proszę jest tu, znalazłam Do mnie pisał zawsze liściki w takich książeczkach. On potrafił napisać na znaczku pocztowym też, na drugiej stronie O tutaj chyba jestem taki znaczek… A tutaj, zaraz pani to pokażę,...]]></itunes:summary><itunes:duration>540</itunes:duration><itunes:keywords>historia,janinaborowska,miłość,muzeumpragi,praga,wiersz,wileńska</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>praskie_audiohistorie_07 Na wieczną rzeczy pamiątkę</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-07-na-wieczna-rzeczy-pamiatke--43361848</link><description><![CDATA[Na wieczną rzeczy pamiątkę. <br />Transkrypcja<br />[fragment muzyki: Claudio Monteverdi - Vespro della Beata Vergine (1610) - Antifona "Deus in adiutorium", wyk. Cantica Symphonia, dyr. G. Maletto (Live recording, San Filippo Church, Turin (Italy), october 3, 2000,  AuthorGuido Magnano w: <a href="https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Deus_in_adiutorium.ogg" rel="noopener">https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Deus_in_adiutorium.ogg</a>, dostęp 05.02.2021)]<br />[nagranie w języku łacińskim. Fragment Aktu lokacji Pragi czyta Błażej Cul. Tekst łac. i poniższe tłumaczenie za „Starożytności Warszawy”, t. 6, 1958]<br />Anna Mizikowska: Władysław IV, z Bożej łaski Król Polski, Wielki Książę Litewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Żmudzki, Inflancki, Smoleński, Czerniechowski; oraz Szwedów, Gottów i Wandalów dziedziczny król. <br />[Ad perpetuam…] Na wieczną rzeczy pamiątkę wiadomym czynimy niniejszym dyplomem naszym, wszystkim w ogóle i w szczególe komu na tym zależy. <br />[Inter cruentos…] Wśród krwawych zgiełku wojen i bitew, jakimi przyległe naszym królestwom sąsiedzkie państwa, oraz błonia urodzajnością ziemi niegdyś wsławione, są obecnie krwią obywatelską skrapiane i na obrzydłą, dziką pustynię w tych czasach wyradzają się, za wielki udział szczęścia poczytujemy, gdy w państwach i prowincjach naszych, po uskromieniu napadów nieprzyjacielskich, powstają i rozwijają się w pożądanym pokoju zamożne osady, odłogi i opuszczone pola na najbujniejsze łany są uprawiane; zaniedbane zaś wsie i prawami nieopatrzone sioła, na nowe i ustawami nadane zamieniają się miasta. <br />[Ac proinde…] Więc z tych powodów, gdy Przewielebny w Chrystusie Ojciec Michał Działyński biskup kamieniecki, z całą swą Wielebną kapitułą, pokornie nas upraszali, ażeby na brzegu Wisły przeciwległym miastu naszemu Warszawie, na gruncie własnym, czyli dziedzicznym, gdzie Kaplica Lauretańska Najświętszej Panny niedawno wystawiona jest, mając tamże zamiar miasto założyć, oraz mieszkańców osiadłych pod stałe prawa podciągnąć i ustawami publicznymi opatrzyć, za naszym na to pozwoleniem, iżby dozwolonym mu było wykonać; <br />[Nos, id ipsum…] My zważając, iż to na większą chwałę Boga i na rozszerzenie czci Najświętszej Panny Loretańskiej najsilniej wpływać będzie i że to miasto rezydencji naszej Warszawie przyległe, już dawszy poznać pierwsze fundamenty swojej postaci, stanie się w uczczeniu Bogarodzicy wielkim Rzeczpospolitej zaszczytem i wygodą, chętnie postanowiliśmy na założenie jego zezwolić tak, jak niniejszym dyplomem zezwalamy i odtąd prawem niemieckim, które zwą Magdeburskie, nadajemy i do niego wcielamy, mieć chcąc, ażeby Pragą dawnem mianem ciągle i na wieki przezywało się. Prócz tego, odrzucając i unieważniając wszystkie miary i zwyczaje obecnemu prawu magdeburskiemu przeciwne, a jakich Prażanie dotąd używali, postanowiliśmy niniejszym dyplomem naszym dać i udzielić zupełną i wszechstronną tymże mieszkańcom władzę...<br /><br />Błażej Cul, historyk-miediewista, przeczytał Państwu po łacińsku Akt lokacji Pragi, spisany dokładnie 373 lata temu, 10 lutego 1648 roku, na Zamku Królewskim w Warszawie.  Na pamiątkę tego wydarzenia warszawska Praga obchodzi swoje urodziny właśnie 10 lutego.<br />Właściwie ten oryginalny łaciński tekst i przeczytane przeze mnie tłumaczenie to tylko pierwsza -  najważniejsza, ogólna - część całego dokumentu. Dalej mowa była o konkretach, o przywilejach, które pozwalały Pradze zarabiać i rządzić się jako miastu. O tych konkretach opowie Państwu 11 lutego, o godzinie 18. Adam Lisiecki, kustosz Muzeum Pragi. Zapraszamy na wykład na facebooku Muzeum Warszawskiej Pragi.<br />Oryginał aktu lokacji to pergamin, gęsto zapisany złotym i czarnym atramentem, z odręcznie wyrysowanym kolorowym herbem Pragi, z piękną wielką pieczęcią królewską odciśniętą w czerwonym wosku. Ten oryginał leży bezpieczny, w dobrym stanie, w Archiwum Akt Dawnych. Faksymile, czyli bardzo dokładną kopię tego dokumentu, mogą Państwo zobaczyć w Muzeum Pragi.<br />W drodze do muzeum, albo w czasie wycieczki do warszawskiego ZOO, warto zobaczyć jeszcze jeden relikt tamtych czasów. W kościele Matki Bożej Loretańskiej przy Ratuszowej – w środku – ostał się Domek Loretański, czyli Kaplica Lauretańska, wspomniana w akcie lokacyjnym. Król Władysław IV był jednym z fundatorów, czyli sponsorów budowy tej kaplicy.  Osobiście przekazał klucze do ukończonego sanktuarium mnichom bernardynom. Domek Loretański powstał bowiem przy jednej ze ścian nieistniejącego już kościoła Bernardynów, jak odrębna budowla, nie schowana jak dziś, pod innym dachem.<br />Mamy dokładny opis tej kaplicy, sporządzony w chwili jej otwarcia. Napisał go, wierszem, nadworny kompozytor królewski, Adam Jarzębski. A ja Państwu fragment przeczytam:<br />[„Adama Jarzębskiego Gościniec abo Opisanie Warszawy 1643 r.” w opracowaniu z 1909 roku w Bibliotece Narodowej]<br />Wbok Laurentańska kaplica. Przy niej cmentarz i ulica. Zmurowana na kształt takiej drugiej w Lorecie, jednakiej. Tamta, w pół kościoła z muru stoi. Wierzch biały, z marmuru. Na niej historyje różne - wyrażono je, niepróżne. <br />W sklepieniu okno pod wierzchem, żeby od lamp fumy  wierzchem wychodziły, dla zaduchu. Tak od zgromadzonego duchu.<br /><br />A ołtarz od srebra złotem, z dyjamentami - klejnotem od monarchów ozdobiony, wewnątrz    sporsta w mur zrobiony. <br />Czarny sam obraz Loreckiej Panny, płci niejako greckiej. A przeciwko, malowany Pan  wykonterfekowany. Wisi na krzyżu, przy murze…<br /><br />Wynidę bocznemi drzwiami. Niedaleko, też za drzwiami, widzę: murem obtoczono, w rogach baszteczki wtłoczono. W tychże ołtarze być mają, tak zakonnicy mniemają, którzy mocno tam zasiedli. Bernardyni…<br /><br />Sprawdź kiedyś, jak ten opis pasuje do dzisiejszego wyglądu domku, który jest herbie Pragi…<br /><br />Kończymy już ten urodzinowy odcinek podcastu. Ale na urodzinach musza wybrzmieć życzenia! Życzenia dla dzisiejszej Pragi… <br />Kochana Prago, z okazji Twoich urodzin życzę Ci, żebyś zawsze była piękna, gościnna, otwarta na różnorodność. A przede wszystkim dumna ze swojej tożsamości. Wszystkiego najlepszego kochana Prago! Anna Kraus, Muzeum Warszawskiej Pragi.<br />Tu Krzysztof Michalski z Porozumienia dla Pragi i Praskiego Stowarzyszenia Mieszkańców “Michałów”.  Z okazji kolejnych urodzin życzę Pradze, prażankom i prażanom tego, by nasza dzielnica była zielona, przyjazna, zarządzana w sposób transparentny, odnowiona, ale z poszanowaniem historycznego dziedzictwa, a także aktywna aktywnością swoich mieszkańców i mieszkanek!<br />Kochana Prago, Warszawy dzielnico! W dniu Twojego święta uśmiecha się lico. Życzymy Ci piękna, od prażan miłości, więcej zieleni, o mienie dbałości. Szacunku do murów na tej praskiej ziemi. Niech Twa sława na lepszą się zmieni! Życzy Towarzystwo Przyjaciół Pragi.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43361848</guid><pubDate>Tue, 09 Feb 2021 08:03:08 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43361848/praskie_audiohistorie_e07.mp3" length="11600620" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Na wieczną rzeczy pamiątkę. &#13;
Transkrypcja&#13;
[fragment muzyki: Claudio Monteverdi - Vespro della Beata Vergine (1610) - Antifona "Deus in adiutorium", wyk. Cantica Symphonia, dyr. G. Maletto (Live recording, San Filippo Church, Turin (Italy), october...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Na wieczną rzeczy pamiątkę. <br />Transkrypcja<br />[fragment muzyki: Claudio Monteverdi - Vespro della Beata Vergine (1610) - Antifona "Deus in adiutorium", wyk. Cantica Symphonia, dyr. G. Maletto (Live recording, San Filippo Church, Turin (Italy), october 3, 2000,  AuthorGuido Magnano w: <a href="https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Deus_in_adiutorium.ogg" rel="noopener">https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Deus_in_adiutorium.ogg</a>, dostęp 05.02.2021)]<br />[nagranie w języku łacińskim. Fragment Aktu lokacji Pragi czyta Błażej Cul. Tekst łac. i poniższe tłumaczenie za „Starożytności Warszawy”, t. 6, 1958]<br />Anna Mizikowska: Władysław IV, z Bożej łaski Król Polski, Wielki Książę Litewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Żmudzki, Inflancki, Smoleński, Czerniechowski; oraz Szwedów, Gottów i Wandalów dziedziczny król. <br />[Ad perpetuam…] Na wieczną rzeczy pamiątkę wiadomym czynimy niniejszym dyplomem naszym, wszystkim w ogóle i w szczególe komu na tym zależy. <br />[Inter cruentos…] Wśród krwawych zgiełku wojen i bitew, jakimi przyległe naszym królestwom sąsiedzkie państwa, oraz błonia urodzajnością ziemi niegdyś wsławione, są obecnie krwią obywatelską skrapiane i na obrzydłą, dziką pustynię w tych czasach wyradzają się, za wielki udział szczęścia poczytujemy, gdy w państwach i prowincjach naszych, po uskromieniu napadów nieprzyjacielskich, powstają i rozwijają się w pożądanym pokoju zamożne osady, odłogi i opuszczone pola na najbujniejsze łany są uprawiane; zaniedbane zaś wsie i prawami nieopatrzone sioła, na nowe i ustawami nadane zamieniają się miasta. <br />[Ac proinde…] Więc z tych powodów, gdy Przewielebny w Chrystusie Ojciec Michał Działyński biskup kamieniecki, z całą swą Wielebną kapitułą, pokornie nas upraszali, ażeby na brzegu Wisły przeciwległym miastu naszemu Warszawie, na gruncie własnym, czyli dziedzicznym, gdzie Kaplica Lauretańska Najświętszej Panny niedawno wystawiona jest, mając tamże zamiar miasto założyć, oraz mieszkańców osiadłych pod stałe prawa podciągnąć i ustawami publicznymi opatrzyć, za naszym na to pozwoleniem, iżby dozwolonym mu było wykonać; <br />[Nos, id ipsum…] My zważając, iż to na większą chwałę Boga i na rozszerzenie czci Najświętszej Panny Loretańskiej najsilniej wpływać będzie i że to miasto rezydencji naszej Warszawie przyległe, już dawszy poznać pierwsze fundamenty swojej postaci, stanie się w uczczeniu Bogarodzicy wielkim Rzeczpospolitej zaszczytem i wygodą, chętnie postanowiliśmy na założenie jego zezwolić tak, jak niniejszym dyplomem zezwalamy i odtąd prawem niemieckim, które zwą Magdeburskie, nadajemy i do niego wcielamy, mieć chcąc, ażeby Pragą dawnem mianem ciągle i na wieki przezywało się. Prócz tego, odrzucając i unieważniając wszystkie miary i zwyczaje obecnemu prawu magdeburskiemu przeciwne, a jakich Prażanie dotąd używali, postanowiliśmy niniejszym dyplomem naszym dać i udzielić zupełną i wszechstronną tymże mieszkańcom władzę...<br /><br />Błażej Cul, historyk-miediewista, przeczytał Państwu po łacińsku Akt lokacji Pragi, spisany dokładnie 373 lata temu, 10 lutego 1648 roku, na Zamku Królewskim w Warszawie.  Na pamiątkę tego wydarzenia warszawska Praga obchodzi swoje urodziny właśnie 10 lutego.<br />Właściwie ten oryginalny łaciński tekst i przeczytane przeze mnie tłumaczenie to tylko pierwsza -  najważniejsza, ogólna - część całego dokumentu. Dalej mowa była o konkretach, o przywilejach, które pozwalały Pradze zarabiać i rządzić się jako miastu. O tych konkretach opowie Państwu 11 lutego, o godzinie 18. Adam Lisiecki, kustosz Muzeum Pragi. Zapraszamy na wykład na facebooku Muzeum Warszawskiej Pragi.<br />Oryginał aktu lokacji to pergamin, gęsto zapisany złotym i czarnym atramentem, z odręcznie wyrysowanym kolorowym herbem Pragi, z piękną wielką pieczęcią królewską odciśniętą w czerwonym wosku. Ten oryginał leży bezpieczny, w dobrym stanie, w Archiwum Akt Dawnych. Faksymile, czyli bardzo dokładną kopię tego dokumentu, mogą Państwo zobaczyć w Muzeum Pragi.<br />W...]]></itunes:summary><itunes:duration>725</itunes:duration><itunes:keywords>historia,klasztorbernardynów,lokacja,loretańska,loretański,muzeumpragi,praga,władysławiv</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e06 Foto-rzemiosło</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e06-foto-rzemioslo--43215291</link><description><![CDATA[Transkrypcja<br />Anna Mizikowska: Dziś zapraszamy Państwa na spotkanie z… historią rzemiosła? Historią fotografii? W trudnym z powodu pandemii roku 2020 otworzyliśmy w Muzeum Warszawskiej Pragi wystawę „Warszawiacy. Fotografie Mikołaja Grynberga w kolekcji Muzeum Warszawy”. Muzeum Pragi będzie można znów odwiedzić 4 marca - zapraszamy na tę wystawę!<br />Tymczasem warto na naszej stronie znaleźć „Spacerownik”, stworzony specjalnie do tej wystawy. Czyta się dobrze, bo napisała go Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, która jest dziennikarką i muzealnikiem. Od lat dokumentuje działalność pracowni rzemieślniczych i inicjuje nowe działania wokół warszawskiego rzemiosła.<br />Katarzyna Chudyńska-Szuchnik: „Spacerownik”, o którym chciałabym dziś Państwu opowiedzieć, powstał w związku ze zdjęciami wykonanymi przez artystę fotografika, a dziś już bardziej pisarza, Mikołaja Grynberga, w 2004 roku. Wówczas był on jednym z wielu artystów, którzy na warszawskiej Pradze wynajmowali lokale na pracownie artystyczne. Zdjęcia „Zawodowców” powstały niejako na zamówienie, z inicjatywy Galerii Luksfera. Było to pierwsze w Warszawie miejsce zajmujące się sprzedażą fotografii kolekcjonerskiej, organizujące również warsztaty fotograficzne i wystawy. Prowadziły je Katarzyna Żebrowska i Magdalena Przeździak, a mieściło się na terenie dzisiejszego Centrum Praskiego Koneser.<br />Zdjęcia Mikołaja Grynberga z cyklu „Zawodowcy” są czarno-białe, ale tak naprawdę były wykonane jednym z pierwszych aparatów cyfrowych, które właśnie artyści i fotograficy dostali od producenta, aby zrealizować jakieś zdjęcia reporterskie, jakiś materiał rejestrowany na Pradze. <br />Mikołaj Grynberg nie był entuzjastą cyfrowego obrazu i tym, wówczas najnowocześniejszym, modelem postanowił zrobić zdjęcia w odcieniach sepii, jakby sprzed wojny. A ponieważ wówczas specjalizował się w portretach, poszukiwania swe prowadził w terenie. I uznał, że tę koncepcję najlepiej zrealizuje w miejscach, które mijał codziennie – w małych sklepikach i w pracowniach rzemieślniczych.<br />Cykl „Zawodowcy:” Mikołaja Grynberga jest ważny dla Muzeum Warszawskiej Pragi i dla programu rzemieślniczego, który obecnie prowadzimy, ponieważ można uznać, że on, jako pierwszy, w 2004 roku, wychodząc do warsztatów, uwieczniając rzemieślników uznał, że są oni warci docenienia, odkrycia… W zasadzie można powiedzieć, że to było takie pierwsze odkrycie na nowo rzemiosła jako czegoś ważnego dla kultury, dla lokalnej publiczności, w końcu dla samej historii.<br />Dla pracy badawczej, która prowadzę od 2015 roku i programu „Wykonane na prawym brzegu. Rzemieślnicy” w Muzeum Warszawskiej Pragi ta wyprawa Mikołaj Grynberga jest szczególnie ważna. Co prawda minęło tylko 16 lat, ale jeśli chodzi o świat rzemiosła, to jest naprawdę bardzo dużo. Wiele tych warsztatów, które Mikołaj Grynberg uwiecznił, po prostu przestało istnieć. I żeby namierzyć miejsca, w których one istniały, znaleźć jakieś ślady (stare szyldy, fragmenty wystaw), rozpoznać te miejsca – faktycznie trzeba było kilku wypraw w teren, dokładnie śladami Mikołaja Grynberga, wielu rozmów z sąsiadami, rzemieślnikami, a nawet z paniami pracującymi w Zakładzie Gospodarowania Nieruchomościami…<br />Zachęcam Państwa do wyprawy, do spaceru śladem „Spacerownika” inspirowanego zdjęciami „Zawodowcy” Mikołaja Grynberga. Odkryjecie na pewno wiele miejsc, niektóre bardziej, niektóre mniej spektakularne… Będzie to okazja, żeby przejść się po ulicach starej Pragi, po ulicach Szmulowizny…<br />Anna Mizikowska: Przeczytam Państwu fragment „Spacerownika”, pod tytułem „Fotografki z Ząbkowskiej i ich sąsiedzi”.<br />„Bazar ma kilka bram. Wychodzimy tą do ul. Ząbkowskiej. […]<br />Drewniany walec z nawiniętym kablem – nicią to symbol pracowni Szpulka…[…]<br />Po wizycie w Szpulce warto wejść do Klitki. Pretekstem może być chęć napicia się kawy, potrzeba zrobienia zdjęcia do dokumentów lub odbycia sesji fotograficznej, a nawet poszukiwanie niebanalnego prezentu (to również mała galeria sztuki)…<br />Julita Dalbar, artystka fotografka, założyła to miejsce w 2005 roku. Zdążyła poznać i zaprzyjaźnić się z sąsiadami, których dawno już tu nie ma.<br /> Z początku wydawało jej się, że skoro nie interesuje się rzeczywistością, nic nie będzie do niej docierać. Ale było odwrotnie. Wpadał nonszalancki antykwariusz z naprzeciwka. Lubił testować relacje z właścicielami okolicznych sklepików i knajpek, prosząc o pożyczenie… „paru stówek na dziewczynki”. Do biednych nie należał, mimo to Julita nie dyskutowała. Pożyczała, zawsze oddawał. <br />Gruba rzemieślniczka pracująca po sąsiedzku pozwalała schować u siebie rower. Przy okazji prawiła mądrości. Nie chciało się ich słuchać, ale się sprawdzały. Jak ta, że niedobre są spółki. <br />Julita pamięta też Zofię Cendrowską spod czwórki. Przychodziła do niej pożyczyć papier do drukarki termosublimacyjnej. <br />W zasadzie dla Zofii, prowadzącej Praskie Foto Studio, właścicielka Atelier Fotograficznego „Klitka” była bardziej konkurencją niż kontynuatorką. <br />Zofia robiła zdjęcia ślubne, komunijne. Miała malowane, opuszczane tła (jezioro, zamek), stare lampy uruchamiane fleszem z analogowego aparatu, dywan… Mikołaj Grynberg był tym wszystkim zachwycony. Ale swoją obecnością wprawiał Zofię w zakłopotanie. Czy wyposażenie studia, które służyło niejednemu pokoleniu fotografów w jej rodzinie, to nie obciach? <br />Nie ma już Studia Zofii Cendrowskiej, zniknął Zakład Foto-Pelagia Barbary Tylickiej z ulicy Targowej. ..<br />„Świat fotografii tak bardzo się zmienił, a przecież to stąd się wywodzimy” - myślał fotograf w trakcie tej wizyty. Ze wszystkich miejsc na Pradze, nigdzie nie zależało mu na zrobieniu zdjęcia tak bardzo, jak tam.”<br /><br />A propos Foto-Pelagii, wymienionej przez Kasię w „Spacerowniku”… W Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi mamy nagrane wspomnienia ostatniej właścicielki tego studia, pani Barbary Tylickiej.<br />Barbara Tylicka: Lubię to, co robię. Umiałam od dziecka robić odbitki, zdjęcia na kliszach. Siedem lat miałam, jak pierwszy raz wywoływałam własne zdjęcia. Bałam się strasznie pamiętam, ciemno,. Chciałam szybciutko to zrobić, wywołać te klisze i wyjść. <br />Nie było gotowych zestawów. Jak zaczęłam pracować to kupowało się gotowe zestawy - wywoływacze, utrwalacze. Natomiast mama miała wszystko w słojach, malutką wagę, przepisy na różne roztwory i ważyła każdy składnik oddzielnie. Robiła mieszanki samodzielnie i roztwory później do wywoływania i utrwalania. Za moich czasów już tego się nie robiło. Poza tym weszła kolorowa fotografia, były orwoskie zestawy już gotowe. Nie było maszyn jeszcze, ręcznie w tankach się wywoływało. Były kosze z żyłkami, w które wkładało się papier i w koszach, w tankach miąchało się tak, kiwało na boki.<br />Te tanki stały w takiej wannie z termostatem. Kąpiel wodna – to najpierw trzeba było to wszystko nagrzać do odpowiedniej temperatury i później cały czas tę temperaturę się utrzymywało.<br />Spędzało się większość czasu w ciemni, Miałam tylko opory bo w formalinie się moczyło na końcu... Przy suszeniu był smród niesamowity. Pilnowałam, żeby dziecko nie przychodziło w tym okresie kiedy ja wywoływałam. Odprowadzałam ją do babci, a ja zajmowałam się wywoływaniem i suszeniem.<br />Po prostu wychowywałam się w atelier, w zakładzie, przy tym aparacie, chłonęłam to wszystko. Jak się siedzi od dziecka i pomaga to wydawało mi się to rzeczą naturalną jak to się robi, skąd to się bierze, jaka kolejność, wszystko wiedziałam bez nauki no bo siedziałam, spędzałam czas.<br /><br />Anna Mizikowska: Zakład „Foto-Pelagia”, działał przy Targowej 64. Prawdopodobnie był to pierwszy usługowy punkt fotograficzny, jaki powstał na Pradze. Od zawsze prowadziły go kobiety…<br />Barbara Tylicka: Zakład został otwarty w 1914 roku, przez panią Lucy Goldberg, która razem z mężem prowadziła ten zakład do roku 1935. Następnie wyjechali do Argentyny, ponieważ byli pochodzenia żydowskiego, przeczuwając sprawy, które się rozpoczęły w Niemczech, ewakuowali się do Ameryki Południowej. I zakład odkupiła od nich moja mama. I od 1935 r. do 1978 roku prowadziła mama. Od 1978 r. ja razem z mamą prowadziłam, a od 1979 r. już prowadzę samodzielnie.<br />Od początku nazwą była „Foto-Pelagia”. Skąd wzięła się Pelagia, niestety nie wiem. Była to nazwa nadana przez osobę, która założyła tan zakład, przez panią Lucy Goldberg.<br />W czasie wojny to wiem na przykład, że nie było wody. To mama chodziła do Wisły po wodę. Zdjęcia się tylko w ciągu dnia naświetlało. Były takie specjalne ramki ze szkłem, w które wkładało się papier, kliszę i naświetlało się. Magnezja w studio, a tak to naświetlało się słońcem i woda z Wisły. To był taki okres w czasie wojny. Ale mimo to cały czas zakład działał. I Rosjanie jak później weszli też robili sobie zdjęcia. Nieraz dziwnie, mama mówi, że było. Robili zdjęcia i po dziesięć zegarków na ręku mieli, żeby było widać te zegarki.<br /> W 1971 roku, czy 1970., był remont tej kamienicy gruntowny. I te wszystkie klisze miały być chwilowo przeniesione do piwnicy. Wszystko szklane płyty. W koszach wiklinowych, robotnicy znosili po chodach na dół do piwnicy. Ponieważ byli pijani, wywalili się, wszystko zostało porysowane, potłuczone, zniszczone i nic nie zostało….]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43215291</guid><pubDate>Mon, 01 Feb 2021 23:10:13 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43215291/praskie_audiohistorie_06.mp3" length="11209410" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Transkrypcja&#13;
Anna Mizikowska: Dziś zapraszamy Państwa na spotkanie z… historią rzemiosła? Historią fotografii? W trudnym z powodu pandemii roku 2020 otworzyliśmy w Muzeum Warszawskiej Pragi wystawę „Warszawiacy. Fotografie Mikołaja Grynberga w...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Transkrypcja<br />Anna Mizikowska: Dziś zapraszamy Państwa na spotkanie z… historią rzemiosła? Historią fotografii? W trudnym z powodu pandemii roku 2020 otworzyliśmy w Muzeum Warszawskiej Pragi wystawę „Warszawiacy. Fotografie Mikołaja Grynberga w kolekcji Muzeum Warszawy”. Muzeum Pragi będzie można znów odwiedzić 4 marca - zapraszamy na tę wystawę!<br />Tymczasem warto na naszej stronie znaleźć „Spacerownik”, stworzony specjalnie do tej wystawy. Czyta się dobrze, bo napisała go Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, która jest dziennikarką i muzealnikiem. Od lat dokumentuje działalność pracowni rzemieślniczych i inicjuje nowe działania wokół warszawskiego rzemiosła.<br />Katarzyna Chudyńska-Szuchnik: „Spacerownik”, o którym chciałabym dziś Państwu opowiedzieć, powstał w związku ze zdjęciami wykonanymi przez artystę fotografika, a dziś już bardziej pisarza, Mikołaja Grynberga, w 2004 roku. Wówczas był on jednym z wielu artystów, którzy na warszawskiej Pradze wynajmowali lokale na pracownie artystyczne. Zdjęcia „Zawodowców” powstały niejako na zamówienie, z inicjatywy Galerii Luksfera. Było to pierwsze w Warszawie miejsce zajmujące się sprzedażą fotografii kolekcjonerskiej, organizujące również warsztaty fotograficzne i wystawy. Prowadziły je Katarzyna Żebrowska i Magdalena Przeździak, a mieściło się na terenie dzisiejszego Centrum Praskiego Koneser.<br />Zdjęcia Mikołaja Grynberga z cyklu „Zawodowcy” są czarno-białe, ale tak naprawdę były wykonane jednym z pierwszych aparatów cyfrowych, które właśnie artyści i fotograficy dostali od producenta, aby zrealizować jakieś zdjęcia reporterskie, jakiś materiał rejestrowany na Pradze. <br />Mikołaj Grynberg nie był entuzjastą cyfrowego obrazu i tym, wówczas najnowocześniejszym, modelem postanowił zrobić zdjęcia w odcieniach sepii, jakby sprzed wojny. A ponieważ wówczas specjalizował się w portretach, poszukiwania swe prowadził w terenie. I uznał, że tę koncepcję najlepiej zrealizuje w miejscach, które mijał codziennie – w małych sklepikach i w pracowniach rzemieślniczych.<br />Cykl „Zawodowcy:” Mikołaja Grynberga jest ważny dla Muzeum Warszawskiej Pragi i dla programu rzemieślniczego, który obecnie prowadzimy, ponieważ można uznać, że on, jako pierwszy, w 2004 roku, wychodząc do warsztatów, uwieczniając rzemieślników uznał, że są oni warci docenienia, odkrycia… W zasadzie można powiedzieć, że to było takie pierwsze odkrycie na nowo rzemiosła jako czegoś ważnego dla kultury, dla lokalnej publiczności, w końcu dla samej historii.<br />Dla pracy badawczej, która prowadzę od 2015 roku i programu „Wykonane na prawym brzegu. Rzemieślnicy” w Muzeum Warszawskiej Pragi ta wyprawa Mikołaj Grynberga jest szczególnie ważna. Co prawda minęło tylko 16 lat, ale jeśli chodzi o świat rzemiosła, to jest naprawdę bardzo dużo. Wiele tych warsztatów, które Mikołaj Grynberg uwiecznił, po prostu przestało istnieć. I żeby namierzyć miejsca, w których one istniały, znaleźć jakieś ślady (stare szyldy, fragmenty wystaw), rozpoznać te miejsca – faktycznie trzeba było kilku wypraw w teren, dokładnie śladami Mikołaja Grynberga, wielu rozmów z sąsiadami, rzemieślnikami, a nawet z paniami pracującymi w Zakładzie Gospodarowania Nieruchomościami…<br />Zachęcam Państwa do wyprawy, do spaceru śladem „Spacerownika” inspirowanego zdjęciami „Zawodowcy” Mikołaja Grynberga. Odkryjecie na pewno wiele miejsc, niektóre bardziej, niektóre mniej spektakularne… Będzie to okazja, żeby przejść się po ulicach starej Pragi, po ulicach Szmulowizny…<br />Anna Mizikowska: Przeczytam Państwu fragment „Spacerownika”, pod tytułem „Fotografki z Ząbkowskiej i ich sąsiedzi”.<br />„Bazar ma kilka bram. Wychodzimy tą do ul. Ząbkowskiej. […]<br />Drewniany walec z nawiniętym kablem – nicią to symbol pracowni Szpulka…[…]<br />Po wizycie w Szpulce warto wejść do Klitki. Pretekstem może być chęć napicia się kawy, potrzeba zrobienia zdjęcia do dokumentów lub odbycia sesji fotograficznej, a nawet poszukiwanie niebanalnego prezentu (to również mała galeria...]]></itunes:summary><itunes:duration>701</itunes:duration><itunes:keywords>cendrowska,chudyńska-szuchnik,grynberg,historia,muzeum,praga,rzemiosło,tylicka,warszawa</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e05 Nasz Gambit Królowej</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e05-nasz-gambit-krolowej--43113308</link><description><![CDATA[Praskie Audiohistorie 05 Nasz Gambit Królowej<br />Anna Mizikowska: W minionym roku rekordy popularności w sieci bił serial „Gambit królowej” opowiadający historię niezwykle uzdolnionej szachistki… Czy wiedzą Państwo, że w 1928 roku, we wsi Zerzeń pod Wawrem, w rodzinie twórcy i dyrektora miejscowej szkoły powszechnej, urodziła się jedna z najlepszych polskich szachistek? W 2012 roku, kilka lat przed swoją śmiercią, nagrała wspomnienia dla Archiwum Historii Mówionej:<br />Maria Mirosława Litmanowicz: Nazywam się Maria Mirosława Litmanowicz z domu Kałęcka. Używam drugiego imienia.  Jestem z wykształcenia ekonomistką i mam hobby. Życiowe hobby to jest gra w szachy, co sprawiło, że miałam bardzo interesujące całe życie. Całe życie, bo dosyć wcześnie zaczęłam grać. Nie tylko miałam wiele przygód grając z różnymi osobami w szachy w Polsce i co najważniejsze poza granicami kraju. Zwiedziłam wiele krajów i to bardzo dalekich od Polski dzięki, dzięki szachom. <br />W Mongolii orkiestra symfoniczna w hali sportowej witała nas jako szachistki, uczestniczki turnieju. Mam to przed oczami. Cały widok tej sali pełnej, pełnej, wszystkie miejsca były zajęte w tej hali sportowej na otwarciu naszego turnieju międzynarodowego szachowego. W Mongolii graliśmy latem sześćdziesiątego ósmego roku. I opiekował się nami przystojny, sympatyczny Dżam-dżam Szuren (zapis fonetyczny) łucznik klasy międzynarodowej. <br />Anna Mizikowska: Zapytaliśmy, jak zaczęła się ta warszawska przygoda z szachami…<br />Maria Mirosława Litmanowicz: Nauczył mnie ojciec grać w szachy i chętnie ze mną grywał. Grywał również ze mną ojca przyjaciel, bo grali ze sobą i ja się zainteresowałam, że tak się ładnie zabawiają, to ja też chciałam. Potem znalazłam się w klubie po skończeniu studiów, znalazłam się w klubie szachowym „Ogniwo – Warszawa” i od tego czasu to już zaczęła się zawodnicza przygoda szachowa. Dlatego, że w klubach szachowych wówczas wprowadzili obowiązek... Reprezentacja klubu musiała składać się z siedmiu bodajże mężczyzn i jednej kobiety. Dla…, żeby rozpowszechnić szachy wśród kobiet Polski Związek Szachowy wprowadził taki obowiązek. Wobec tego bardzo poszukiwano szachistek. Przypadkiem spotkałam szachistę z „Ogniwa”, dowiedział się, że ja gram w szachy, to natychmiast mnie prawie na rękach zaniósł do klubu. A tam byłam uwielbiana, to jak mogło mi się nie podobać.<br />Poza tym tak się złożyło, że od razu, że nie przegrałam żadnego… Na początku pierwsze dwa turnieje, to były z Mistrzostw Warszawy, obydwa wygrałam, do których mnie zgłoszono. To to również nie mogło nie zachęcić mnie do gry w szachy, skoro nie przegrywałam. I zaczęła się dlatego, tak ładnie się zaczęła, moja przygoda… Zresztą cały czas to jest piękna przygoda. Szachy to jest…  Nie wiem, czy może być piękniejsza przygoda. Pewnie może, ale... <br />Szachy to jest coś, coś wspaniałego. Coś wspaniałego. Bo dotychczas, przecież już mam osiemdziesiąt cztery lata, a wciąż bawią mnie szachy i wciąż mam piękne, piękne zajęcia z dziećmi dzięki szachom. <br />Jakieś trzy tygodnie temu grałam na symultanę na dziesięciu szachownicach w Jedynce na Wilczej. Grałam też w końcu ubiegłego roku mecz również z zawodniczką z Wrocławia, Apolonią Litwińską. Oczywiście… Nie oczywiście, to przepraszam, to jest złe słowo, nie powinnam tego powiedzieć… Ale udało mi się wygrać dwa-zero!<br />Teraz się pochwalę, muszę to powiedzieć. Jestem, proszę sprawdzić zresztą w Wikipedii, jestem rekordzistką świata. Napisałam najwięcej książek ze wszystkich! Napisałam najwięcej książek o tematyce szachowej. Bo napisałam chyba 10 tytułów, a 12 tomów. I nikt nie napisał więcej ode mnie!<br />Anna Mizikowska: W Internecie znajdą Państwo tytuły wszystkich książek bohaterki tego odcinka. Ta najważniejsza, biograficzna, to „Moja przygoda z szachami”. Poprosiliśmy, żeby Pani Mirosława choć w skrócie wymieniła swoje największe sukcesy sportowe…<br />Maria Mirosława Litmanowicz: Tytuł Mistrzyni Polski zdobyłam w sześćdziesiątym ósmym roku, a wicemistrzynią kraju byłam pięciokrotnie. W tym raz dzieliłam pierwsze -drugie miejsce przegrywając, grałam mecz o tytuł i przegrałam ten mecz. Pięciokrotnie grałam w drużynie, która zdobyła tytuł Mistrza Polski, klubowej drużynie, która zdobyła Mistrzostwo Polski. W Kadrze Narodowej byłam przez 16 lat! Pięciokrotnie reprezentowałam Polskę na Olimpiadach Szachowych, to jest w drużynowych Mistrzostwach Świata (to Olimpiady Szachowe się tak nazywają). Tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt siódem do tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego. Zwyciężyłam w dwóch turniejach międzynarodowych. A dwukrotnie byłam, dzieliłam pierwsze-drugie miejsce w turnieju w Wiedniu - to było w sześćdziesiątym roku, I w silnym turnieju w Moskwie, no bo w Rosji gra zawsze była na wysokim poziomie… Gra w szachy. Tam zdobyłam czwarte miejsce, w turnieju w Moskwie. <br />Skoro tak mi się wiodło, to dlaczego miałam tego nie opisywać…]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43113308</guid><pubDate>Mon, 25 Jan 2021 23:10:08 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43113308/praskie_audiohistorie_05_nasz_gambit_kr_lowej.mp3" length="6482710" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Praskie Audiohistorie 05 Nasz Gambit Królowej
Anna Mizikowska: W minionym roku rekordy popularności w sieci bił serial „Gambit królowej” opowiadający historię niezwykle uzdolnionej szachistki… Czy wiedzą Państwo, że w 1928 roku, we wsi Zerzeń pod...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Praskie Audiohistorie 05 Nasz Gambit Królowej<br />Anna Mizikowska: W minionym roku rekordy popularności w sieci bił serial „Gambit królowej” opowiadający historię niezwykle uzdolnionej szachistki… Czy wiedzą Państwo, że w 1928 roku, we wsi Zerzeń pod Wawrem, w rodzinie twórcy i dyrektora miejscowej szkoły powszechnej, urodziła się jedna z najlepszych polskich szachistek? W 2012 roku, kilka lat przed swoją śmiercią, nagrała wspomnienia dla Archiwum Historii Mówionej:<br />Maria Mirosława Litmanowicz: Nazywam się Maria Mirosława Litmanowicz z domu Kałęcka. Używam drugiego imienia.  Jestem z wykształcenia ekonomistką i mam hobby. Życiowe hobby to jest gra w szachy, co sprawiło, że miałam bardzo interesujące całe życie. Całe życie, bo dosyć wcześnie zaczęłam grać. Nie tylko miałam wiele przygód grając z różnymi osobami w szachy w Polsce i co najważniejsze poza granicami kraju. Zwiedziłam wiele krajów i to bardzo dalekich od Polski dzięki, dzięki szachom. <br />W Mongolii orkiestra symfoniczna w hali sportowej witała nas jako szachistki, uczestniczki turnieju. Mam to przed oczami. Cały widok tej sali pełnej, pełnej, wszystkie miejsca były zajęte w tej hali sportowej na otwarciu naszego turnieju międzynarodowego szachowego. W Mongolii graliśmy latem sześćdziesiątego ósmego roku. I opiekował się nami przystojny, sympatyczny Dżam-dżam Szuren (zapis fonetyczny) łucznik klasy międzynarodowej. <br />Anna Mizikowska: Zapytaliśmy, jak zaczęła się ta warszawska przygoda z szachami…<br />Maria Mirosława Litmanowicz: Nauczył mnie ojciec grać w szachy i chętnie ze mną grywał. Grywał również ze mną ojca przyjaciel, bo grali ze sobą i ja się zainteresowałam, że tak się ładnie zabawiają, to ja też chciałam. Potem znalazłam się w klubie po skończeniu studiów, znalazłam się w klubie szachowym „Ogniwo – Warszawa” i od tego czasu to już zaczęła się zawodnicza przygoda szachowa. Dlatego, że w klubach szachowych wówczas wprowadzili obowiązek... Reprezentacja klubu musiała składać się z siedmiu bodajże mężczyzn i jednej kobiety. Dla…, żeby rozpowszechnić szachy wśród kobiet Polski Związek Szachowy wprowadził taki obowiązek. Wobec tego bardzo poszukiwano szachistek. Przypadkiem spotkałam szachistę z „Ogniwa”, dowiedział się, że ja gram w szachy, to natychmiast mnie prawie na rękach zaniósł do klubu. A tam byłam uwielbiana, to jak mogło mi się nie podobać.<br />Poza tym tak się złożyło, że od razu, że nie przegrałam żadnego… Na początku pierwsze dwa turnieje, to były z Mistrzostw Warszawy, obydwa wygrałam, do których mnie zgłoszono. To to również nie mogło nie zachęcić mnie do gry w szachy, skoro nie przegrywałam. I zaczęła się dlatego, tak ładnie się zaczęła, moja przygoda… Zresztą cały czas to jest piękna przygoda. Szachy to jest…  Nie wiem, czy może być piękniejsza przygoda. Pewnie może, ale... <br />Szachy to jest coś, coś wspaniałego. Coś wspaniałego. Bo dotychczas, przecież już mam osiemdziesiąt cztery lata, a wciąż bawią mnie szachy i wciąż mam piękne, piękne zajęcia z dziećmi dzięki szachom. <br />Jakieś trzy tygodnie temu grałam na symultanę na dziesięciu szachownicach w Jedynce na Wilczej. Grałam też w końcu ubiegłego roku mecz również z zawodniczką z Wrocławia, Apolonią Litwińską. Oczywiście… Nie oczywiście, to przepraszam, to jest złe słowo, nie powinnam tego powiedzieć… Ale udało mi się wygrać dwa-zero!<br />Teraz się pochwalę, muszę to powiedzieć. Jestem, proszę sprawdzić zresztą w Wikipedii, jestem rekordzistką świata. Napisałam najwięcej książek ze wszystkich! Napisałam najwięcej książek o tematyce szachowej. Bo napisałam chyba 10 tytułów, a 12 tomów. I nikt nie napisał więcej ode mnie!<br />Anna Mizikowska: W Internecie znajdą Państwo tytuły wszystkich książek bohaterki tego odcinka. Ta najważniejsza, biograficzna, to „Moja przygoda z szachami”. Poprosiliśmy, żeby Pani Mirosława choć w skrócie wymieniła swoje największe sukcesy sportowe…<br />Maria Mirosława Litmanowicz: Tytuł Mistrzyni Polski zdobyłam w sześćdziesiątym ósmym roku, a...]]></itunes:summary><itunes:duration>406</itunes:duration><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e04 Dzień Babci i Dzień Dziadka</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e04-dzien-babci-i-dzien-dziadka--43026440</link><description><![CDATA[PRASKIE AUDIOHISTORIE E04 <br />Anna Mizikowska: W styczniu obchodzimy bardzo ważne święta: Dzień Babci i Dzień Dziadka. Z tej okazji wyszukałam w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi dwa nagrania. Jako pierwsza swoich dziadków wspomina Pani Wanda Iłecka, urodzona w 1914 roku. Jej dziadkiem był Leon Ogórkiewicz, właściciel Fabryki Ślusarskiej (parcela między Brukową, dziś Okrzei a Krowią). A babcia, Maria, wychowywała dziewięcioro dzieci!<br />Wanda Iłecka: Dziadek ze mną chodził, chodził w pole, wtedy jeszcze pola były, o chodził z laseczką i opowiadał różne... Babcia miała tyle tych mamek, tyle miała tych różnych… Tam cały dom był pełen ludzi… Bardzo kochani byli, bardzo kochani. Pamiętam, dziadek tak się mną ciągle, żeby Wandzia, żeby Wandzia... A w ogóle mi mówili, jak byłam mała: Dziudzia, Dziudzia i Dziudzia, i w końcu dziadek zaoponował: słuchajcie, zostawcie już tą Dziudzię, niech ona ma prawdziwe imię Wandzia. <br />Dziadek był smirny... Słuchaj, jak on tych chłopaków miał tyle, jak on by był taki… O!, trzymał ich krótko. Surowo  Jak tam było ośmiu chłopaków?!. Obiad musiał być dwunasta godzina. To dziadek zasiadał pierwszy... Tam było ze dwie kucharki… A babcia tylko kapelusik na główkę i do Elwirki na Stare Miasto… Sznurowany gorsecik i do Elwirki. Bardzo przystojna była zresztą, blondynka. Oczy takie miała... Ale ja już siwą ją pamiętam. Siwiutka, tylko jej się kręciły włosy, więc zawsze miała wiesz, koczek tu i włoski wyciągnięte.<br />Dziadek czuprynę miał fajną. O, tylko dziadek później to był już taki, ale jak był młody to był smirny. Czuprynę miał, tak kręciły mu się włosy trochę, falowane, to ja pamiętam, ja. Tak, dobry był, wysoki, zgrabny. ”Marychno, Marychno!” ciągle było. Strofował ciągle babcię. Ona do Elwirki tylko, do siostry tego, to tylko kapelusik na główkę a, dziadek ojca piłował, żeby kupił parcelę i ogródek i ten ogródek, dziadek siedział w ogródku i robił, i kopał i siał, już od rana biegał tam do tego ogrodu, przynosił te warzywa do domu, takie pełen tryumfu.<br />Anna Mizikowska: Druga relacja przenosi nas do lat 50., do kamienicy przy Targowej 84:<br />Jacek Natorff: Był rytuał po obiedzie, prawda: babcia zmywała, dziadek ze ściereczką naczynia wycierał i tak to już było utarte, prawda, tak jak ja to pamiętam, to to zawsze się to tak odbywało. Z tym, że pracował tylko dziadek, natomiast babcia zajmowała się najpierw wychowaniem córki, czyli mojej mamy, potem wychowaniem mnie i siostry, bo mama pracowała. Natomiast Babcia cały czas prowadziła gospodarstwo domowe.<br />Anna Mizikowska: Swoich dziadków: Wandę i Zenona Kozłowskich oraz Zofię Natorff wspomina Pan Jacek Natorff, urodziny w 1947 roku:<br />Jacek Natorff: Dziadek do emerytury w zasadzie pracował. Po przyjściu z pracy, prawda, miał przygotowany obiad. Potem, tak jak już mówiłem, to zmywanie tych statków, to był taki rytuał. No i potem, po tym zmywaniu, pamiętam, że siadał w fotelu, zapalał papierosa… Papierosy były takie aromatyczne, lubiłem wchodzić do pokoju, jak ten dymek się taki unosił, prawda… Myśmy mieszkali w tych trzech pokojach, w zasadzie była to rodzina,,, w zasadzie mieszkały trzy pokolenia: dlatego że mieszkali dziadkowie, mieszkała mama – nie z ojcem, a z mężem, mieszkałem ja z siostrą. Także trzy pokolenia. To w trzech pokojach wbrew pozorom nie było to za luźno… Dziadkowie mieli ten pokój największy, prawda.<br />I babcia ze strony ojca, czyli matka mojego ojca, mieszkała na sąsiedniej klatce, przez ścianę mieszkanie. U babci imponujący był stół. Stół chyba na 24 osoby, wielki, potężny, prawda, na którym można było śmiało grać w ping-ponga. Był piękny w tym stołowym pokoju, był piękny żyrandol taki… Taki, który można było podnieść do góry albo opuścić, z pięknymi kloszami…Mnie fascynowały mnie te obciążniki, odważniki, za pomocą których można było to przesuwać do góry i do dołu… No i u babci tez było radio takie, prawda, jak się gałki przełączało to się tam kolory zmieniały, prawda… No, jako małemu chłopakowi to się podobało! Atrakcja!<br />Babcia miała słodki sklepik. Sklep miała przy Targowej róg Ząbkowskiej, prawda. Ja lubiłem ciastka, lubiłem wodę sodową… Saturator był, sok był do oporu. Człowiek nie musiał płacić rachunku i jeszcze parę groszy wyniósł ze sklepu! No to…Znaczy nie ukradł, a dostał.<br /><br />Anna Mizikowska: Wszystkim Babciom i Dziadkom życzymy dużo zdrowia! Namawiam, żeby nagrać – choćby na telefon – jak pamiętają Państwo swoich dziadków. I nagranie przesłać do nas, do Muzeum Pragi.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/43026440</guid><pubDate>Wed, 20 Jan 2021 13:30:09 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/43026440/praskie_audiohistorie_e04.mp3" length="6196825" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>PRASKIE AUDIOHISTORIE E04 
Anna Mizikowska: W styczniu obchodzimy bardzo ważne święta: Dzień Babci i Dzień Dziadka. Z tej okazji wyszukałam w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi dwa nagrania. Jako pierwsza swoich dziadków wspomina...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[PRASKIE AUDIOHISTORIE E04 <br />Anna Mizikowska: W styczniu obchodzimy bardzo ważne święta: Dzień Babci i Dzień Dziadka. Z tej okazji wyszukałam w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi dwa nagrania. Jako pierwsza swoich dziadków wspomina Pani Wanda Iłecka, urodzona w 1914 roku. Jej dziadkiem był Leon Ogórkiewicz, właściciel Fabryki Ślusarskiej (parcela między Brukową, dziś Okrzei a Krowią). A babcia, Maria, wychowywała dziewięcioro dzieci!<br />Wanda Iłecka: Dziadek ze mną chodził, chodził w pole, wtedy jeszcze pola były, o chodził z laseczką i opowiadał różne... Babcia miała tyle tych mamek, tyle miała tych różnych… Tam cały dom był pełen ludzi… Bardzo kochani byli, bardzo kochani. Pamiętam, dziadek tak się mną ciągle, żeby Wandzia, żeby Wandzia... A w ogóle mi mówili, jak byłam mała: Dziudzia, Dziudzia i Dziudzia, i w końcu dziadek zaoponował: słuchajcie, zostawcie już tą Dziudzię, niech ona ma prawdziwe imię Wandzia. <br />Dziadek był smirny... Słuchaj, jak on tych chłopaków miał tyle, jak on by był taki… O!, trzymał ich krótko. Surowo  Jak tam było ośmiu chłopaków?!. Obiad musiał być dwunasta godzina. To dziadek zasiadał pierwszy... Tam było ze dwie kucharki… A babcia tylko kapelusik na główkę i do Elwirki na Stare Miasto… Sznurowany gorsecik i do Elwirki. Bardzo przystojna była zresztą, blondynka. Oczy takie miała... Ale ja już siwą ją pamiętam. Siwiutka, tylko jej się kręciły włosy, więc zawsze miała wiesz, koczek tu i włoski wyciągnięte.<br />Dziadek czuprynę miał fajną. O, tylko dziadek później to był już taki, ale jak był młody to był smirny. Czuprynę miał, tak kręciły mu się włosy trochę, falowane, to ja pamiętam, ja. Tak, dobry był, wysoki, zgrabny. ”Marychno, Marychno!” ciągle było. Strofował ciągle babcię. Ona do Elwirki tylko, do siostry tego, to tylko kapelusik na główkę a, dziadek ojca piłował, żeby kupił parcelę i ogródek i ten ogródek, dziadek siedział w ogródku i robił, i kopał i siał, już od rana biegał tam do tego ogrodu, przynosił te warzywa do domu, takie pełen tryumfu.<br />Anna Mizikowska: Druga relacja przenosi nas do lat 50., do kamienicy przy Targowej 84:<br />Jacek Natorff: Był rytuał po obiedzie, prawda: babcia zmywała, dziadek ze ściereczką naczynia wycierał i tak to już było utarte, prawda, tak jak ja to pamiętam, to to zawsze się to tak odbywało. Z tym, że pracował tylko dziadek, natomiast babcia zajmowała się najpierw wychowaniem córki, czyli mojej mamy, potem wychowaniem mnie i siostry, bo mama pracowała. Natomiast Babcia cały czas prowadziła gospodarstwo domowe.<br />Anna Mizikowska: Swoich dziadków: Wandę i Zenona Kozłowskich oraz Zofię Natorff wspomina Pan Jacek Natorff, urodziny w 1947 roku:<br />Jacek Natorff: Dziadek do emerytury w zasadzie pracował. Po przyjściu z pracy, prawda, miał przygotowany obiad. Potem, tak jak już mówiłem, to zmywanie tych statków, to był taki rytuał. No i potem, po tym zmywaniu, pamiętam, że siadał w fotelu, zapalał papierosa… Papierosy były takie aromatyczne, lubiłem wchodzić do pokoju, jak ten dymek się taki unosił, prawda… Myśmy mieszkali w tych trzech pokojach, w zasadzie była to rodzina,,, w zasadzie mieszkały trzy pokolenia: dlatego że mieszkali dziadkowie, mieszkała mama – nie z ojcem, a z mężem, mieszkałem ja z siostrą. Także trzy pokolenia. To w trzech pokojach wbrew pozorom nie było to za luźno… Dziadkowie mieli ten pokój największy, prawda.<br />I babcia ze strony ojca, czyli matka mojego ojca, mieszkała na sąsiedniej klatce, przez ścianę mieszkanie. U babci imponujący był stół. Stół chyba na 24 osoby, wielki, potężny, prawda, na którym można było śmiało grać w ping-ponga. Był piękny w tym stołowym pokoju, był piękny żyrandol taki… Taki, który można było podnieść do góry albo opuścić, z pięknymi kloszami…Mnie fascynowały mnie te obciążniki, odważniki, za pomocą których można było to przesuwać do góry i do dołu… No i u babci tez było radio takie, prawda, jak się gałki przełączało to się tam kolory zmieniały, prawda… No, jako małemu...]]></itunes:summary><itunes:duration>388</itunes:duration><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e03 Dwoje olimpijczyków i tajny agent - przedwojenni sportowcy związani z Pragą</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e03-dwoje-olimpijczykow-i-tajny-agent-przedwojenni-sportowcy-zwiazani-z-praga--42878480</link><description><![CDATA[Praskie Audiohistorie E03<br />Dwoje zdobywców złotych medali olimpijskich i tajny agent brytyjskiego wywiadu. To przedwojenni mistrzowie sportowi, związani z prawobrzeżną Warszawą. I o nich dziś opowiem.<br />Kobiety mają pierwszeństwo: Halina Konopacka przeszła do historii jako pierwsza Polka, która wygrała złoty medal olimpijski dla naszego kraju. Był rok 1928 i Mazurek Dąbrowskiego, odegrany na stadionie w Amsterdamie, idealnie dopełnił obchody dziesięciu lat niepodległości Polski.<br />Urodziła się w 1900 roku w Rawie Mazowieckiej, ale dorastała w mieszkaniu przy Grochowskiej 326 w Warszawie. Swoje pierwsze dziecinne zwycięstwo w grze w piłkę odniosła na praskim placu zabaw… Jej starszy brat, Tadeusz, był uznanym sportowcem, piłkarzem Polonii Warszawa, brązowym medalistą Mistrzostw Polski w trójskoku. <br />Dziewczęta w tamtych czasach rzadko uprawiały wyczynowy sport. Dwudziestoletnia Konopacka amatorsko grała w tenisa, jeździła na nartach i konno, ale nie myślała o sportowej karierze. Na szczęście wśród jej znajomych znalazł się m.in. Tadeusz Semadeni – członek drużyny pływackiej warszawskiego AZS-u, założyciel Polskiego Związku Pływackiego. To on pewnego dnia 1924 roku zaprowadził Halinę na boisko. Tak to po latach wspominała:<br />Lekkoatletyka zaczęła się bardzo dziwnie. Zapoznałam Semadeniego Tadeusza, który mnie przyprowadził na boisko. I tam leżały różne przyrządy, no i każdy przyrząd ciekawość kazała rzucić, biegać, próbować. Po prostu z radości życia i młodości, z przygody, z tego wszystkiego, co sport się powinien składać; zamiłowania do ruchu. No i jak wzięłam ten dysk, to okazało się, że padł jakiś rekord Polski. No to już wtedy mnie wzięli w jakąś ramkę i kazali mi trochę trenować… <br />Ten „jakiś rekord”, czyli pierwszy polski rekord świata w rzucie dyskiem, pobiła Konopacka na stadionie na Agrykoli niecały rok po rozpoczęciu treningów. Potem było Mistrzostwo Świata w 1926 roku i wspomniany już medal olimpijski. Przygotowywała się do tych zawodów w Parku Skaryszewskim, na stadionie AZS, który – jako zawodniczka AZS – pomagała budować.<br />Wyjechała z Polski we wrześniu 1939 roku. Była jednym z kierowców w konwoju ewakuującym z kraju złoto Banku Polskiego. Organizatorem całej akcji był jej mąż, Ignacy Matuszewski.<br />Po wojnie mieszkała w Stanach, kilkakrotnie przyjeżdżała do Warszawy. Jest jeszcze coś, co wiąże Konopacką z prawym brzegiem stolicy. Zgodnie z Jej wolą jej prochy spoczywają na Cmentarzu Bródnowskim.<br /><br />O kolejnym wspaniałym lekkoatlecie międzywojnia Muzeum Warszawy stale opowiada w swoim oddziale w Palmirach. Był bowiem jedną z ofiar niemieckiej egzekucji w Puszczy Kampinoskiej w czerwcu 1940 roku.<br />Janusz Kusociński był warszawiakiem. Urodził się w 1907 roku. Swoją sportową karierę zaczynał jako piłkarz w wolskim Robotniczym Klubie Sportowym Sarmata. Przypadkiem, na zastępstwie za kolegę, zadebiutował w tym klubie jako biegacz. I od razu wygrał.<br />Co go łączy z warszawską Pragą?<br />W 1928 roku na grochowskim stadionie Orła rozegrał jeden ze swoich najbardziej pamiętnych i brzemiennych w skutki biegów.<br />Do polskiej Reprezentacji i do drużyny Warszawianki dołączył właśnie Stanisław Petkiewicz – biegacz, który dopiero co w barwach Łotwy startował na 5000 m Olimpiadzie w Amsterdamie.  <br />W tym samym roku, na tym samym dystansie Kusociński triumfował jako Mistrz Polski. Ale na Olimpiadę się nie zakwalifikował… Za to - wkrótce po Mistrzostwach -otrzymał powołanie do wojska. <br />Napięcie między rywalami o podobnych możliwościach sportowych ciągle rosło. Sam Kusociński tak to wspominał:<br />Dzięki staraniom przyjaciół otrzymuję przydział w baonie administracyjnym III kompanii, która stacjonuje na Pradze. Dowódcą moim jest kapitan Polniaszek, serdeczny opiekun sportowców. Byłem więc zadowolony, że znalazłem się w jego kompanii. […] <br />W dwa tygodnie po wstąpieniu do wojska, na boisku Orła na Grochowie odbywały się zawody. Miałem tam startować razem z Petkiewiczem na 3000 m. Już zawczasu, na trzy tygodnie przedtem umówiliśmy się, że bieg skończymy razem. Była już bowiem spóźniona pora (druga połowa października) i żaden z nas nie chciał w tym czasie biegać na czas. Kiedy jednak przyjechałem na boisko i spytałem Petkiewicza, co będzie z biegiem, ten mi wprost odpowiedział: - Nie zgadzam się na nic, robię czas i nic mnie nie obchodzi. <br />Przyznam się, że zdumiony byłem jego oświadczeniem. Nic innego – pomyślałem sobie – Petkiewicz wie, że od dwóch tygodni nie trenuję, że będąc w wojsku odbywam uciążliwe ćwiczenia, a więc jestem nieco przemęczony. Jednym słowem liczy, że spadłem z formy i chce w ten sposób wykorzystać moją słabość, aby zrewanżować się za poprzednie porażki. - zrób, jak uważasz – odpowiedziałem, z nieukrywanym gniewem. Postanowiłem jednak walczyć do upadłego i pokazać mu, że nawet w takich warunkach jestem dla niego groźny.<br /> Nigdy nie zapomnę tego biegu. To była walka na śmierć i życie. Przez całych siedem okrążeń nawzajem odbieraliśmy sobie prowadzenie, o które ja w pierwszym rzędzie walczyłem, gdyż chciałem unormować tempo wolniejsze, aby chować siły na finisz. Tymczasem Pietkiewicz przeczuł moją taktykę i nie chciał ani na chwilę zwolnić. […] Na ostatnich dwustu metrach Petkiewicz rozpoczyna przepiękny finisz i przychodzi pierwszy, w czasie 8:54,2. Ja walki nie przyjmuję i oczywiście przegrywam.<br />Bieg ten był dla mnie poważną przestrogą i nauczką, co staje się z zawodnikiem, który nie trenuje […] Bieg na Grochowie stał się punktem zwrotnym w stosunku Pietkiewicza do mnie i odwrotnie. Teraz już ani on ani ja nie ukrywaliśmy wzajemnej niechęci….<br />Dlaczego ta przegrana ma takie znaczenie w karierze Kusocińskiego? Panowie ścierali się na bieżni wielokrotnie. Raz wygrywał jeden, raz drugi. W 1929 roku poważna kontuzja i śmierć siostry sprawiły, że Kusociński zamierzał na zawsze wycofać się ze sportu. Gdy poszedł załatwiać formalności, spotkał Petkiewicza. I złość, chęć pokonania rywala sprawiły, że wrócił do treningów.<br />Krótko przed eliminacjami na Olimpiadę w Los Angeles Klub Warszawianka doprowadził do dyskwalifikacji Stanisława Petkiewicza. Oficjalnie mówiło się, że nie powinien czerpać dochodu ze sportowej popularności. Nieoficjalnie, że Klub nie chciał stracić Kusocińskiego, który groził zmianą barw, bo nie chciał trenować z Petkiewiczem. Sam Kusociński nie był pewny, czy trzeba było dyskwalifikować rywala…<br />W każdym razie na Olimpiadę w 1932 roku pojechał tylko Janusz Kusociński. Wygrał w biegu na 10 tysięcy metrów, ustanawiając nowy rekord olimpijski. Kolejny polski złoty medal olimpijski.<br />Upamiętnieniem Janusza Kusocińskiego jest Memoriał jego imienia, rozgrywany w Polsce od 1954 roku, przez większość tego czasu na Stadionie Dziesięciolecia na warszawskiej Pradze.<br /><br />Pora oddać honory trzeciemu sportowcowi. Jego życiorys stał się kanwą do książki i filmu fabularnego.<br />Jerzy Iwanow-Szajnowicz urodził się w 1911 roku w Warszawie. Był synem Polki i rosyjskiego pułkownika. Wkrótce zyskał ojczyma, Greka, i zamieszkał z nim w Salonikach. Tam, w klubie sportowym Iraklis, zwyciężał w skokach do wody, żeglowaniu i pływaniu – został nawet Mistrzem Grecji. Podjął studia w Belgii i Francji – w Belgii wygrał Mistrzostwa Akademickie. <br />Ale czuł się Polakiem i w 1935 roku oficjalnie uzyskał polskie obywatelstwo. To oznaczało, że może ubiegać się o członkostwo w polskim, warszawskim klubie sportowym. Jego kolega, Tadeusz Makowski wspominał w radiu ich pierwsze spotkanie:<br />Pewnego dnia pod koniec 1937 r. na pływalni AZS-u w Parku Skaryszewskim trening odbywała drużyna piłki wodnej. Na pomoście stanął przystojny, dobrze zbudowany, uśmiechnięty chłopak. Po skończonych ćwiczeniach podszedł do jednego z zawodników. – Kolega Makowski? – Tak, a skąd kolega zna moje nazwisko? – Zaraz powiem, ale pozwólcie, że najpierw wam się przedstawię. Nazywam się Jerzy Iwanow-Szajnowicz […] Jestem Polakiem i chcę grać z wami w piłkę wodną.<br />Iwanow-Szajnowicz chciał zostać w Polsce. Grał w AZS w water-polo. Treningi i część meczów rozgrywano w Jeziorku Kamionkowskim. Jego drużyna zdobyła nawet Wicemistrzostwo Polski, a on był ponoć jej najlepszym strzelcem…  <br />Na chwilę przed wybuchem II wojny światowej pojechał do Salonik, pożegnać się z matką. Chciał walczyć w polskim wojsku. Nie zdążył wrócić. <br />Był poliglotą, znał 6 języków, w tym niemiecki, dobrze znał Grecję. Polski wywiad zaprosił go do współpracy. Początkowo realizował zadania kontrwywiadowcze w Grecji. Jesienią 1940 roku, na statku „Warszawa” przepłynął do Palestyny. Podobno chciał służyć w Polskich Siłach Zbrojnych, ale w jego przerzucie brał udział polski wywiad… Wiadomo, że w Jerozolimie nawiązał kontakt w wywiadem brytyjskim. I że tam przeszedł przeszkolenie, między innymi z podkładania min i posługiwania się radiostacją. Łodzią podwodną przewieziono go z powrotem do Grecji, z otrzymanym od Polaków sprzętem i pieniędzmi. I tam nagle okazało się, że służy w wywiadzie brytyjskim, jako agent 033B… Nie znalazłam jednego wyjaśnienia tej zmiany.<br />W każdym razie osiągnięcia Iwanowa, jako tajnego agenta, można śmiało porównywać z osiągnięciami Jamesa Bonda. Zatrudnił się w fabryce samolotów dla Luftwaffe: do silników on i inni robotnicy wsypywali opiłki, doprowadzając do awarii lecących maszyn. Przekazywał aliantom informacje o ruchach konwojów niemieckich. Jednak najciekawiej brzmią opowieści o czynach, których oficjalnie nie potwierdzono: podobno Iwanow podpłynął nocą wpław do niemieckiego u-boota, podczepił do niego minę, wrócił na brzeg i obserwował wybuch. Cała akcja trwała 4 godziny… Podobno innym razem nakierował łódź z materiałem wybuchowym na statek z towarem dla okupanta i wyskoczył z niej chwilę przed trafieniem w cel… <br />Niemcy schwytali go trzykrotnie. Uciekł im z aresztu, z transportu, próbował uciec z miejsca kaźni. Tym razem się nie udało.<br />Grecy uważają Iwanowa-Szajnowicza za swojego bohatera, co roku rozgrywane są zawody jego imienia. Brytyjska królowa uznała jego zasługi płacąc jego rodzinie. Polacy mogą przeczytać niezłą książkę „Agent 001”.<br /><br />Wykaz źródeł w nagraniu. I w tagach. Powody techniczne.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/42878480</guid><pubDate>Mon, 11 Jan 2021 23:10:10 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/42878480/praskie_audiohistorie_e03_c.mp3" length="11590171" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Praskie Audiohistorie E03
Dwoje zdobywców złotych medali olimpijskich i tajny agent brytyjskiego wywiadu. To przedwojenni mistrzowie sportowi, związani z prawobrzeżną Warszawą. I o nich dziś opowiem.
Kobiety mają pierwszeństwo: Halina Konopacka...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Praskie Audiohistorie E03<br />Dwoje zdobywców złotych medali olimpijskich i tajny agent brytyjskiego wywiadu. To przedwojenni mistrzowie sportowi, związani z prawobrzeżną Warszawą. I o nich dziś opowiem.<br />Kobiety mają pierwszeństwo: Halina Konopacka przeszła do historii jako pierwsza Polka, która wygrała złoty medal olimpijski dla naszego kraju. Był rok 1928 i Mazurek Dąbrowskiego, odegrany na stadionie w Amsterdamie, idealnie dopełnił obchody dziesięciu lat niepodległości Polski.<br />Urodziła się w 1900 roku w Rawie Mazowieckiej, ale dorastała w mieszkaniu przy Grochowskiej 326 w Warszawie. Swoje pierwsze dziecinne zwycięstwo w grze w piłkę odniosła na praskim placu zabaw… Jej starszy brat, Tadeusz, był uznanym sportowcem, piłkarzem Polonii Warszawa, brązowym medalistą Mistrzostw Polski w trójskoku. <br />Dziewczęta w tamtych czasach rzadko uprawiały wyczynowy sport. Dwudziestoletnia Konopacka amatorsko grała w tenisa, jeździła na nartach i konno, ale nie myślała o sportowej karierze. Na szczęście wśród jej znajomych znalazł się m.in. Tadeusz Semadeni – członek drużyny pływackiej warszawskiego AZS-u, założyciel Polskiego Związku Pływackiego. To on pewnego dnia 1924 roku zaprowadził Halinę na boisko. Tak to po latach wspominała:<br />Lekkoatletyka zaczęła się bardzo dziwnie. Zapoznałam Semadeniego Tadeusza, który mnie przyprowadził na boisko. I tam leżały różne przyrządy, no i każdy przyrząd ciekawość kazała rzucić, biegać, próbować. Po prostu z radości życia i młodości, z przygody, z tego wszystkiego, co sport się powinien składać; zamiłowania do ruchu. No i jak wzięłam ten dysk, to okazało się, że padł jakiś rekord Polski. No to już wtedy mnie wzięli w jakąś ramkę i kazali mi trochę trenować… <br />Ten „jakiś rekord”, czyli pierwszy polski rekord świata w rzucie dyskiem, pobiła Konopacka na stadionie na Agrykoli niecały rok po rozpoczęciu treningów. Potem było Mistrzostwo Świata w 1926 roku i wspomniany już medal olimpijski. Przygotowywała się do tych zawodów w Parku Skaryszewskim, na stadionie AZS, który – jako zawodniczka AZS – pomagała budować.<br />Wyjechała z Polski we wrześniu 1939 roku. Była jednym z kierowców w konwoju ewakuującym z kraju złoto Banku Polskiego. Organizatorem całej akcji był jej mąż, Ignacy Matuszewski.<br />Po wojnie mieszkała w Stanach, kilkakrotnie przyjeżdżała do Warszawy. Jest jeszcze coś, co wiąże Konopacką z prawym brzegiem stolicy. Zgodnie z Jej wolą jej prochy spoczywają na Cmentarzu Bródnowskim.<br /><br />O kolejnym wspaniałym lekkoatlecie międzywojnia Muzeum Warszawy stale opowiada w swoim oddziale w Palmirach. Był bowiem jedną z ofiar niemieckiej egzekucji w Puszczy Kampinoskiej w czerwcu 1940 roku.<br />Janusz Kusociński był warszawiakiem. Urodził się w 1907 roku. Swoją sportową karierę zaczynał jako piłkarz w wolskim Robotniczym Klubie Sportowym Sarmata. Przypadkiem, na zastępstwie za kolegę, zadebiutował w tym klubie jako biegacz. I od razu wygrał.<br />Co go łączy z warszawską Pragą?<br />W 1928 roku na grochowskim stadionie Orła rozegrał jeden ze swoich najbardziej pamiętnych i brzemiennych w skutki biegów.<br />Do polskiej Reprezentacji i do drużyny Warszawianki dołączył właśnie Stanisław Petkiewicz – biegacz, który dopiero co w barwach Łotwy startował na 5000 m Olimpiadzie w Amsterdamie.  <br />W tym samym roku, na tym samym dystansie Kusociński triumfował jako Mistrz Polski. Ale na Olimpiadę się nie zakwalifikował… Za to - wkrótce po Mistrzostwach -otrzymał powołanie do wojska. <br />Napięcie między rywalami o podobnych możliwościach sportowych ciągle rosło. Sam Kusociński tak to wspominał:<br />Dzięki staraniom przyjaciół otrzymuję przydział w baonie administracyjnym III kompanii, która stacjonuje na Pradze. Dowódcą moim jest kapitan Polniaszek, serdeczny opiekun sportowców. Byłem więc zadowolony, że znalazłem się w jego kompanii. […] <br />W dwa tygodnie po wstąpieniu do wojska, na boisku Orła na Grochowie odbywały się zawody. Miałem tam startować razem z Petkiewiczem...]]></itunes:summary><itunes:duration>725</itunes:duration><itunes:keywords>agnieszkametelskazłotalegendah,halinakonopackawspominazwycięs,iwanow-szajnowicz,januszkusocińskiodpalantadooli,jerzyiwanowszajnowiczzziemipol,konopacka,kusociński,mariarotkiewiczzradościżyciaha,mariuszborowiakdwaobliczaagent,muzeumpragi,praga,tadeuszmakowskikraulemprzezwis</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e02 "Wiesław Brengos o szkolnym sporcie na Bródnie"</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e02-wieslaw-brengos-o-szkolnym-sporcie-na-brodnie--42551347</link><description><![CDATA[Dziś w Praskich Audiohistoriach rozwiniemy nieco temat sportu na Pradze, który poruszamy w słuchowisku “Goool!...” dostępnym na stronie muzeumpragi.pl.<br />Na muzealny apel - ogłoszenie, że nagrywamy wspomnienia - odpowiedział Pan Wiesław  Brengos. Od lat 50. do lat 80. uczył wychowania fizycznego w bródnowskich szkołach podstawowych. Miał niebagatelny wpływ na rozwój szkolnego sportu i młodzieżowych mistrzostw piłki ręcznej.<br /><br />Transkrypcja:<br /><br />Praskie Audiohistorie. E02 <br /><br /><br />Anna Mizikowska: Dziś w Praskich Audiohistoriach rozwiniemy nieco temat sportu na Pradze, który poruszamy w słuchowisku “Goool!...” dostępnym na stronie muzeumpragi.pl.<br />Na muzealny apel - ogłoszenie, że nagrywamy wspomnienia - odpowiedział Pan Wiesław  Brengos. Od lat 50. do lat 80. uczył wychowania fizycznego w bródnowskich szkołach podstawowych. Miał niebagatelny wpływ na rozwój szkolnego sportu i młodzieżowych mistrzostw piłki ręcznej.<br />Wiesław Brengos: Po skończeniu liceum pedagogicznego z wyróżnieniem sportowym człowiek wszedł do Warszawy w miejsce, no… Szkoła, stara szkoła, bo szkoła w 1938 roku wybudowana, jako budynek nowy, ale sportowo nieprzygotowany. Boisko - ugór, sala bez wyposażenia żadnego, ponieważ Niemcy tam mieli swój klub i zamieszkali, mieli po prostu kasyno. <br />1954 rok. Toruńska 23, szkoła podstawowa nr 42. Po liceum, czyli jako dwudziestolatek, zacząłem pracę w Warszawie, na Bródnie, na Annopolu, w środowisku kryminogennym. Bo obok, no, pozostałości przedwojenne… Bo tam było 56 baraków, wybudowano. I element niepłacący za mieszkania, element kryminogenny, po prostu nie nadający się do środowiska grupowego, do tego… wyrzucano z Warszawy właśnie tam. W tej chwili to już po prostu jest historia.<br />Ja nie przyszedłem jako wuefiarz, tylko nauczyciel od wszystkiego. Jedynie śpiewu nie uczyłem. No i po prostu w pewnym okresie wizytacja szkoły jest, ja mam w którejś klasie - bo miałem 2 czy 4 godziny wf-u, miałem wf na holu, bo tam hole były… Wizytator przeszedł, stanął z boku, popatrzył na tą lekcję, poszedł sobie. No i potem awantura w szkole, dlaczego ja wf-u nie uczę.  No i po tej wizytacji po prostu mnie zabrano wszystkie lekcje, a dano mi wf. I od tego się zaczęło po prostu. Sala… Sala gimnastyczna 18x9… Sala gimnastyczna! Goła! Bez kosza, bez ochron na szyby. Co można zrobić? Obok… Zaraz po wojnie, dookoła Warszawy, były tak zwane Ochronne Jednostki Wojskowe. I w pobliżu, na Marywilskiej, stała jednostka wojskowa. No i w tym czasie częściowo zaczęli to likwidować. i tam oni mieli, po prostu, salkę pod namiotem. I tam drabinki były. Oni mi dali drabinki… W związku z tym… Fachowców nie ma, no to do rodziców się zwracam: “słuchajcie, czy ktoś może pomóc?” Coś w tym sensie… No to ten, ten… No i załatwiłem drabinki. Ale przy okazji… Stoją stoły pingpongowe. “Będziecie zabierali?” - “no, te dwa nowe weźmiemy”. No to z dwóch stołów kosze, tablice do koszy. Salę wyposażyłem w potrzebne rzeczy. O piłce, o piłce to można było pomarzyć. Piłki to były, jak to mówią na wentyl, pompowane pompką, pompką po prostu. I jeszcze szyte. Nie takie gładkie tylko prosto… Po dwóch latach i tak dalej, zaczęły się ukazywać piłki, po prostu, normalne. Do kosza to dużo później przyszły piłki. Tylko były, po prostu, piłki skórzane.  Boiska nie ma. Gruzy. No to trzeba, po prostu, ja opisałem te rzeczy… A ponieważ kotłownia na miejscu, wysypali żużel, no to z tego żużlu stopniowo, stopniowo, bieżnia. Rodzice mi pomogli zrobić skrzynię na skocznię. Piasek, nie piasek, to tam się taczkami woziło. I tak stopniowo człowiek bazę swoją przygotowywał. Proszę sobie wyobrazić, że ja tam zrobiłem lodowisko! Następna sprawa: natryski,  no higiena… <br />Ponieważ zorientowałem się że tylko by w kopaną grali, tylko to było modne,   w związku z tym postanowiłem -  mimo że sam nie grałem i nie byłem zaangażowany,  zainteresowany - wprowadzić piłkę ręczną. Bo nie potrzeba dużej przestrzeni do ćwiczeń, nie potrzeba ogromnego boiska… To na tej małej salce i tym małym boisku, po prostu, zacząłem wprowadzać. Początkowo młodzież buntowała się.  I z tą piłką ręczną potem gdzieś trzeba wyjść, pokazać się. Między szkołami był prowadzony cykl zawodów. Międzyszkolne zawody sportowe. Centralnie opiekował się Szkolny Związek Sportowy. Był Centralny, był Wojewódzki, i był Dzielnicowy… I  Szkolny Związek po prostu dopłacał do tego,  a oprócz tego, w tych zawodach jak człowiek uczestniczył i jakieś wyniki wysokie już na szczeblu wojewódzkim [uzyskał] to organizowali… były organizowane obozy sportowe. I teraz, z tamtego środowiska parę osób wprowadziłem do pierwszej Ligi. Albo do AZS-u warszawskiego, albo do Skry-Warszawa. Choińska Ewa, Maciołek, potem Lipiński, Ogonowski i tak dalej... Po prostu są na listach jako pierwszoligowcy.<br />Anna Mizikowska: Początek lat 70. to przeprowadzka do nowej szkoły…<br />Wiesław Brengos: Bródno się rozbudowywało, rozbudowywało… I chciałem się przenieść w lepsze warunki. będą No to szkołę obok pobudowali, 275. Ale salka mała. Potem pobudowali 280. To ja biegałem i przyglądałem się - salka mała. No i zaczęli budować na Żuromińskiej szkołę. No, salka trochę większa bo 24, nie, 28 metrów… No i postanowili naszą szkołę zlikwidować, a nas wpuścić na Żuromińską, do nowej szkoły. I w nowym środowisku, no niestety: boisko ładne, ale gliniaste. Co zrobić? To załatwiłem forsę, 250 tysięcy złotych, przelali mi znajomi na komitet rodzicielski.  No i firmę znalazłem, że zrobią.... Ale trzeba ściągnąć tę warstwę ziemi. Jak pan załatwi, to… Córka nawet taczki wywoziła!<br />W tym czasie, kiedy żeśmy na Żuromińskiej pracowali, zaczęli budować na Balkonowej szkołę z basenem. Szkoła o, po prostu, trochę innych parametrach i innym kształcie budowy, i tak dalej… No i w pierwszej…, jak to mówią, w planach, chcieli przenieść liceum z Tarchomina, 46., do tej szkoły i tam liceum zrobić.  Ale znów zacząłem chodzić i mówić: “słuchajcie, jak liceum wejdzie, to sportowo pociechy nie będzie. Dobrze by było sportową szkołę, albo z klasami sportowymi zrobić”. No i okazuje się, władze dały się przekonać…<br />MWP: - To była pierwsza szkoła sportowa w tej dzielnicy?<br />WB: - Szkoły sportowej żadnej tam nie było [wcześniej]. No i potem do tej szkoły żeśmy, jak to mówią z Żuromińskiej na Balkonową na piechotę się przenosili…I tam, tę piłkę ręczną już, po prostu, rozwijało się, już na wyższym poziomie. Mistrzostwa i Warszawy klas młodszych się organizowało, i turnieje, i tym podobne... I z tej właśnie szkoły wyszła Zienkiewicz, wyszła Gniedziuk, Chomka… Najwyższy etap to było Mistrzostwo Polski. Dwa razy czwarte miejsce, 1976 rok, Poznań.<br />No, ale przy tej szkole jednocześnie i basen. Ale basen jeszcze nie był wykończony. No i teraz historia: basen ma być przy szkole. No i basen został oddany nie w 1976., a rok czy 2 lata później, bo jeszcze został wybudowany. I zostałem dyrektorem pływalni.<br />Basen, który został otwarty, był tylko dla szkół. Do zawodów nie nadawał się, po prostu. Bo specjalnie był zrobiony 5 cm krótszy. Nie 25 metrów,  tylko 24 i z groszami. Żeby  po prostu nie angażować ogólnie, na imprezy sportowe, bo wtedy zawody, i wtedy, no niestety, wykorzystują już nie dla młodzieży, tylko dla, jak to mówią, innych celów... <br />Anna Mizikowska: Całe nagranie relacji pana Wiesława Brengosa znajduje się w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/42551347</guid><pubDate>Mon, 04 Jan 2021 23:00:04 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/42551347/praskie_audiohistorie_e02.mp3" length="9996910" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Dziś w Praskich Audiohistoriach rozwiniemy nieco temat sportu na Pradze, który poruszamy w słuchowisku “Goool!...” dostępnym na stronie muzeumpragi.pl.
Na muzealny apel - ogłoszenie, że nagrywamy wspomnienia - odpowiedział Pan Wiesław  Brengos. Od lat...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Dziś w Praskich Audiohistoriach rozwiniemy nieco temat sportu na Pradze, który poruszamy w słuchowisku “Goool!...” dostępnym na stronie muzeumpragi.pl.<br />Na muzealny apel - ogłoszenie, że nagrywamy wspomnienia - odpowiedział Pan Wiesław  Brengos. Od lat 50. do lat 80. uczył wychowania fizycznego w bródnowskich szkołach podstawowych. Miał niebagatelny wpływ na rozwój szkolnego sportu i młodzieżowych mistrzostw piłki ręcznej.<br /><br />Transkrypcja:<br /><br />Praskie Audiohistorie. E02 <br /><br /><br />Anna Mizikowska: Dziś w Praskich Audiohistoriach rozwiniemy nieco temat sportu na Pradze, który poruszamy w słuchowisku “Goool!...” dostępnym na stronie muzeumpragi.pl.<br />Na muzealny apel - ogłoszenie, że nagrywamy wspomnienia - odpowiedział Pan Wiesław  Brengos. Od lat 50. do lat 80. uczył wychowania fizycznego w bródnowskich szkołach podstawowych. Miał niebagatelny wpływ na rozwój szkolnego sportu i młodzieżowych mistrzostw piłki ręcznej.<br />Wiesław Brengos: Po skończeniu liceum pedagogicznego z wyróżnieniem sportowym człowiek wszedł do Warszawy w miejsce, no… Szkoła, stara szkoła, bo szkoła w 1938 roku wybudowana, jako budynek nowy, ale sportowo nieprzygotowany. Boisko - ugór, sala bez wyposażenia żadnego, ponieważ Niemcy tam mieli swój klub i zamieszkali, mieli po prostu kasyno. <br />1954 rok. Toruńska 23, szkoła podstawowa nr 42. Po liceum, czyli jako dwudziestolatek, zacząłem pracę w Warszawie, na Bródnie, na Annopolu, w środowisku kryminogennym. Bo obok, no, pozostałości przedwojenne… Bo tam było 56 baraków, wybudowano. I element niepłacący za mieszkania, element kryminogenny, po prostu nie nadający się do środowiska grupowego, do tego… wyrzucano z Warszawy właśnie tam. W tej chwili to już po prostu jest historia.<br />Ja nie przyszedłem jako wuefiarz, tylko nauczyciel od wszystkiego. Jedynie śpiewu nie uczyłem. No i po prostu w pewnym okresie wizytacja szkoły jest, ja mam w którejś klasie - bo miałem 2 czy 4 godziny wf-u, miałem wf na holu, bo tam hole były… Wizytator przeszedł, stanął z boku, popatrzył na tą lekcję, poszedł sobie. No i potem awantura w szkole, dlaczego ja wf-u nie uczę.  No i po tej wizytacji po prostu mnie zabrano wszystkie lekcje, a dano mi wf. I od tego się zaczęło po prostu. Sala… Sala gimnastyczna 18x9… Sala gimnastyczna! Goła! Bez kosza, bez ochron na szyby. Co można zrobić? Obok… Zaraz po wojnie, dookoła Warszawy, były tak zwane Ochronne Jednostki Wojskowe. I w pobliżu, na Marywilskiej, stała jednostka wojskowa. No i w tym czasie częściowo zaczęli to likwidować. i tam oni mieli, po prostu, salkę pod namiotem. I tam drabinki były. Oni mi dali drabinki… W związku z tym… Fachowców nie ma, no to do rodziców się zwracam: “słuchajcie, czy ktoś może pomóc?” Coś w tym sensie… No to ten, ten… No i załatwiłem drabinki. Ale przy okazji… Stoją stoły pingpongowe. “Będziecie zabierali?” - “no, te dwa nowe weźmiemy”. No to z dwóch stołów kosze, tablice do koszy. Salę wyposażyłem w potrzebne rzeczy. O piłce, o piłce to można było pomarzyć. Piłki to były, jak to mówią na wentyl, pompowane pompką, pompką po prostu. I jeszcze szyte. Nie takie gładkie tylko prosto… Po dwóch latach i tak dalej, zaczęły się ukazywać piłki, po prostu, normalne. Do kosza to dużo później przyszły piłki. Tylko były, po prostu, piłki skórzane.  Boiska nie ma. Gruzy. No to trzeba, po prostu, ja opisałem te rzeczy… A ponieważ kotłownia na miejscu, wysypali żużel, no to z tego żużlu stopniowo, stopniowo, bieżnia. Rodzice mi pomogli zrobić skrzynię na skocznię. Piasek, nie piasek, to tam się taczkami woziło. I tak stopniowo człowiek bazę swoją przygotowywał. Proszę sobie wyobrazić, że ja tam zrobiłem lodowisko! Następna sprawa: natryski,  no higiena… <br />Ponieważ zorientowałem się że tylko by w kopaną grali, tylko to było modne,   w związku z tym postanowiłem -  mimo że sam nie grałem i nie byłem zaangażowany,  zainteresowany - wprowadzić piłkę ręczną. Bo nie potrzeba dużej przestrzeni do ćwiczeń, nie potrzeba ogromnego boiska…...]]></itunes:summary><itunes:duration>625</itunes:duration><itunes:keywords>brengos,oralhistory,piłkaręczna,praga,sport,szkoła</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie e01 "Gwiazdka'2020"</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-e01-gwiazdka-2020--42550327</link><description><![CDATA[Przed nami Święta. Trochę inne, niż ostatnio, bo w czasie pandemii. W naszym Archiwum Historii Mówionej przechowujemy wspomnienia prażan o poprzednich takich wyjątkowych Wigiliach. Posłuchaj! A potem przyjmij nasze życzenia i muzyczny prezent!<br /><br /><br />Transkrypcja:<br /><br />Praskie Audiohistorie. E01 „Gwiazdka’2020”<br /><br />Anna Mizikowska: Za chwilę zabłyśnie pierwsza Gwiazdka… Te Święta będą pewnie trochę inne, niż zazwyczaj, bo w czasie pandemii.<br />W naszym Archiwum Historii Mówionej przechowujemy wspomnienia prażan o poprzednich takich wyjątkowych Wigiliach.<br />Mówi pani Elżbieta Piotrowska:<br />Elżbieta Piotrowska: W czasie okupacji, to Boże Narodzenie jedne, co ja tak dobrze pamiętam, to było biedne. Choinkę miałam, co prawda. Ale w papierkach to były nie cukierki, tylko zawinięte jakieś takie, czy patyczki, czy kamyczki, czy coś… Nie było… <br />Dopiero jak tata wrócił, w 1945 roku, no to już wtedy miałam prawdziwą choinkę. No, ale babcia zawsze się starała usmażyć dorsza. Dorsz kiedyś to była najtańsza ryba. To cały Grochów już na święta… Cały Grochów pachniał drożdżowym ciastem i tym dorszem, bo wszyscy smażyli dorsze, czy robili po grecku, czy robili tak smażone takie...Także każdy się starał i te święta, nawet z okupacji, to tak rodzinnie się spędzało.<br />Anna Mizikowska: Róża Karwecka i Elżbieta Jędrych-Pordes wspominają lata tuż po wojnie:<br />Róża Karwecka: Święta Bożego Narodzenia są takimi świętami najbardziej rodzinnymi. Prezenty wtedy były bardzo skromne, ale zawsze były bardzo cenne, wykonane przez rodziców najczęściej, ale żeśmy się wszyscy radowali z tego, co otrzymywaliśmy.<br />Zajmowałam się choinką, ubieraniem, zabawkami, robieniem zabawek. Na Skaryszewskiej był taki sklep, mydlarnia, w której można było kupić aniołka! Takiego wykonanego z krepiny. Krepina to był rarytas zaraz po wojnie. Robienie aniołka, aniołków, bo nie mógł być jeden, tylko trzeba było, żeby było kilka… No, oczywiście, kupione były ładniejsze. Ale babcia zawsze mówiła, że te, które ja robię to są najładniejsze. Czyli ja starałam się dla każdego zrobić takiego aniołka…<br />Elżbieta Jędrych-Pordes: Była choinka i był właśnie ten Mikołaj, który przyszedł i przez okno wrzucał… No pamiętam, oczywiście, dlatego że wtedy dostałam w prezencie pierwszą lalkę! To była z takiego tworzywa, różowa, bardzo piękna. I pierwsza! Ja wcześniej nie miałam lalki.<br /> Ta lalka to było objawienie zupełnie. jakby z nieba spadła! Ja zresztą wierzyłam, że to Mikołaj przyniósł!<br />Anna Mizikowska: Pan Andrzej Wajda opowiedział o świętach w stanie wojennym:<br />Andrzej Wajda: To były rodzinne święta, także: ja, żona, syn, synowa i mama. Takie smętne święta, ale tym bardziej czuliśmy się zespoleni rodzinnie.<br />Cisza, pustka, bo blok, jedyny, stał w szczerym polu… Tutaj przecież było przedtem lotnisko, wokół porastały chaszcze…  A my w tym ciepłym mieszkaniu, w enklawie rodzinnej.<br />Wigilia jest wieczerzą postną. A zatem grzyby do uszek, ciasto na uszka, pszenicę do kutii, mak i miód można było dostać bez kłopotu. No, rybę trzeba było wystać w kolejce, ale była. I smażona i w galarecie. Także właściwie wszystkie potrawy tradycyjne na stole się pojawiły. Na drugi dzień też była ta szynka, była gąska, można to było wystać.<br /> Ja w pracy, syn w szkole, także nie mogliśmy zastąpić żony w kolejce...<br />Anna Mizikowska: Tym z Państwa, którzy jeszcze stoją w kolejce po brakujące anielskie włosy… Tym, którzy byli lub będą gośćmi Muzeum Warszawskiej Pragi, zespół Muzeum i Chór Kameralny Sirenes – rezydent naszego Muzeum przesyła dużo ciepła i kolędę! <br />Karolina Jusińska: Życzenia zdrowia i pogody ducha nabierają w te Święta szczególnego znaczenia. Życzymy zatem Państwu, i nam również, abyśmy - zahartowani wydarzeniami tego roku - weszli w 2021 rok w zdrowiu i z uśmiechem na twarzy.<br />Jolanta Wiśniewska: Wesołych, radosnych Świąt dla wszystkich!  I żebyśmy mogli już wkrótce wyjść z domu i wspólnie odkrywać warszawską Pragę! <br />Aleksandra Karkowska - Rogińska: Dziecięcej radości z tych świątecznych dni!<br />Anna Wigura: Życzę Państwu, aby każdy z Państwa mógł przeżyć te święta po swojemu…<br />Katarzyna Chudyńska-Szuchnik: I szczęśliwego Nowego Roku, który będzie okazją do wspaniałych spotkań, zachwytów, i inspiracji w Muzeum Warszawskiej Pragi!<br />[gra kolęda]<br />Anna Mizikowska: Kolęda "Gdy się Chrystus rodzi" w opracowaniu Stanisława Głowackiego. Realizatorzy nagrania: Jakub Niedźwiedź i Przemysław Kunda. Wykonanie Chór Kameralny Sirenes pod dyr. Magdaleny Gruziel. Nagranie pochodzi z płyty "Światłość. Polskie kolędy”]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/42550327</guid><pubDate>Fri, 18 Dec 2020 09:10:09 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/42550327/praskie_audiohistorie_e01.mp3" length="8198014" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Przed nami Święta. Trochę inne, niż ostatnio, bo w czasie pandemii. W naszym Archiwum Historii Mówionej przechowujemy wspomnienia prażan o poprzednich takich wyjątkowych Wigiliach. Posłuchaj! A potem przyjmij nasze życzenia i muzyczny prezent!...</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Przed nami Święta. Trochę inne, niż ostatnio, bo w czasie pandemii. W naszym Archiwum Historii Mówionej przechowujemy wspomnienia prażan o poprzednich takich wyjątkowych Wigiliach. Posłuchaj! A potem przyjmij nasze życzenia i muzyczny prezent!<br /><br /><br />Transkrypcja:<br /><br />Praskie Audiohistorie. E01 „Gwiazdka’2020”<br /><br />Anna Mizikowska: Za chwilę zabłyśnie pierwsza Gwiazdka… Te Święta będą pewnie trochę inne, niż zazwyczaj, bo w czasie pandemii.<br />W naszym Archiwum Historii Mówionej przechowujemy wspomnienia prażan o poprzednich takich wyjątkowych Wigiliach.<br />Mówi pani Elżbieta Piotrowska:<br />Elżbieta Piotrowska: W czasie okupacji, to Boże Narodzenie jedne, co ja tak dobrze pamiętam, to było biedne. Choinkę miałam, co prawda. Ale w papierkach to były nie cukierki, tylko zawinięte jakieś takie, czy patyczki, czy kamyczki, czy coś… Nie było… <br />Dopiero jak tata wrócił, w 1945 roku, no to już wtedy miałam prawdziwą choinkę. No, ale babcia zawsze się starała usmażyć dorsza. Dorsz kiedyś to była najtańsza ryba. To cały Grochów już na święta… Cały Grochów pachniał drożdżowym ciastem i tym dorszem, bo wszyscy smażyli dorsze, czy robili po grecku, czy robili tak smażone takie...Także każdy się starał i te święta, nawet z okupacji, to tak rodzinnie się spędzało.<br />Anna Mizikowska: Róża Karwecka i Elżbieta Jędrych-Pordes wspominają lata tuż po wojnie:<br />Róża Karwecka: Święta Bożego Narodzenia są takimi świętami najbardziej rodzinnymi. Prezenty wtedy były bardzo skromne, ale zawsze były bardzo cenne, wykonane przez rodziców najczęściej, ale żeśmy się wszyscy radowali z tego, co otrzymywaliśmy.<br />Zajmowałam się choinką, ubieraniem, zabawkami, robieniem zabawek. Na Skaryszewskiej był taki sklep, mydlarnia, w której można było kupić aniołka! Takiego wykonanego z krepiny. Krepina to był rarytas zaraz po wojnie. Robienie aniołka, aniołków, bo nie mógł być jeden, tylko trzeba było, żeby było kilka… No, oczywiście, kupione były ładniejsze. Ale babcia zawsze mówiła, że te, które ja robię to są najładniejsze. Czyli ja starałam się dla każdego zrobić takiego aniołka…<br />Elżbieta Jędrych-Pordes: Była choinka i był właśnie ten Mikołaj, który przyszedł i przez okno wrzucał… No pamiętam, oczywiście, dlatego że wtedy dostałam w prezencie pierwszą lalkę! To była z takiego tworzywa, różowa, bardzo piękna. I pierwsza! Ja wcześniej nie miałam lalki.<br /> Ta lalka to było objawienie zupełnie. jakby z nieba spadła! Ja zresztą wierzyłam, że to Mikołaj przyniósł!<br />Anna Mizikowska: Pan Andrzej Wajda opowiedział o świętach w stanie wojennym:<br />Andrzej Wajda: To były rodzinne święta, także: ja, żona, syn, synowa i mama. Takie smętne święta, ale tym bardziej czuliśmy się zespoleni rodzinnie.<br />Cisza, pustka, bo blok, jedyny, stał w szczerym polu… Tutaj przecież było przedtem lotnisko, wokół porastały chaszcze…  A my w tym ciepłym mieszkaniu, w enklawie rodzinnej.<br />Wigilia jest wieczerzą postną. A zatem grzyby do uszek, ciasto na uszka, pszenicę do kutii, mak i miód można było dostać bez kłopotu. No, rybę trzeba było wystać w kolejce, ale była. I smażona i w galarecie. Także właściwie wszystkie potrawy tradycyjne na stole się pojawiły. Na drugi dzień też była ta szynka, była gąska, można to było wystać.<br /> Ja w pracy, syn w szkole, także nie mogliśmy zastąpić żony w kolejce...<br />Anna Mizikowska: Tym z Państwa, którzy jeszcze stoją w kolejce po brakujące anielskie włosy… Tym, którzy byli lub będą gośćmi Muzeum Warszawskiej Pragi, zespół Muzeum i Chór Kameralny Sirenes – rezydent naszego Muzeum przesyła dużo ciepła i kolędę! <br />Karolina Jusińska: Życzenia zdrowia i pogody ducha nabierają w te Święta szczególnego znaczenia. Życzymy zatem Państwu, i nam również, abyśmy - zahartowani wydarzeniami tego roku - weszli w 2021 rok w zdrowiu i z uśmiechem na twarzy.<br />Jolanta Wiśniewska: Wesołych, radosnych Świąt dla wszystkich!  I żebyśmy mogli już wkrótce wyjść z domu i wspólnie odkrywać warszawską...]]></itunes:summary><itunes:duration>513</itunes:duration><itunes:keywords>historia,kolęda,mówiona,praga,wigilia,wspomnienia</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/1c69c306d2319a6896a8242978580d26.jpg"/><itunes:episodeType>full</itunes:episodeType></item><item><title>Praskie Audiohistorie Trailer</title><link>https://www.spreaker.com/episode/praskie-audiohistorie-trailer--42433948</link><description><![CDATA[Praskie Audiohistorie. <br />Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.<br /><br />Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”. <br />Będziemy mówić o historii i współczesności prawobrzeżnej Warszawy.<br />Posłuchasz wspomnień najstarszych prażan, z nagrań zgromadzonych w naszym muzealnym archiwum, dowiesz się, o czym i jak robimy wystawy. <br />Zdradzimy, czego kuratorzy nie pokazali na wystawie - do jakich materiałów dotarliśmy opracowując wybrany temat.<br />Czasem coś przeczytamy, coś dopowiemy, coś przypomnimy…<br />Żyj z nami dawnym i dzisiejszym życiem warszawskiej Pragi. Szukaj nas na muzeumpragi.pl, na kanałach Spotify, Google Podcasts i Apple Podcasts oraz na muzealnym Facebooku.<br /><br />Podkast przygotowuje Anna Mizikowska, kustosz Muzeum Warszawskiej Pragi,<br />z towarzyszeniem Zespołu Muzeum.]]></description><guid isPermaLink="false">https://api.spreaker.com/episode/42433948</guid><pubDate>Fri, 11 Dec 2020 14:42:29 +0000</pubDate><enclosure url="https://api.spreaker.com/download/episode/42433948/praskie_audiohistorie_trailer.mp3" length="1331704" type="audio/mpeg"/><itunes:author>Praskie Audiohistorie</itunes:author><itunes:subtitle>Praskie Audiohistorie. &#13;
Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.&#13;
&#13;
Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”. &#13;
Będziemy mówić o historii i współczesności prawobrzeżnej Warszawy....</itunes:subtitle><itunes:summary><![CDATA[Praskie Audiohistorie. <br />Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.<br /><br />Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”. <br />Będziemy mówić o historii i współczesności prawobrzeżnej Warszawy.<br />Posłuchasz wspomnień najstarszych prażan, z nagrań zgromadzonych w naszym muzealnym archiwum, dowiesz się, o czym i jak robimy wystawy. <br />Zdradzimy, czego kuratorzy nie pokazali na wystawie - do jakich materiałów dotarliśmy opracowując wybrany temat.<br />Czasem coś przeczytamy, coś dopowiemy, coś przypomnimy…<br />Żyj z nami dawnym i dzisiejszym życiem warszawskiej Pragi. Szukaj nas na muzeumpragi.pl, na kanałach Spotify, Google Podcasts i Apple Podcasts oraz na muzealnym Facebooku.<br /><br />Podkast przygotowuje Anna Mizikowska, kustosz Muzeum Warszawskiej Pragi,<br />z towarzyszeniem Zespołu Muzeum.]]></itunes:summary><itunes:duration>71</itunes:duration><itunes:keywords>education,history,museum,podcast,podcasting,story</itunes:keywords><itunes:explicit>clean</itunes:explicit><itunes:image href="https://d3wo5wojvuv7l.cloudfront.net/t_rss_itunes_square_1400/images.spreaker.com/original/8ff111c78a9963f2cbe65a7566570058.jpg"/><itunes:episodeType>trailer</itunes:episodeType></item></channel></rss>
